La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
czwartek, 13 stycznia 2011
Anglik w Poznaniu

Końcówka grudnia odtąd chyba zawsze bedzie mi sie kojarzyć nie ze świętami, lecz z samolotami, co wylądowały nie tam, gdzie trzeba, oraz z opatulonym od stóp do głów Panem Obrażalskim i jego czerwonym nosem.

Czemu z samolotami?

Ba, mnie się do Polski doleciało gładko i bez zastrzeżeń, planowo, bezboleśnie i znośnie.

A Pan Obrażalski zamiast w Poznaniu wylądował w... Bydgoszczy.

A w Bydgoszczy na lotnisku nie ma nic.

Jako że fantazję (i pieniądze - dodam) Pan Obrażalski ma niemałą, to do Poznania dojechał  z wyżej wymienionej Bydgoszczy... taksówką. Z dukającym taksówkarzem, któremu po drodze należało pokazywać znaki i tablice, ażeby przypadkiem się nie pogubił ("Poznan! This way! This way!"). Rozklekotaną taksówką, której wnętrze zionęło lodówkowym chłodem. Ech, będzie miał chłopak wspomnienie na resztę życia! No bo jak to, pierwszy raz w Polsce i taka wpadka?

Kiedy tak mało nie odchodziłam od zmysłów, no bo jak to: w Bydgoszczy, jeszcze się zgubi po drodze albo co, mamuśka poradziła mi: Ty mi tu dziecko nie panikuj i nie histeryzuj. Przecież to chłop dorosły jest, poradzi sobie. To nie dżungla, tylko Bydgoszcz. Przeżyje.

Przeżył.

Kiedy już z pełnymi brzuchami wróciliśmy po kolacji w "Wiejskim Jadle" (na Franciszkańskiej - nie polecam, jedzenie dość słabe i porcje malutkie), usłyszałam pytanie:

- To gdzie ja właściwie dzisiaj byłem? Pokaż mi na mapie.

Widok z hotelowego pokoju (Hotel Brovaria - calkiem niezly hotel, cena rozsądna - dwuosobowy pokój z łazienką i widokiem na Stary Rynek kosztuje 330 zł za dobę, śniadania poprawne, do tego bardzo uprzejma obsluga i fajny, ciekawie urządzony bar-pub, wieczorami pękający w szwach).

Powód wizyty był dość oczywisty i nie była to moja propozycja: Panu Obrażalskiemu zachciało się po raz pierwszy zobaczyć Polskę i przekonać się, czy aby na pewno białe niedźwiedzie na ulicach to tylko mit.

Do tego należy jeszcze dorzucić pierwsze spotkanie "na szczycie": mam na myśli moją najbliższą rodzinę. Prawdę mówiąc, do tej pory tylko mój najpierwszy z absztyfikantów (jeszcze z czasów licealnych) dostąpił tego zaszczytu, a ponieważ przewinęło się ich całkiem sporo w moim życiu i żaden mamci i tatulka nie poznał, było więc to wydarzenie na niespotykaną dotąd skalę. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to słynne: "Nadejszła wiekopomna chwila"...

 

Rodzinka zdała egzamin śpiewająco i jeszcze długo zapewne będzie wspominać "angielską wizytę". Mamcię, która niespecjalnie lubi się tak od razu spoufalać, zatkało, kiedy została ucałowana w policzki przez swego jeszcze-nie-zięcia, o czym lekko zgorszona nie omieszkała mnie poinformować w telefonicznym podsumowaniu pamiętnej polsko-angielskiej kolacji.

W słowniku Pana Obrażalskiego pojawiły się za to następujące słowa:  "dziękuję", "dobra, dobra", "nie" i "tak".

I jeszcze coś, co miało brzmieć jak "do widzenia", ale nie brzmiało.

Zaprowadziłam go pod ratusz tuż przed dwunastą w południe.

- A co tu będą robić? - roześmiał się. -  Zmianę warty jak przed Buckingham Palace?

- Tak jakby, kochanie...

A tu, panie, koziołki... Dobre, ukochane w Poznaniu koziołki.

Zimno.

Zimniej.

Minus dziewięć.

A w Londynie ponoć już wiosna. ;)

 

 

 

 

 

I to by było na tyle.

Poznań się podobał, choć ja wolałabym oprowadzać gościa po moim fyrtlu wiosną lub latem.

Za to w sylwestra już w domowych pieleszach obejrzeliśmy w TV starą komedię "Italian job" z Michaelem Caine'm, zapychając się czipsami i innym świństwem, sącząc winko oraz obdarzając się wzajemnie mikrobami i wirusami. Nie ma to jak grypka na nowy rok.

Z tego wszystkiego przysnęło nam się na sofie.

Budzę się tuż przed północą i zaspana mówię:

- Happy new year! To jak, otwieramy szampana?

- Happy new year! Eeee.... nie... może jutro...?

I tak sobie przespaliśmy Nowy Rok.

Para emerytów, jak nic.

18:00, reine_marguerite , W Polsce
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 grudnia 2010
Najważniejsze

Tego, co najważniejsze:

miłości, co uskrzydla

nadziei, która podnosi na duchu

wiary, co mniejsze i większe cuda czyni

czasu, który leczy rany

dobroci, co otwiera serca i oczy

na drugiego człowieka i naszych mniejszych braci

 

Aby serce nie bolało z tęsknoty

Aby się nie bać bliskości

Aby ręce nie wahały się nieść pomocy

Aby się zatrzymać w biegu

I bez pośpiechu popatrzeć sobie w oczy

Aby się spełniło choć najmniejsze z życzeń

Aby się uwolnić od żalu

I ocalić przed zapomnieniem okruchy życia

Aby się żyło dniem dzisiejszym

 

Nie trzeba więcej

 

Wesołych świąt, moi mili! Wesołych świąt!

22:41, reine_marguerite , W Polsce
Link Komentarze (2) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka