La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 18 sierpnia 2009
Dzien dobry, Francjo / Bonjour, la France

Zdawac by sie moglo, ze podroze samolotem zajmuja tak niewiele czasu. Nie odkryje Ameryki, mowiac, ze jest inaczej.

Z Poznania do Wroclawia - jedyne 160 kilometrow i az trzy godziny jazdy pociagiem. Niczym rasowy francuski piesek przywyklam do kolejowych luksusow Francji, gdzie podroz z Lille do Marsylii trwa jedyne cztery godziny. Gdzie Lille, a gdzie Marsylia, wie nawet male dziecko. Nic wiec dziwnego, ze zatloczony i rozgrzany niczym blaszany piecyk pociag PKP nie bedzie dla mnie juz nigdy ulubionym srodkiem transportu.

Samolot do Brukseli opozniony o godzine. Przyjazd do Lille o drugiej w nocy.

A dzis, jakby malo bylo niemilych niespodzianek, boli mnie brzuch. Podroz, stres, zmeczenie - i bunt wlasnych flakow gotowy.

Malkontentom nigdy nie dogodzisz...

14:34, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 maja 2009
Skreslone z listy / Rayé de la liste

Nowe mieszkanie - tym razem w centrum Lille - juz jest moje. Moje, tzn. wynajete.

Zadna rewelacja, za to w koncu mam swiety spokoj. I niech tak zostanie.

Reszta niusow w porze obiadowej. Czas sie wziac do roboty.

Update (w poludnie):

Blogoslawiona i swieta przerwa obiadowa, bez ktorej Francja nie moze normalnie funkcjonowac. Mozna sie na nia boczyc, gdy akurat o trzynastej przyjdzie nam zalatwiac jakas wazna sprawe, a tu tymczasem wszystko pozamykane, ale gdy sie jest po drugiej stronie barykady, sprawa wyglada zupelnie inaczej. Swieta godzina przeznaczona na posilek (u mnie dzis w menu mala tarte aux poireaux i carottes râpées), telefony do znajomych (oni tez w pracy i tez na przerwie obiadowej) i krotkie posiedzenie w internecie. Przydalby sie tylko jakis pokoj do lezakowania i krotkiej drzemki. U nas biura przestronne, wiec miejsce by sie znalazlo, a i chetnych byloby wielu...

Pogoda zmienia sie z godziny na godzine. Pol soboty slonecznej, pol soboty wietrznej. Upalna niedziela. Deszczowo-upalny poniedzialek. Burza z piorunami wieczorem i deszcz dzisiaj rano. Chmury. Nieciekawie. Chlodno. Buro. To oczywiste, c'est le Nord, inaczej byc nie moze.

SNCF znow strajkuje, ale za to przygotowano broszurki dla wkruwionych podroznych, zeby przypadkiem nie doszlo do buntow i zamieszek. Do pracy dotarlam bez przygod, ale malo co nie zaplacilam 50 euro kary. Chcialam kupic tygodniowy bilet od konduktorki w pociagu. Okazalo sie, ze banknotem 50 euro moge sobie podetrzec cztery litery, bo to za duza suma i obciach, bo w dobie kart platniczych nikt gotowka nie placi. Z zasady nie woze przy sobie karty kredytowej ani czekow. Nie mialam tez przy sobie zadnych drobnych. oprocz kilku nedznych eurakow. Na dzien dobry konduktorka postraszyla mnie kara, ale w koncu sie zlitowala sie i nie zaplacilam ani grosza. Na przyszlosc nauczka: zamiast tygodniowego nabyc bilet miesieczny...

Do tego wszystkiego, niech licho wezmie, nie mam u siebie cieplej wody. O czternastej dzwonie z pogrozkami do agencji. Wczesniej nie ma po co chwytac za telefon; wiadomo - wszyscy sjestuja i obiaduja.

W pracy nie wiem za co sie najpierw zabrac. Rosna zaleglosci, naplywaja gory nowych spraw, ludzie dzwonia z pierdolami i zawracaja glowe. Dobrze chociaz, ze derekcja przymyka oko na male grzeszki.

Dzis wieczorem male RDV. A co, casting robie, wolno mi! ;-)

08:21, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
środa, 20 maja 2009
Miedzy biustem a bolem istnienia / Entre les seins et la douleur existentielle

Czy i jak zmniejszyc biust?

Jak znalezc dodatkowa godzine, gdy czasu brak, a "dedlajny" gonia jeden za drugim?

Jak nie zrobic z siebie idioty w oczach "derekcji" i calego swiata dwa dni przed realizacja szalenie waznego projektu?

Kiedy wreszcie bede spac we wlasnym lozku i w swoim mieszkaniu?

Dlaczego interesujacy mezczyzna o nieprzecietnej aparycji i rownie nieprzecietnym intelekcie musi koniecznie mieszkac na drugim koncu Francji, miedzy Perpignan a Narbonne?

Jak dorosnac?

Odpowiedz wkrotce. Zaraz wracam, ide po rozum do glowy.

23:59, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 marca 2009
Wiosenna trucizna

 
Les choses tristes, douloureuses, plus belles pour l'esprit, y trouvant plus de prolongements, que les choses gaies, heureuses. Le mot soir plus beau que le mot matin, le mot nuit que le mot jour, le mot automne que le mot été, le mot adieu que le mot bonjour, le malheur plus beau que le bonheur, la solitude plus belle que la famille, la société, le groupement, la mélancolie plus belle que la gaîté, la mort que la naissance. À talent égal, l'échec plus beau que le succès. Le grand talent restant ignoré plus beau que l'auteur à grands tirages, adoré du public et célébré chaque jour. Un écrivain de grand talent mourant dans la pauvreté plus beau que l'écrivain mourant millionnaire. L'homme, la femme, qui ont aimé, ont été aimés, finissant leur vie dans une chambre au dernier étage, n'ayant pour fortune et pour compagnie que leurs souvenirs, plus beau que le grand-père entouré de ses petits-enfants et que la douairière encore fêtée dans son aisance. D'où cela vient-il, qui se trouve chez chacun de nous à des degrés différents ? Y a-t-il au fond de nous, plus ou moins, un désenchantement, une mélancolie qui se satisfont là, - et qu'il faut détester et rejeter comme un poison.
(Paul Léautaud, Propos d'un jour)
 

 
Wiosna, u mnie w glowie same czarne mysli...
 
Przypominam te wiednace przebisniegi. 
 
Je suis nulle. Nulle. 
 
 
 
 

czwartek, 12 marca 2009
Lubie seks, lubie jesc... Albo na odwrot

Gardlo boli, goraczka dopada, w plecach cos lupie, ale to nic. Nic to, jak mawial pewien maly rycerz. ;-) Nic to, bo humor lepszy mam i nawet male przeziebienie nie jest w stanie tego zmienic. Przynajmniej wczoraj. Niemniej jazde na rowerze moge sobie na jakis czas darowac, a juz tak bylo przyjemnie... 

Gardlo juz dzis w porzadku, goraczki chyba tez juz nie mam. Tylko z nosa cieknie mi jak z niezakreconego kranu. Dziwne, juz od lat moje przeziebienia trwaja kilka dni i w zasadzie nie wymagaja zadnego leczenia. Jakis lek na goraczke dostepny bez recepty i to wszystko. Powiedzialby ktos, zem szczesciara. I owszem, tyle ze mnie czepiaja sie choroby przewlekle. Jak nie astma, to cos z tarczyca nie tak. Albo problemy hormonalne. Albo gastryczne. Nawet siwiec zaczelam piec lat temu. 

Dobrze chociaz, ze podobnie jak Madre w moim wieku nie marszcze sie niczym rodzynek. Madre wciaz jest malozmarszczkowa, licze wiec na to, ze urode stroskanego winogrona zyskam raczej niepredko. Rozstepow tez nie mam, za to celulit na tlustym tylku wola o pomste do nieba. Po raz enty w moim zyciu zaczelam sie wiec odchudzac... Czasami mysle sobie, ze gdybym wciaz mieszkala sama, a nie z moim chlopem, to problemow z nadwaga by nie bylo. Cos w tym jest. 

W niedziele tesciowie zaprosili nas na obiad do restauracji. Zazwyczaj zapraszaja nas do siebie, ale dzien wczesniej przebalowali caly wieczor, podobnie jak i my, tyle ze w innym towarzystwie. Juniorzy z juniorami, seniorzy z seniorami... 

Zamiast wieczornego kina - popoludniowy, prawie poltoragodzinny spacer wzdluz rzeki Escaut. W Belgii. W Valenciennes tez mam Escaut, ale o tym innym razem. Nie majac pojecia o tym, co bedziemy robic po obiedzie, oboje nie wzielismy aparatow fotograficznych. Szkoda, bo byloby co fotografowac.

 To sa foty jeszcze zimowe i wcale nie z Belgii, a tymczasem wiosna krok po kroku zdobywa na wlasnosc coraz wieksze terytorium. Mnie ta budzaca sie do zycia przyroda przypomina - poprzez swoje niesmiale, lecz urokliwe odcienie zieleni - japonskie ogrody. Ogrody, widziane oczami mojego Padre, uchwycone w kadrze aparatu dawno dawno temu. 

Jak dobrze wiedziec, ze zima odeszla na co najmniej pol roku. Jestem na tyle cieplolubna, ze juz w polowie pazdziernika dopada mnie zimowa depresja. Zime znosilam dobrze jedynie w Alzacji - takze dzieki corocznym Marché de Noel. Zreszta w miescie takim jak Strasburg latwo jest uporac sie z chandra... Na dalekiej Polnocy to zadanie dla wytrwalych i charakternych. ;-)

Zdjecia, ktore zrobil tesc, a na ktorych jestem, wywalilam do komputerowego kosza. Wygladam okropnie. Tlusta baba o okraglej twarzy i podwojnym podbrodku, kiedy sie usmiecha. W sumie przytylam prawie 20 kilo. I to w ciagu kilku miesiecy. Po 50 i kilku kilo z hakiem pozostaly tylko wspomnienia.  Nie bardzo wierze w to, ze leki na tarczyce cokolwiek pomoga. Mniej zrec, to chyba najlepsza metoda, by pozbyc sie dodatkowych kilogramow. Latwo nie bedzie, bo ja kocham zarowno dobre jedzenie, jak i seks. 

Eks domaga sie malego tête-à-tête w celach wiadomych. Wiedzac doskonale, ze i tak nic z tego nie bedzie - wole mojego jeszcze-nie-malzonka. :-) Nawet gdybym byla wolna, to i tak bym odmowila. Co innego male kraglosci, a co innego wystajacy brzuch i kilogramy w nadmiarze. 

Nie ma jednak wyjscia: albo zostane po wieki wiekow wielorybem, albo wezme sie za siebie i znow wcisne sie w moje ulubione ciuchy. Nie wiem, czy powinnam pogadac z moim toubibem i znalezc jakiegos specjaliste od metabolizmu, czy po prostu zacisnac zeby i jesc jak ptaszek albo moja Treizy. Mam juz na dysku twardym zdjecia szczuplych babek (wiadomo, dobry przyklad hehe), ale silnej woli jakos mi brak. Nie moge na siebie patrzec.

To by bylo na tyle. Optymizm rzadzi... 

21:30, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 marca 2009
Przewrocilo sie, niech lezy
O mistrzach balaganu, czyli niezrownana para: ja i moj chlop. :-)

Wstyd nam sie chyba zrobilo po tym, jak zobaczylismy mieszkanie naszego niemieckiego znajomego z Dusseldorfu, Christiana, u ktorego nocowalismy w nocy z soboty na niedziele. Chlopak jest o niecale dwa lata ode mnie starszy, mieszka sam, choc nie jest singlem, pracuje w zasadzie od rana do nocy (ma zreszta swietna prace), do tego zawziecie muzykuje (o tym napisze kiedy indziej). Czyli czasu w zasadzie nie ma. A mieszkanie czyste niczym laboratorium albo oddzial intensywnej terapii. Nie wiem, czy to zapisane w genach niemieckie zamilowanie do porzadku i czystosci, czy tez Christian jest jakims chlubnym wyjatkiem w swintuchowatym z zasady meskim rodzie. Albo wiec do Christiana przychodzi pani do sprzatania, albo nasz znajomek jest krolem czystosci. Lazienka lsniaca biela, ani jednego paprocha na podlodze, a w kuchni wszystko poukladane jak trzeba, zadnych brudnych garow w zlewie czy okruchow na blacie. Wszystko w idealnym porzadku, po prostu nickel, jak mawiaja Francuzi.
 
Przewróciło się niech leży cały luksus polega na tym
że nie muszę go podnosić będę się potykał czasem
będę się czasem potykał ale nie muszę sprzątać
 
Truizmem bedzie chyba stwierdzenie, ze ludzie odnoszacy w zyciu sukces maja czyste i utrzymane w porzadku mieszkania tudziez domy. Porzadek na zewnatrz odzwierciedla ich uporzadkowane, co nie oznacza ze nudne i plytkie, wnetrze. Na nic zda sie wiec tlumaczenie, ze artystyczne dusze lubuja sie w artystycznym balaganie. Syf w domu to zazwyczaj takze jakis tam syf, mniejszy lub wiekszy, w zyciu zawodowym. Patrzac na moje i Samuela pokrecone zyciorysy, to trzeba przyznac, ze tkwi w tym zdzblo prawdy. Tyle samokrytyki.
 
zapuściłem się to zdrowo coraz wyżej piętrzą się graty
kiedyś wszystko poukładam teraz się położę na tym
to mi się wreszcie należy więc się położę na tym
 
Po powrocie do naszego grajdolka postanowilismy wiec urzadzic wielkie sprzatanie. Zazwyczaj bywa tak, ze to ja sprzatam, a moj chlop balagani. ;-) Wieksze sprzatanie robie raz w tygodniu, a codziennie po prostu staram sie, aby "jakos to wygladalo". Nie moglam sie jednak doprosic mojego jeszcze-nie-malzonka, aby zrobil porzadek w papierach tudziez inszych "zbiorach" zasmiecajacych mieszkanie. Wiadomo, nie bede ruszac czegos, co nie jest moje, a moze okazac sie potrzebne. Dopiero by byla awantura na calego!

coś wylało się nie szkodzi zanim stęchnie to długo jeszcze
ja w tym czasie trochę pośpię tym bezruchem się napieszczę
napieszczę się tym bezruchem potem otworzę okna
 
Jeszcze gorzej bywa z przyrzadzaniem posilkow. Gotujemy na zmiane, przy czym moj chlop pozostawia po sobie gore garow do umycia. Biorac pod uwage, ze kolacje we Francji jada sie bardzo pozno (co mnie wkurza, bo nie lubie jesc po godzinie 19-tej), mycie naczyn o jedenastej wieczorem nie jest moim ulubionym zajeciem. "Nie myj, zrobimy to jutro". Przy czym "zrobimy" oznacza, ze to JA zrobie. :-) Nie mam o to pretensji do mojego nieslubnego, bo jesc trzeba, a mycie naczyn po dwoch osobach nie jest jakas tortura. Poza tym chlopa mam gotujacego i robiacego zakupy, wiec nie jest zle. Chcac nie chcac, siedze wieczorem "na zmywaku", zeby przed pojsciem do lozka wszystko wygladalo jako tako. :-) Kuchnie mamy otwarta, wiec nie da sie nie zauwazyc balaganu i gory talerzy w zlewie. Ktos musi wiec posprzatac.
Sprzatnelismy wiec nasz salon i kuchnie, zapelniajac dwa wielkie wory na smieci. W jednym znalazla sie makulatura z tysiacami zbednych papierow, listow i pustych opakowan po lekarstwach. W drugim - inne smieci. Uzbierala sie rowniez siatka przeterminowanych lekarstw, ktore - mam nadzieje - moge zdeponowac w aptece. Zastanawiam sie rowniez, czy istnieje mozliwosc oddania czesciowo wykorzystanych lekow, ktore wciaz maja dobra date waznosci - np. do Czerwonego Krzyza. Zrobilismy liste lekow "na stanie", niektore wciaz moga nam sie przydac, inne - juz raczej nie. Troche szkoda byloby, gdyby sie zmarnowaly. Watpie jednak, by istniala mozliwosc przekazania ich jakiemus stowarzyszeniu albo un dispensaire. Sprobuje zrobic male sledztwo w tej sprawie.
 
w kątach miejsce dla odpadków bo w te kąty nikt nie zagląda
łatwiej tak i całkiem znośnie może czasem coś wyrośnie
może ktoś zwróci uwagę ale kiedyś się wezmę
 
Wracajac do naszego balaganu, kuchnie i salon w jednym mamy juz uporzadkowane. Pozostala nam sypialnia i pomieszczenie à la spizarnia, ktora obecnie jest godna miana graciarni roku. Okna az wolaja o umycie i cos mi sie wydaje, ze moj jeszcze-nie-maz nie zrobil tego od czasu, gdy tu zamieszkal (czyli od ponad roku). ;-) Wiadomo, samo sie nie zrobi. Kiedy moj chlop mowi: "Wiesz, trzeba koniecznie umyc okna", to w domysle oznacza to chyba: "Rusz tylek, stara, i umyj te okna!" A starej sie po prostu nie chce. Ot, co.
21:41, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 marca 2009
Marcuje na calego!

Czas pedzi nieublaganie, zima juz w zasadzie przestala straszyc, a na jej miejsce powolutku wkrada sie wiosna. Pomalu, ale konsekwentnie. Bo i temperatury wreszcie normalne: w okolicach 10 stopni i nieco wiecej. I to juz od dobrych dwoch tygodni, przynajmniej tu u mnie, w Nord-Pas-de-Calais. Ale i reszta heksagonu miewa sie chyba dobrze i calkiem okolowiosennie, jesli wierzyc telewizyjnym pogodynkom.

Ciesza wiec takie drobiazgi jak powiew cieplego wiatru, przesiaknietego specyficznym a ozywczym zapachem odradzajacej sie przyrody, zapowiedz kilku zielonych, soczystych i slonecznych (oby) miesiecy. Lubie wdychac ten zapach, cieszac sie, ze juz niedlugo bedzie mozna schowac gleboko do walizki lub szafy cieple kurtki i grube ubrania, a w wolnych chwilach - wsiasc na rower i pomknac na mala wyprawe we dwoje.

Jak milo jest znow slyszec spiew ptakow na spacerze posrod pol, dobiegajacy z rosnacych przy drodze  drzew. Wciaz nagich, ale juz gotowych, by sie zalistnic. I zamiast tej smetnej zimowej ciszy, przerywanej od czasu do czasu posepnym krakaniem wron, w uszach pobrzmiewa juz calkiem wyraznie zupelnie inna muzyka.

W ogrodzie u tesciow pojawily sie juz dzwonki przebisniegow, krzew przed domem zakwitl na zolto drobnymi kwiatkami. A my juz planujemy, jak ukwiecic i uzielenic nasze malenkie patio. Co prawda ziemniakow uprawiac nie bedziemy (bo i nie ma gdzie), choc i takie teraz cuda mozna miec na malutkim skrawku ziemi w ogrodku, nie wstawimy rowniez palmy (bo jak z takim kolosem dojechac do domu), ale za to mozemy np. wstawic sobie drzewko cytrynowe. Takie juz z wyhodowanymi cytrynkami. Watpie jednak, by w tutejszym klimacie - "c'est le Nord" - cytrusy przetrwaly chociaz jeden sezon. Ale juz na przyklad lawenda by sie nadawala, a mnie i kotu spodobalby sie rowniez bukszpan w donicy. Nie mowiac juz o ziolach, bo i takowe sobie ubzduralam.  Oczywiscie wszystko w doniczkach.

Pod wieczor zza okna dobiega mnie melodyjny spiew moich ulubionych ptakow - kosow. Dzieki tym czarno upierzonym skrzydlatym malym braciom o pomaranczowych dziobkach przypomnialam sobie, ze juz czas, by obudzic sie z zimowego letargu, wymiesc z katow pajeczyny, wyciagnac z glebin szafy zwiniety w klebek optymizm i usmiechnac sie jak dawniej. Mimo slynnego juz swiatowego kryzysu, ktory na dobre zadomowil sie i u nas. 

Kosy przywolaly takze inne wspomnienia. Moich wiosennych wieczornych spacerow wzdluz bulwaru de la Victoire  w Strasburgu, gdy chodzilam na nieszpory do malenkiego klasztoru dominikanow blisko ogrodu botanicznego.  Aleje przecinajaca kampus uniwersytecki nazwalam dosc naiwnie, w stylu pensjonarki  - przyznam - "aleja kosow".

Z okien pociagu, ktorym codziennie przemierzam polacie departamentu w drodze do pracy, obserwuje juz od pewnego czasu, jak plaski, szary i przerazliwie smutny krajobraz zaczyna powoli, jakby od niechcenia, rzucac na mnie ten sam urok, co przeszlo osiem miesiecy temu. Jak wowczas, gdy po raz pierwszy pojawilam sie w Valenciennes.

W przyszlym tygodniu zaczynam prace w jednej z tutejszych rafinerii jako tlumacz na kontrakcie.  Co najmniej dwie godziny rano i dwie godziny wieczorem spedze w pociagu.  Mimo wszystko nie postrzegam tych codziennych dojazdow jako wielkiej niedogodnosci: dadza mi przynajmniej namiastke tak lubianych przeze mnie podrozy. Czego wiecej potrzebuje wiosna taki wloczykij jak ja?

 

czwartek, 12 lutego 2009
A niech to dunder swisnie!

 
Juz zaczynala paczkowac nadzieja, a tu - masz ci los - nowy problem.
 
Treizy zostala dzis na noc w kociej lecznicy. Jesli wszystko bedzie dobrze, to odbierzemy ja jutro po poludniu.
 
Biedna mala. Dziwnie sie czuje, gdy w domu tak pusto bez tej futrzanej kulki, ale skoro trzeba...
 
Do tego popsul nam sie na amen samochod. 
 
Wszystko jest nie tak, jak mialo byc...
 
19:14, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
środa, 04 lutego 2009
Ladna mi niespodzianka

Aby w nowym roku nie brakowalo mi rozrywki, los zafundowal mi kolejna niespodzianke chorobowa. Nie syfilis, nie wscieklizne i nie wąsy i brode...

... lecz niedoczynnosc tarczycy. 

 Moje z trudem wywalczone 57 kg pozostalo juz tylko wspomnieniem. Jestem wciaz zmeczona, bez energii, zdolowana i przemarznieta, choc dom nie iglo, cieplo jest.  

Energii mi brak, mam za to: kilogramow w nadmiarze (moge sie nimi podzielic, sa chetni?), cere blada jak u upiora i ogolne rozmemlanie. 

Na stole obok sniadania pojawia sie wiec codziennie gorka lekarstw: ten na astme, ten na tarczyce, ten na depresje, tamten na bol brzucha, i do tego pigulka. Byle nie zapomniec tej ostatniej - jeszcze by mi tego brakowalo, bym "zaciazyla"! Kamien u szyi i w wode.

Rosnie zatem w sile moj zyciowy dorobek. Czego to ja juz nie mialam: chorych nerek (juz OK), alergii pokarmowej, problemow jelitowych... Teraz mam astme i klopoty z tarczyca. A to jeszcze nie wszystko, pominmy jednak milczeniem drobiazgi.

Mimo wszystko mam jednak zdrowe nogi i rece, zdrowy kregoslup i poki co, glowe na karku i niezmacony umysl. To juz cos. 

Ach, zapomnialabym: mam tez wspanialego toubiba (tzn. lekarza zwanego rodzinnym). Monsieur Philippe, na ktorego zartobliwie mowie: Monsieur Fifi. Order to za malo za jego zaslugi, jakies mauzoleum by sie przydalo, moze go zglosic do Panteonu? ;-) Z takim lekarzem moge zniesc jeszcze z dziesiec innych chorobsk.

Jak sie pojawi cos nowego, to dam znac. Tyle jeszcze mozliwosci przede mna! 

Reine-Marguerite-jeszcze-nie-hipochondryczka  

19:30, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 lutego 2009
Z gracją słonia... to o mnie
Bedac z niedzielna wizyta u jeszcze-nie-tesciow, czuje sie - choc realnego zagrozenia brak - niczym Elzbieta, sasiadka Hiacynty z serialu "Keeping up appearances", zapraszana na herbatke podana w starozytnej rodowej porcelanie Bukietowej. Nakrywanie do stolu tudziez sprzatanie po posilku, a juz zwlaszcza manipulowanie kieliszkami, staje sie dla mnie zrodlem stresu. Za kazdym razem zastanawiam sie bowiem, kiedy cos stlucze, upuszcze, rozleje, przewroce itp. Do tej pory co prawda jeszcze nie spowodowalam katastrofy, ale predzej czy pozniej wywine jakis numer. Nie da sie ukryc, ze gracji, lekkosci i klasy mam tyle, co slon w skladzie porcelany.

U nas w domu wytluklam juz prawie wszystkie kieliszki, a co gorsza nawet te, ktore dostalismy w prezencie na swieta. W jednym obtluklam nozke, a dwa stracilam lokciem na ziemie po wytarciu. Pozostale kieliszki padly trupem najprawdopodobniej w trakcie mycia lub wstawiania do szafki. Trudno uwierzyc, ze kobieta moze byc tak niezgrabna i nieuwazna, prawda?

Podobnie rzecz ma sie z ubraniami. A to zrobie plame z przodu na bluzce, a to utytlam kawalek rekawa, a to czyms prysne, a to cos upuszcze na spodnie. Istne prosie. Och, nie zdarza sie to codziennie, ale jednak. Rzadko przytrafia sie innym domownikom, a prawie zawsze mnie. Cale szczescie, ze nie obracam sie w wielkim swiecie celebrytow i innej arystokracji, wiec i powodow do wstydu mniej. Dobrze chociaz, ze jako osoba wystarczajaco obdarzona rozumem, a przy tym taktowna, nie strzelam gafami na prawo i lewo. 

Ostatni popisowy numer wycielam w zeszlym roku podczas weekendu spedzonego u znajomej rodziny pod Dusseldorfem. Wazna informacja: dla mnie bylo to pierwsza wizyta. Drugi dzien pobytu - oto zasiadamy wszyscy do poznego sniadania w ogrodzie: ja z moim chlopem, jego brat z dziewczyna, moi przyszli tesciowie i rodzina gospodarzy: pan i pani domu oraz ich dwaj dorosli synowie. Niemieckie sniadanko: chrupiace buleczki, ser, wedliny, itp. Calkiem jak w Polsce. I oto ja siegajac po talerz z serami, przewrocilam dzbanuszek z mlekiem... Na serwecie piekna plama, na podlodze plama i wstyd taki, ze nic tylko sie pod ziemie zapasc i juz nie wrocic. Zrobilo sie male zamieszanie, a ja czerwona jak burak zabralam sie z pomoca pani domu za usuwanie szkod. Mimo zapewnien przemilej Irene, ze to drobiazg i nic sie nie stalo, dla mnie bylo oczywiste: no to sie pieknie popisalam! Istna mistrzyni subtelnej gracji i niewyslowionej zrecznosci!

Chcialam jeszcze napisac o tym i o owym, troche rodzinnie, a troche o mnie i samokrytyke do konca doprowadzic, lecz obowiazki wolaja. Nie samym blogiem czlowiek zyje. 

Zamiast elukubracji - kilka zimowych zdjec prosto ze wsi.  

 
 
 
 
 
12:46, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka