La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
środa, 18 czerwca 2008
Marsylia





Natrafilam na jedyne zdjecia z Marsylii sprzed czterech lat... Zrobilam je w okolicach dworca kolejowego - mialam jedynie godzine do odjazdu pociagu w kierunku Nicei, wiec w zasadzie pokrecilam sie tylko w poblizu i na tym skonczyla sie moja przygoda z tym miastem... ;-) Moze kiedys znow tam sie wybiore...
niedziela, 08 czerwca 2008
Colmar czyli perelki Alzacji

Centrum pięknego miasta Colmar to prawdziwy labirynt brukowanych deptaków dla pieszych, przy których stoją odrestaurowane budynki w stylu alzackim, zbudowane u schyłku średniowiecza i w okresie renesansu. Ulice ożywiają śmiałe kolory - niebieskie, pomarańczowe, czerwone lub zielone - jakimi pomalowano pruski mur, z którego wzniesiono domy. Słynne w świecie Musee Unterlinden ma w swoich zbiorach przepiękny Ołtarz z Issenheim.

 

 

 

 

 

 

 

W Colmarze bylam kilkakrotnie - po raz pierwszy dopiero na poczatku czerwca 2003 roku (czyli po osmiu miesiacach pobytu w Alzacji), ostatnim razem - we wrzesniu 2006 roku, kiedy przyjechala do mnie w odwiedziny najbliższa famuła. Zdjęcia pochodzą jeszcze z czasów, gdy dysponowałam w miarę dobrym sprzętem fotograficznym - zeskanowałam także kilka pocztówek (mam nadzieję, że Patekku się nie obrazi, bo to od niej ściągnęłam ten pomysł).

Do Colmaru można z łatwością dostać się pociągiem - trasa jest naprawdę malownicza, wzdłuż pól i wioseczek, z widokiem na góry i winnice... Można też dojechać autostradą (bezpłatną) ze Strasburga w kierunku Miluzy. Szczerze mówiąc, choć samochód wydaje się daleko praktyczniejszym środkiem komunikacji, dużą przyjemność sprawiły mi moje wyprawy pociągiem - przynajmniej ze spokojem można się pogapić przez okno.

Z dworca na starówkę, czyli tzw. Małą Wenecję, prowadzi bodajże Avenue de la Republique (przechodzi się obok parku z fontanną, który mnie zawsze kojarzy się - nie wiem czemu - z cours Leopold w Nancy, choć podobieństwo nie jest jakoś specjalnie uderzające). Ot, wspomnienia... Miejsce to nosi swojską nazwę Pól Marsowych (czyli Champs de Mars).

Dzielnica Petite Venise rozciąga się wzdłuż rzeki Lauch i południowego skraju starówki. Centrum miasta, w dużej mierze wyłączone z ruchu kołowego, można zwiedzać pieszo. W pobliżu starówki znajduje się co najmniej jeden podziemny parking, nie ma więc problemu ze znalezieniem miejsca do zaparkowania samochodu.

Na tym mostku (ponizej) po obu stronach rozposciera sie bodajze najpiekniejsza panorama Malej Wenecji, najchetniej chyba fotografowane miejsce w Colmarze. :-) Zwlaszcza przy pieknej pogodzie robi fantastyczne wrazenie. Mialam to szczescie, ze przyjechalam do Colmaru przed poludniem, kolo dziesiatej, gdy jeszcze nie bylo zbyt wielu turystow, a i pozniej jakos nie zaroilo sie od tlumow. Moglam wiec bez przeszkod spacerowac po waskich uliczkach i delektowac sie ich urokiem. Im bardziej poznawalam Alzacje, tym wieksze stawalo sie moje przywiazanie do tych okolic i samego Strasburga.

 

Ten sam widoczek, ale trzy lata pozniej - famula zachwycila sie Alzacja, co mnie zreszta nie dziwi. Objezdzilismy waskimi drogami pol Alzacji, z jej winnicami, malowniczymi wioseczkami i miasteczkami, dotarlismy do zamku Koenigsburg, wdrapalismy sie na Mont Sainte Odile, byly spacery brzegiem Renu, dzielacym Francje od Niemiec... Zalowalam tylko, ze nie moglam pokazac moim bliskim Lotaryngii, mojej drugiej milosci po Alzacji. Zabraklo niestety czasu...

 

I znow powtorka. Colmar najlepiej zwiedza sie wiosna i latem, co wydaje sie oczywiste. Wpadlam kiedys z wizyta do Colmaru w lutym i wszystko wydalo mi sie takie smutne i uspione. Poznikaly przepiekne klomby i kwietniki, a nieoswietlone slonecznymi promieniami kolorowe kamieniczki wydawaly sie przyblakle... Urok tego miejsca pozostaje taki sam bez wzgledu na pore roku, lepiej jednak wybrac sie tam wowczas, gdy miasto prezentuje sie w calej swojej krasie.

 

A tu pocztowka - i zupelnie bajkowe kolory. :-) Mozna sie skusic na przejazdzke (przeplywke?) lodzia kanalami - kto byl w Brugii, wie ze czekaja tam podobne atrakcje, ale w zwielokrotnionym wymiarze. :-)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na średniowiecznych ulicach starówki, takich jak rue des Clefs, Grand' Rue i rue des Marchands, można zobaczyć wiele domów wzniesionych z pruskiego muru. Godny uwagi jest zbudowany w 1537 r. Maison Pfister (na pocztówce poniżej), przy rue des Marchands naprzeciw numeru 36. Architekturę tego budynku urozmaicają delikatnie malowane panneaux, wymyślne okno wykuszowe i rzeźbiony, drewniany balkon.

Musee Bartholdi (Muzeum Bartholdiego), rue des Marchands 30, poświęcone jest życiu i twórczości rodowitego mieszkańca Colmaru, Frederica Augusta Bartholdiego (1834-1904), twórcy nowojorskiej Statuy Wolności. W domu, gdzie urodził się artysta, można zobaczyć niektóre jego prace oraz pamiątki po nim.

 

Wejście do muzeum

 

 

Przy placu Dominikańskim (place des Dominicains) stoi gotycki kościół dominikanów (Eglise des Dominicains), kiedyś zdesakralizowany i wykorzystywany jako targ zbożowy. Znany jest ze swych XIV- i XV-wiecznych witraży oraz słynnego tryptyku La Vierge au buisson de roses (Madonna z różanym krzewem - mnie bardziej podobałby się tytuł: Madonna wśród róż, 1473) pędzla Martina Schongauera. To arcydzieło, przedstawiające postać Maryi o łagodnych oczach, tulącej w ramionach małego Jezusa, dostało się na czołówki gazet, gdy zniknęło na 18 miesięcy po kradzieży w styczniu 1972 r.

 

piątek, 29 lutego 2008
Kazdy pod rękę z homarem ;-)

Poniewaz Ola zapytala mnie w komentarzu, jak dlugo pomieszkiwalam na tzw. "lazurach", spiesze z wyjasnieniami. :-) W "domu" z przepieknym widokiem na morze spedzilam dwa miesiace, lecz moja przygode z Cap d'Antibes (mowa wlasnie o tym zakatku Lazurowego Wybrzeza) wspominam raczej niechetnie, bo na gospodarzy trafilam raczej nieszczegolnych. Ale to osobna historia. Nieco pozniej przenioslam sie do miejscowosci o nazwie Golf Juan, w bliskim sasiedztwie Cannes. Tak bliskim, ze mozna tam bylo dojechac rowerem, trasa szybkiego ruchu prawie ze nad samym morzem. Tam zostalam do konca mojego pobytu w departamencie Alpes Maritimes, co mialo miejsce pod koniec marca 2005 roku. W tym czasie na pamiec poznalam trase "blaszanego" pociagu do i z Nicei. :-)

Od samego poczatku mialam swoj pokoik na poddaszu (ktory byc moze kiedys byl czyms w rodzaju pokoiku dla sluzby ;-)) z malenkim okienkiem w dachu, wychodzacym na wzgorza. Widok na morze dostepny byl od drugiej strony pieknej XVIII-wiecznej willi. Zdjecie zrobilam, stojac wieczorem (a byl to poczatek listopada) na wielkim tarasie.

Bochenek chleba - rzecze Mors -
Jest tym, czego nam trzeba,
Przydadza sie tez ocet i pieprz,
Jak rowniez maslo do chleba.
Czyscie gotowe juz, lube Ostrygi?
No to smacznego!


To wlasnie tam po raz pierwszy skosztowalam takich nieznanych mi francuskich przysmakow, jak malze, langusty, ostrygi, kraby, osmiorniczki, coquilles de Saint-Jacques, krewetki i inne cuda-niewidy. A, bylabym zapomniala - takze i slimaki. Nie wypadalo mi odmowic, poniewaz zostalam zaproszona na kolacje przez moich owczesnych gospodarzy, ktorzy takimi oto wykwintnymi potrawami postanowili sprawic mi przyjemnosc. Zastanawiam sie, jak to mozliwe, ze nigdy wczesniej nie skosztowalam nawet krewetek, choc - jak przypuszczam - byly ku temu jakies okazje. Mniejsza z tym.

Malze przyrzadzone a la provencale zadowolily moj wybredny zoladek. Z trudem przelknelam natomiast oslizgle, jak dla mnie, ostrygi (wydlubywane - o ile sobie dobrze przypominam - srebrnym widelczykiem... cos tam sie chyba tez wysysalo... ;-)), a slimaki ledwie skubnelam. Mieso kraba i same krewetki okazaly sie zjadliwe, a calosc podlana dobrym winem, w towarzystwie pysznych francuskich serow, dala mi jako takie pojecie o tych specjalach francuskiej kuchni, ktore do tej pory znalam tylko z legend. ;-)

Niestety, znajomosc z ostrygami zakonczyla sie towarzyskim zgrzytem. Nastepnego dnia moj zoladek - przez ktory w jeden wieczor przeszly takie egzotyczne kurioza kulinarne - odmowil posluszenstwa. Caly bozy dzien przelezalam wiec w lozku jak betka w towarzystwie dreszczy, goraczki, nudnosci i objawow grypopodobnych. Postawilo mnie na nogi dopiero cale opakowanie Fervexu w saszetkach. Pod wieczor mialam juz lepsze samopoczucie, a nastepnego dnia wstalam z loza bolesci niczym nowo narodzona. :-)

Z cala pewnoscia wszystkie "owoce morza" byly swieze, ale dla nieprzyzwyczajonego zoladka slowianskiej "parweniuszki" okazaly sie raczej malo strawne. A zwlaszcza slynne ostrygi, ktore ponoc sa tak lubianym przez Francuzow przysmakiem. Juz wiem, ze rozdzial z ksiazki kulinarnej pod haslem "Ostrygi" jest dla mnie raz na zawsze zamkniety. ;-) Z powodow etycznych nie tkne rowniez biednych slimakow. Szkoda mi rowniez krewetek i innych morskich zyjatek. Jako niepelnowartosciowa wegetarianka (gdyz niestety wciaz jem ryby, nie znajdujac innego substytutu zdrowych tluszczow i zrodla "dobrego" bialka) staram sie, aby "dzieci" Matki Natury z krolestwa Fauny nie ladowaly na moim talerzu. Trudno, gdyby zamilowanie do ostryg, zabich udek i slimakow bylo podstawowym kryterium umozliwiajacym osiedlenie sie we Francji, z cala pewnoscia zostalabym skazana na opuszczenie terytorium kraju nad Sekwana jako osoba nieprzystosowana i niezintegrowana. :-) A wiec nie rokujaca jako przyszly "zabojad". :-)

Ciesla powiedzial: "O, Ostrygi,
Mila to byla przechadzka!
Nie potuptalibysmy do domu?"
Lecz zadna rownie gracka
odpowiedz nie padla: i nic dziwnego,
Bo wszystkie zjedli znienacka.

Polecam jeszcze kadryl z homarami. ;-) Do poczytania, oczywiscie. ;-)


piątek, 22 lutego 2008
Juz prawie ostatki...

... prawie, gdyz z tej czesci Francji mam jeszcze do pokazania (oprocz ponizszych)... uwaga, uwaga... slownie dwa zdjecia. Reszta, jak juz wiadomo, przepadla.




To nie teatrzyk cieni, tylko widok z mojego okna (tzn. nie mojego, tylko takiego "zapożyczonego", w ramach czasowego lokum). Cap d'Antibes, poczatek listopada 2004. Widoki zmienily sie dwa miesiace pozniej. Bez wiekszego zalu z mojej strony.



Na te miniplaze (ponizej) przychodzilam, by taplac sie w lodowatej wodzie. W styczniu. Temperatura wody nie zachwycala, za to zachwycalo ciepelko i mocne - jak na te pore roku - slonce.




czwartek, 14 lutego 2008
Wypisy z lazurowego pamietniczka ;-)



Jedno z pierwszych zdjec, jakie zrobilam po przyjezdzie na Lazurowe Wybrzeze. :-) Zdarzylo sie to gdzies w sierpniu 2004 roku. Byl to moj pierwszy w zyciu krotki, bo kilkudniowy, wypad na poludnie Francji, nad Morze Srodziemne. Zaproszona na kilka dni, wsiadlam po raz drugi w moim zyciu (kiedys musialo to nastapic, jazda pociagami wciaga ;-)) do TGV relacji Dijon - Marsylia, i po kilku godzinach podrozy wyladowalam w Antibes. Co widac na zalaczonym obrazku. :-)

Morze faktycznie okazalo sie lazurowe (nie do pomyslenia, by moglo byc inaczej), pelno ludu na plazach i wszelkich skrawkach ladu nadajacych sie do lezenia plackiem, niebo bezchmurne, temperatury jak to nad Morzem Srodziemnym, palmy i cytrusy na wyciagniecie reki ;-D, upojne granie cykad...

Kiedy powtornie przybylam do Antibes - 1 listopada 2004 roku - na plazach nie bylo juz sladu po wakacyjnych tlumach (choc nie brakowalo calorocznych amatorow lodowatych kapieli), do tego wiatry i ulewne deszcze przez prawie caly miesiac niczym w porze deszczowej... dojazdy pociagiem do Nicei... A trzeba wiedziec, ze trase (mniej wiecej) od Mandelieu La Napoule az do Monako pociag pokonuje (prawie) nad samym morzem... Wiadomo, bajkowe widoki i tak dalej... "Gdy sie mialo szczescie, ktore sie nie trafia..." ;-) Tak, tak... doprawdy la France est un pays magnifique... :-)

A do tego w niedziele posiedziec na La Croisette w Cannes (tez mi przyjemnosc, skoro wszedzie tlumy jak w okresie swiatecznych zakupow, a wkolo tyle innych urokliwych zakatkow) w nadziei, ze moze gdzies pojawi sie Paris Hilton albo jaka inna "gwiezdzina". ;-)

Tak bywa, lecz fortuna kolem sie toczy... 1 stycznia 2005 nad ranem (a moze raczej w poludnie), juz po sylwestrowej zabawie, zlamalam najmniejszy palec u nogi, biegajac na bosaka po jakims duzym jachcie. Nie moim, oczywiscie. :-)


niedziela, 10 lutego 2008
Trzy rolki na nic



Trzy rolki filmow z czasow mojego prawie polrocznego pobytu na Lazurowym Wybrzezu (juz ladnych pare lat temu), a z tych trzech rolek ocalalo moze 10 zdjec... Gorzej byc nie moglo, ale to wlasnie wowczas moj aparat fotograficzny podlozyl mi najwieksza swinie wszech czasow. Po powrocie "na stare smieci", do Strasburga, okazalo sie bowiem, ze wszystkie filmy sa przeswietlone...

Zostala mi za to cala masa wspomnien (dobrych i zlych) i sporo zabawnych, a nawet dramatycznych historii (takze ze mna w roli glownej). ;-)

Tylko tych zdjec szkoda, bo tyle sie najezdzilam - od Saint Raphael
po Monako, plus jeszcze l'arriere-pays (np. Vence)...

wtorek, 26 czerwca 2007
Prawie rok temu...

Od ostatniego wpisu minely lata swietlne. Zabraklo mi czasu, ochoty i serca do dalszych zapiskow. Jeszcze przez co najmniej dwa tygodnie moje zycie bedzie jednym wielkim oczekiwaniem...
Nic mi sie nie chce.

A poniewaz w koncu kupilam skaner, swiat ujrza dzis (wreszcie) moje foty z zeszlorocznych wakacji w Fecamp w Normandii. Spedzilam tydzien w uroczym nadmorskim miasteczku i choc pogoda nie dopisala, to jednak udalo mi sie zachowac dobre wspomnienia...





Uwielbiam dlugie spacery po plazy i przyjemny chrzest piasku pod stopami. Jednak na kamieniach w Fecamp mozna bylo sobie polamac nogi. A zejscie do wody przypominalo tortury. Podwojne tortury - jak dotrzec do wody i nie poranic sobie golych stop, a po drugie - jak powoli "oswajac sie" z zimna woda, a jednoczesnie nie pasc paszcza prosto w morskie odmety, straciwszy uprzednio rownowage na jakims kamlocie? ;-)

Mimo wszystko zapach morskiej wody, przyjemna cisza (kiedy akurat plaza swiecila pustkami) i szum morza wprawily mnie w wyjatkowo dobry nastroj... I nawet kamienie przestaly mi przeszkadzac...

Zreszta, zgodnie ze swoim zwyczajem, spedzilam niemalo czasu, wyszukujac kamieni o ciekawych ksztaltach, ktore moglabym pozniej zabrac ze soba do domu w celach czysto dekoracyjnych. Do plecaka trafil wiec kamyk w ksztalcie zeba, z dziura na wylot, wywiercona zapewne przez jakies cierpliwe i zdeterminowane stworzonko. Kolejny okaz znaleziony na plazy przypomina jajko. Oba egzemplarze pomalowalam w jakies esy floresy. Trzeci natomiast wyglada za to jak skamienialy kotlet - stoi na polce, podtrzymujac ksiazki przed niechybnym upadkiem. ;-)





Niestety, pogoda we wrzesniu raczej nie dopisala. Po dwoch slonecznych dniach nastala pora deszczowa, ktora ustala w dniu naszego powrotu do Strasburga. Jak pech, to pech...

Do tego zapomnialam zabrac z domu aparat fotograficzny (ktory w owym czasie jeszcze jako tako funkcjonowal). Skonczylo sie wiec na tym, ze za pare euro kupilam w supermarkecie aparat-zabawke na korbke i przy pomocy tego jakze skomplikowanego sprzetu najwyzszej klasy pstryknelam kilka fotek.




Przyznam szczerze, ze chcialabym tam jeszcze kiedys pojechac. Nie tylko ze wzgledu na przepiekne pejzaze i wysokie klifowe wybrzeze w okolicach Fecamp. Takze i normandzka wies zasluguje na uznanie - ze swoimi brazowymi i bialymi krowami, stadami owiec, soczysta zielenia, barwnymi domkami, kretymi drogami wsrod pol i lasow itp. ;-)





Sztormu nie udalo sie zobaczyc, ale i tak fale rozbijajace sie o brzeg byly naprawde imponujace. A wskutek przyplywu nie mogam niestety odbyc dlugiego spaceru wzdluz brzegu, ktory sobie zaplanowalam na samym poczatku.









Na sama gore tez sie wspielam, co zajelo niemalo czasu... Najprostsza i wcale nie najkrotsza trasa wiedzie niestety wzdluz domostw polozonych przy asfaltowej drodze.






Jeden z nielicznych slonecznych dni...









sobota, 27 stycznia 2007
Nieudany seans u wrozki ;-)

"Oto na stronicach wspomnianego zapisu z 27 marca 1961 roku uporczywie powraca zwrot Madame Zofia, ktory bezwzglednie nalezalo usunac, by w tym miejscu napisac po prostu "Zofia Nalkowska", tak jak na przyklad pisze sie "Marguerite Yourcenar". Bo czyz mozna sobie wyobrazic, ze o pisarce bedacej czlonkinia Akademii Francuskiej, francuski autor osmielilby sie powiedziec "Madame Marguerite"? Slowo "madame" w polaczeniu z kobiecym imieniem okresla we wspolczesnym francuskim wylacznie osobe prowadzaca dom publiczny; w latach siedemdziesiatych najslynniejsza z takich osob byla Madame Claude, wczesniej wykonujaca ten wlasnie zawod..."


Cytuje fragment artykulu z "Tekstow Drugich" o tlumaczeniach utworow Gombrowicza na jezyk francuski. Wspominam o tym, bo podobna wpadka przydarzyla sie kiedys mojej kolezance na lekcji jezyka francuskiego w liceum. W czasach przedpotopowych, ktorych dzisiejsza mlodziez juz nie pamieta, rzady silnej reki sprawowala, en tant que proviseur, nasza francuzica. I oto na jednej z lekcji nieszczesnik wyrwany do odpowiedzi przy tablicy mial zreferowac przygotowany w domu tekst pod wymownym tytulem "Chez une voyante" (czyli mowiac po naszemu "U wrozki"). Kazdy z nas, podowczas uczniow owego liceum, wyprodukowal wiec wyimaginowana scenke z seansu u wrozki, przyswajajac sobie przy okazji slownictwo typu "wrozyc z fusow", "krysztalowa kula", "tarot", jakze przydatne w zyciu kazdego czlowieka. ;-)

Raz, dwa, trzy... do tablicy przyjdziesz ty... i padlo na jedna z kolezanek, ktorej francuski, choc nie zaliczal sie do tragicznych, to jednak najlepszy nie byl. Wypowiedziawszy sakramentalne: "Venez ici avec votre cahier.... (tu pauza i polowanie wzrokiem na upatrzona ofiare)... Mademoiselle X", francuzica rozparla sie wygodnie na profesorskim krzesle, a reszta klasowego stada odetchnela z ulga. Niestety nie na dlugo.

Bohaterke swojego tekstu, tytulowa wrozke (ale nie wrozke z bajki, tylko pania wrozaca np. z kart ;-)), kolezanka postanowila nazwac po prostu "Madame Rose". Na co francuzica (swietny nauczyciel, ale przy tym postrach wszystkich klas "francuskich"), odwracajac sie w strone biednej dziewczyny, zapytala, tym razem po polsku, z usmiechem godnym "czarnego charakteru" z brazylijskich seriali:

- To w koncu gdzie jestesmy: u wrozki czy w agencji towarzyskiej?

***
I w ten oto sposob po wiek wiekow zapadlo nam w pamiec, ze do kobiety we Francji nigdy, ale to przenigdy, nie nalezy zwracac sie per "Madame + imie". ;-)


wtorek, 20 września 2005
Jak one się na te studia dostają, jak one tak ciężko myślą! ;-)

Kilka historyjek z życia studenta wziętych.

---------------------------------------------------

Pierwsza z nich, czyli zdarzyło się w Nancy...

osoby: Ja (J), Paniusia z dziekanatu (P)

W dziekanacie. Przyjeżdżam wczesnie rano do Nancy. I swoje kroki, tuz po wyjściu z dworca, kieruję ku kampusowi (lettres et sciences humaines). Jakieś dwadzieścia minut na piechotę, droga dobrze mi znana, znane okolice, pogoda nie dopisuje, podobnie humor. Docieram do dziekanatu, jesli tak w ogole mozna określić tzw. bureau de la scolarité (coś jak dział nauczania).  Dla mnie - jak dziekanat.

Pierwsza pani - całkiem miła. Zaprasza mnie na rozmowę z panią z sąsiedniego biurka. Czekam jak pokorny petent. Jedna pani obsługuje jakąś studentkę, druga - plotkuje z koleżanką. Czekam, mijają kolejne minuty. Druga pani odrywa się wreszcie od pasjonującej pogawędki z psiapsiółką i gestem wskazuje mi krzesło, na którym mam usiąść.

(P) - Słucham panią! * (Ani dzień dobry, ani nic. Jak by to ujął nasz były prezydent: "A pani tu jak do obory. Ani be, ani me, ani kukuryku!") I jeszcze ten nieprzyjemny ton głosu. Do tego ostatniego już zdążyłam się tu we Francji przyzwyczaić. Po Nicei nic już chyba nie będzie w stanie mnie zdziwić. Zwłaszcza w urzędach.

Wyjaśniam, w jakim celu tu przyszłam. A pani zdaje się nie bardzo rozumieć, o co mi tak naprawdę chodzi i wcale nie jest zadowolona, że oto musi rozmawiać z kolejnym studentem obcokrajowcem. W dodatku lepiej wykształconym od niej samej. I nie "pierwszakiem".

Pani wygląda dość groteskowo. Wiem, jestem złośliwa, ale pozwalam sobie oto na opis jej osoby. Wdzianko - jakaś sflaczała czarna sukienka w białe ciapki, do tego czarne spodnie i jakieś bure pantofle. Gruba warstwa tapety na niemłodej już i kanciastej twarzy z wielkim i jakby wydziobanym przez ptaki dołkiem w podbródku. Tapeta w kolorze mocnej opalenizny (à la tipsiara), kontrastująca z białą szyją. Karminowe usta i oczy "à la panda". Jak maska "kabuki".

(P) - No więc chce się pani zapisać na studia, tak? To proszę mi pokazać oryginał dyplomu.

Wyciągam dyplom. Pokazuję - odpis po francusku i polski oryginał. Pani ogląda wszystko, jakby w życiu nie widziała zagranicznych dyplomów. Co za dziwo!

(P) - A wiza gdzie?

(J) - Jaka wiza?

(P) - No wiza. Żeby się zapisać, musi mi pani pokazać wizę.

(J) - Proszę pani. Polacy od 4 lat nie potrzebują wiz, żeby studiować we Francji.

(P) - To nieprawda. Tak nie jest.

(J) - Od 4 lat nie ma wiz dla polskich studentów, a w zeszłym roku Polska weszła do UE. I nie ma wiz, ani kart pobytu, chyba że chce się pracować w czasie studiów.

(P) - Tak? No ja nie wiem, czy tak jest...

(J) - Nie mam żadnej wizy, bo jej nie potrzebuję. Jeśli pani tego nie wie, to proszę zadzwonić do prefektury i zapytać, kogo trzeba. Polska jest członkiem UE i wiele się od zeszłego roku zmieniło.

(P) - (do drugiej paniusi z sąsiedniego biurka) No coś takiego! Ty słyszałaś? He, he! Niemożliwe... (coś w stylu: "A świstak siedzi i zawija w sreberka" albo: "A łyżka na to: Niemożliwe!")

Przejdźmy do kwestii słynnego numeru INE, który miał mi zostać WRESZCIE zakomunikowany.

(P) - Ja pani teraz zapisać nie mogę. Ja pani dam numer INE i trzeba się zapisać przez internet, a potem przesłać czekiem pieniądze. A potem dostanie pani legitymację. Tu na miejscu. Ma pani attestation d'hébergement?

(J) - Przyjechałam tu tylko na parę godzin, a we Francji jestem od kilku dni i dopiero szukam mieszkania albo pokoju w akademiku.

(P) - No jak to? Nie ma pani stałego adresu w Nancy? Comment ça?

(J) - Jestem we Francji od kilku dni. Trudno znaleźć mieszkanie w kilka godzin, prawda?

(P) - To gdzie pani teraz mieszka?

Ręce mi opadły. Czy to naprawdę jest ważne?

(P) - Co to za problem znaleźć mieszkanie? Pełno ich tutaj. Trzeba się pospieszyć, nie? A w CROUS-ie pani była? No, to trzeba tam iść. Ja nie wpiszę na listę studentów, póki nie ma stałego adresu. Trzeba mieć adresse fixe, czy to jasne?

A teraz numer INE.

(P) - Pierwszy raz na studiach we Francji?

(J) - Nie, proszę zajrzeć do mojego dossier, wysłałam przecież wszystkie dokumenty. I tam jest m.in. zaświadczenie o pobycie na stypendium programu Socrates na uniwersytecie w Strasburgu.

(P) - Tak? A ja nic o tym nie wiem!

Paniusia ryje w papierach i faktycznie znajduje rzeczony dokument.

(P) - Ale to ja nie mogę pani wydać tego numeru, bo pani już go ma! Jak pani studiowała w Strasburgu, to oni mają ten numer. Tylko raz się go wydaje. Ma pani swoją legitymację studencką? [tak jakbym wszędzie jeździła z legitymacją sprzed kilku lat - przyp. R.M.] Dlaczego pani jej nie ma? To by nam ułatwiło całą sprawę. No ja tego numeru też nie mam! [a ja mam go niby mieć? po to mnie tu wezwali, żeby mi ten cholerny numer dać! - przyp. R.M.] Więc go pani nie dam. Musi pani jechać do Strasburga na uczelnię i powiedzieć, że pani już tam studiowała i oni już się tym zajmą. Albo niech pani teraz dzwoni. No, to jak? To jedzie pani do Strasburga po ten numer i przyjeżdża pani z powrotem do nas, nie?

Tej pani należy się nagroda. I już brak mi sił na komentarz... Czarno na białym stało w papierach, że to nie jest mój pierwszy rok na uczelni francuskiej. I to ich obowiązkiem, a nie moim, było skontaktować się z uniwerkiem w Strasburgu,  żeby uzyskać ten numer...

W tamtej chwili powiedziałam sobie: "O, nie, moi mili państwo, tutaj na pewno nie będę studiować! Po moim trupie!"

*

Przypomniały mi się sceny bodajże z "Kogla mogla". We fragmentach, niestety, bo pamięć już nie ta...

(baba w akademiku, dozorczyni) - Czego tu szuka?

(studentka) .... [tu, niestety, nie przypominam sobie dialogu]

- Co mi tu daje?

- ....

(baba) - Skierowanie mówiłam!

(studentka) - Ale ja nie mam żadnego skierowania...

(baba) - To z czym tu przychodzi? Jutro rano do dziekanatu po skierowanie i potem tu przyjść!

(studentka) - Ale ja nie mam gdzie nocować...

(baba) - A co to mnie interesuje?!!! Ha! Jak one się na te studia dostają, jak one tak ciężko myślą!

I inny dialog.

(studentka) - Bo ja bym chciała dostać mieszkanie w akademiku... (nieśmiało)

(baba z dziekanatu) - Proszę pani, w domu studenckim może być pani zakwaterowana od 1 października. (nacisk na: "w domu studenckim")

(studentka) - A gdzie jest ten dom studencki? (bardzo nieśmiało)

(baba) - Na Zamenhofa!!!!! (zniecierpliwiona)

(studentka) - Dziękuję bardzo... (cichutko)

(baba) - Proszę! (powiedziane wrednym i pełnym pretensji tonem jakiejś ekspedientki czy kelnerki z "Misia")

I jak tu nie kochać dziekanatów!

niedziela, 07 sierpnia 2005
Podróże sentymentalne

Miła rozmowa przez telefon z przyjacielem. Gdyby nie obowiązki, plany i pustki w portfelu, to wsiadłabym - do samolotu, pociągu, autokaru, ba, do czegokolwiek, i wróciła na południe Francji. Nie, nie na długo. Kilka dni, może tydzień, żeby się nie znudziło i nie przejadło. Krótki postój w Nicei, wycieczka do Montelimar. Może jakaś wyprawa w góry (Val d'Allos)? Gdziekolwiek, byle w miłym towarzystwie, by po raz ostatni w tym roku poczuć powiew lata... 

Już dawno nie widziałam zimy. Nie licząc zeszłorocznej Gwiazdki w Joigny. Mroźne zazwyczaj miesiące przeczekałam - niczym niedźwiadek w ciepłej norze - na Lazurowym Wybrzeżu. Zabawne... Nawet płatka śniegu, jedynie trochę deszczu od czasu do czasu. Plażowanie w styczniu. Kąpiel w morzu, a woda - ledwie 14-16 stopni (to mi dopiero poświęcenie: zęby szczękają, a ciało, pokryte gęsią skórką, dygocze z zimna). Ciepła kurtka założona może kilka razy. Duża oszczędność ubraniowa, czyż nie?

O przepraszam. Śnieg w  Eze village. A raczej jego topniejące w słońcu resztki. Ulewa w Vence. Nawet dawnego domu Gombra nie znalazłam. Jaka szkoda... Kilka godzin włóczęgi po St Paul de Vence. I rudy kot pewnej artystki pozujący do fotek na kamiennych schodach w wąziutkiej uliczce.

Pamiętam pierwszą podróż na Lazurowe Wybrzeże. Lato. Świeżo po powrocie z włoskiego Como. Wczesny ranek, deszcz - TGV na dworcu w Dijon. Mijam Lyon i serce stuka już jakby ciut mocniej. A niebo wciąż pochmurne. Valence, Awinion.. coraz jaśniej, coraz więcej słońca. Ledwie trzy godziny - a Marsylia tuż, tuż. Przesiadka - dworzec Marseille St Charles. I znów w drogę: Tulon, Les Arcs Draguignan, Frejus, St Raphaël, Cannes... Koniec podróży. Antibes.

A wszystko to streścić można w kilku słowach: oszołomienie, oczarowanie, pensjonarski zachwyt. Całą zimę szukałam tamtych wrażeń i krajobrazów oraz chwil, które minęły bezpowrotnie. Oczami wyobraźni wciąż chłonę te obrazy,  mijane w pośpiechu, widziane przelotnie z okien pociągu... Dziś już nie te same.

W planach - tegoroczna podróż sentymentalna. Kierunek - Nicea. Côte d'Azur. Wytropić, złowić, obłaskawić wspomnienia. Kiedy? Niebawem. Może w październiku. 

PS. Już, już mi się zdawało, że potrafię ładnie wklejać" linki do tekstu. Chyba jednak będę musiała to przećwiczyć kilka razy. LOL (Nic na to nie poradzę: linki, niestety, pod tekstem).

Val d'Allos: www.valdallos.com

Montelimar: www.montelimar-tourisme.com

Vence: www.ville-vence.fr

St Paul de Vence: www.saint-pauldevence.com


 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka