La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
piątek, 05 listopada 2010
Bazant o poranku

Oto, co wyladowalo dzis rano w moim ogrodku na plocie, zapialo niczym kogut i polecialo dalej.  Przepiekny, dorodny i krzykliwy bazant.


Takiej ilosci dzikiego zwierza, jaka napotykam w Brytfanii na co dzien, nie widzialam nigdy wczesniej.

Niestety, niemal codzienny widok rozjechanych lisow, wiewiorek i innej drobnicy,  ze o sarnach nie wspomne, juz nie przyprawia mnie o usmiech...

12:16, reine_marguerite , Knociątko
Link Komentarze (6) »
czwartek, 04 listopada 2010
Czy ten pies przeplynie kanal La Manche?

Droga redakcjo!

Mieszkam w domu, w ktorym rzadzi pies. Niereformowalny. Z zapleczem w postaci Pana. A Pan psa uwielbia.

Czy jesli wysle go (psa, nie Pana) w samodzielny rejs w jedna strone tratwa, lodzia czy nawet czerwonym pontonem na wyprawe po kanale La Manche z Dover do Francji, to zapuka do mnie do domu RSPCA?

Uprzejmie prosze o odpowiedz.

Zrozpaczona.

Do ulubionych zajec wyzej wymienionego psa nalezy:

- skakanie po domownikach i gosciach, wspinanie sie po nogawkach i wycieranie w nich brudnych lap, zwlaszcza tuz po spacerze po romantycznie blotnistych polach wschodniej Anglii i zjedzeniu krowiego placka,

- psie pocalunki "z jezyczkiem", ktore przyprawiaja mnie o mordercze instynkty,

- zebractwo stolowe, czyli wspinaczka po stolach i proby sciagniecia czegokolwiek, co tylko jada Pan Pies. A pan pies zjada i wypija wszystko, od psiego jedzenia zaczynajac, przez marchewke i salate, a na dobrach luksusowych konczac. Wino, ser, winogrona... moze jeszcze kawior mu podac?

Z zebractwem stolowym laczy sie wymuszanie, ktorego wyjatkowo nie znosze. Kazdy posilek wyglada tak samo: my przy stole, a pies to z jednej, to z drugiej strony probuje wymuszac smakolyki. Leb tu, jezyk tam, lapa drapnac po ramieniu albo udzie (aj, to naprawde boli!), byle tylko cos uszczknac. Niewazne, ze miska pelna. Najlepsze to, co z panskiego stolu!

Pies zre wszystko, co mu wpadnie w lapy. Ksiazki, karty kredytowe, skarpetki Pancia i inne desusy (a to lotr!),  smieci, kurzowe "koty" z odkurzacza i inne tego typu przysmaki.

Drodzy czytelnicy! Jesli na drogach Brytfanii spotkacie kiedys na swej drodze szara honde z szalonym kierowca po prawej stronie i psem-wariatem na kolanach tegoz,  psem z zamilowaniem do trabienia i zmiany biegow, to z cala pewnoscia bedzie to NASZ samochod. A po lewej stronie bede siedziala ja z mina Hiacynty Bukietowej. I to nie bedzie zabawne.

Nie bede wspominac, jak wyglada samochod, w ktorym podrozuje pies i jego wszedobylskie klaki. Pies, ktoremu wolno wszystko.  Pies, ktory kiedys wyfrunie przednia szyba, czego mu oczywiscie nie zycze (no moze troche, bo wredna jestem). Ale o wypadek z taka bestia nietrudno...

Wywalczylam juz zakaz wstepu do sypialni. Na razie zakaz obejmuje tylko psa. Chlop wciaz ma dostep do wspolnego loza, ale i tak co noc gdzies w okolicach polnocy albo i pozniej wedruje do drugiej sypialni i spi ze swoim pieseczkiem ukochanym, bo przeciez pies jest lepszy niz jakas tam baba, nie? W sumie nie narzekam, bo chlop chrapie, a ja przeciez musze sie wyspac. Niby wiec spimy razem, ale osobno. Podobno tak lepiej dla zdrowia. Nie dosc ze pies upierdliwy, to jeszcze jego pan mi spac nie daje!

Na nic moje utyskiwania, ze pies niewychowany. Podobno kiedys byl jeszcze wiekszy czort z niego! Moze kiedy juz bedzie "bezjajeczny" jak moj makaron, wszystko sie jakos unormuje? Bo na razie najchetniej zglosilabym go na wyprawe w kosmos w zastepstwie Lajki.

Gdzie te moje koteczki kochane, czysciutkie, pachnace, z mieciutkim futerkiem? No, gdzie? Gdzie te moje delikatne lapeczki, gdzie gracja linoskoczka, gdzie ten koci wdziek?

Na usprawiedliwienie Pancia dodam, ze Pancio zwierza rozne zbiera po schroniskach: mial juz slepego starego kota, mial sedziwego psa bez rodowodu, wszystko to schroniskowe bidule i sierotki.

Ale ten pies mnie przerasta.

Jeszcze jedna niedzielna wycieczka nad morze i pies poplynie w sina dal.

A ja razem z nim, ale w zupelnie innym kierunku.

20:42, reine_marguerite , Knociątko
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 października 2010
Dwoje plus pies

Na razie wciaz mam dwa domy, a raczej dom i duuuzy pokoj. Pokoj w Pierdziszewie Gornym pod Londynem, wynajmowany w domu dzielonym z niezbyt milymi angielskimi lokatorami, i dom pod Cambridge. No, moze nie pod samym Cambridge, ale zawsze. W Suffolk znaczy sie. Gdzie dokladnie, powiem, jak juz sie tu troche zasiedze.

W czwartek zwozimy wszystkie moje bambetle do nowego lokum. To juz moj trzeci czwarty adres w tym roku i mam nadzieje, ze ostatni. Szczerze mowiac, mam dosyc tych wszystkich przeprowadzek i trzymania rzeczy w walizkach.

Mialam ci ja isc do roboty w Firmie na ostatni tydzien, ale dalam sobie spokoj, olalam panstwo menedzerostwo i poszlam na zwolnienie. Ani mi w glowie wielkie pozegnania i "gorzkie zale", a tzw. referencje mam gleboko gdzies, i tak nie spodziewam sie zadnych peanow na swoj temat. Zreszta nie ja jedna odchodze, a czy zaluje? Nie, ani troche, az sie sama dziwie, ze wytrzymalam az rok.

Jestem wiec znowu "na swoim". Scibole  jakies tlumaczenia, glownie ksiazek, majac z tego niebotyczne dochody na tzw. waciki, a przy okazji szukam nowych zlecen translatorskich, bardziej przyziemnych, za to lepiej platnych.

Na stanie mam chalupe do ogarniecia, chlopa i psa. Nie wiem, co bardziej klopotliwe: duzy dom czy chlop. Pies jak na razie dzierzy palme pierwszenstwa. ;-) Musze sie przyzwyczaic, nie ma rady. Kotka by sie chcialo, ale nie - do cholery - pies jest. Taki, co zezre wszystko, lacznie z moja karta kredytowa, i najchetniej wlazlby mi na glowe, gdybym tylko na to grzecznie pozwolila. Ze wlazlby, nie mam najmniejszych watpliwosci. Zapowiedzialam juz, ze nie chce widziec psa na lozku w naszej poscieli. Wystarczy mi, ze w samochodzie zachowuje sie jak kilkulatek z zaawansowanym ADHD.

Odwalilam dzis kawal dobrej roboty z tlumaczeniem pewnej ksiazki, opilam to czerwonym Chateau Meaume (2006), przygotowalam zjadliwa kolacje (calamari in tomato sauce, ba, nawet winka dolalam), zrobilam gore prania... i wrocil chlop z psem do domu. I tyle.

***

Na deser: kilka zdjec z moich sierpniowych wakacji nad polskim morzem. Kto by pomyslal, ze spedze kilka raczej zimnych i deszczowych dni w towarzystwie moich wlasnych rodzicow? ;-) Ostatnie takie wakacje spedzilam jako trzynastolatka. :-) Tegorocznych nie zaluje. Bylo calkiem, calkiem...

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

19:36, reine_marguerite
Link Komentarze (7) »
sobota, 16 października 2010
Latwiej byc nie moze

Tydzien temu wrocilismy z wojazy po Francji: Marsylia, Aix-en-Provence, Cassis... Czy musze pisac, ze jestem oczarowana, ba, zachwycona? Nie moglo byc inaczej.

Z innej beczki: przymierzam sie do przeprowadzki w okolice Cambridge. Jeszcze tylko dwa tygodnie, o ile w miedzyczasie nie dojdzie do jakiegos przewrotu i dzialania wrogich sil. ;)

Troche sie boje tych zmian. Wiecej niz troche.

Klamka juz zapadla.

Zeby tylko wszystko bylo bardziej stabilne i przewidywalne. Pobozne zyczenia?



23:42, reine_marguerite
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 września 2010
Rusz tylek z domu

W srode ruszylam z domu wspomniany w tytule tylek. Trafilam na wybrzeze.

Migawki z Herne Bay...






wtorek, 14 września 2010
To ja zdradzilam Francje...

Pod koniec lipca zapisałam w moich notatkach:

***

Nim wyjechalam do Brytfanii prawie rok temu, moja ukochana rodzicielka z glebokim przekonaniem w glosie obwiescila tylko: "Dziecko drogie, ty po miesiacu stamtad wrocisz..."

Zanosi sie na kolejny, drugi rok w Anglii. I ostatni zarazem.

Trwaja przygotowania do kolejnego etapu w moim zyciu. Kierunek: Belgia. Kiedy? Juz za rok.

Jedno jest pewne: Brytfania to nie jest miejsce dla mnie.

***

Tak bylo pod koniec lipca.

Tymczasem w polowie wrzesnia:

Belgia wciaz w planach na przyszly rok.

Jest tylko jedno "ale": zakochalam sie. Z wzajemnoscia. W Angliku...

Ja, ktora za meza mialam miec tylko Francuza i na co dzien swiergolic po francusku, czuje sie jak zdrajczyni. Szczesliwa, lecz mimo wszystko zdrajczyni. Biorac pod uwage moje watpliwe szczescie w milosci, wszystko moze sie zdarzyc, i - kto wie - moze Anglik odplynie w sina dal niczym moj niedoszly miauzonek z polnocy Francji (a niech go ges kopnie). On verra bien...

Powyzsze okolicznosci przyrody sprawiaja, ze zastanawiam sie, co z ta Belgia, i czy przypadkiem nie daloby sie planow belgijskich osadzic na zamorskich gruntach, czyt. w Brytfanii. Poki co, to na razie tylko mrzonki, choc absztyfikant juz prowadzi dochodzenie i sam wyszukuje dla mnie potrzebne informacje.

Zastanawiam sie rowniez, czy nie zamieszkac w Cambridge ze wzgledu na to, ze z mojego podlondynskiego Pierdziszewa Gornego troche daleko na randki z Anglikiem (prawie trzy godziny pociagiem z trylionem przesiadek gdzies w glebinach londynskiego metra).

Cambridge zauroczylo mnie prawie tak jak niegdys Strasburg.

I co teraz? Tego nie bylo w planach...

***

Brytfania to nie jest miejsce dla mnie?

09:42, reine_marguerite
Link Komentarze (11) »
niedziela, 05 września 2010
Gdzies na poludniu Anglii

Od ponad dziesieciu miesiecy blog powinien nosic nazwe: Gdzies na poludniu Anglii, czyli Polka au pays de la conduite à gauche...

Nie bedzie jednak zadnych zmian.

To nie jest blog o moim zyciu w Anglii,  dlatego juz od dluzszego czasu nie ma zadnych nowych wpisow.

Tesknie za Francja.

Ratuje mnie ulubione radio FranceInter i francuskie ksiazki, podsylane od czasu do czasu prosto znad Sekwany.

27 pazdziernika: wczesnym rankiem wysiadam z samolotu na lotnisku w Luton. Leje, ale to mnie akurat nie dziwi. Wsiadam do zatloczonego pociagu z Bedford przez Londyn do Brighton.

I'm in the middle of nowhere. Umieram dla swiata na cale dlugie dwa miesiace.

Styczen:


W Nowy Rok umawiam sie z przypadkowo poznanym jeszcze w grudniu przystojniakiem z Bournemouth. Idziemy na dlugi wieczorny spacer nadmorskim bulwarem w Brighton. Przejmujace zimno. Trzesiemy sie jak galarety. Rece mamy zgrabiale i lodowate.  Sytuacje ratuja dluuuuuuuuuugie pocalunki na slynnym Brighton Pier. Robi sie jakby ciut cieplej. Trudno sie od siebie oderwac w taka mrozna noc...

Swiateczna paczka od przyjaciela z Paryza: przepyszne sery (opakowane w potrojne warstwy folii dla zabicia specyficznego serowego zapaszku), dwie  butelki dobrego szampana i czerwone wino. Ksiazki. Pachnace starocia prosto z budki paryskiego bukinisty.

Zasypalo Anglie. Doslownie. 30 centymetrow sniegu w mojej okolicy. Nie jezdza pociagi. Wlasciwie nic nie jezdzi. Transport publiczny zablokowany. Nie mam nawet zimowych butow. I tylko jeden cieply sweter. Przyjechalam do Anglii przekonana, ze zimy beda tu takie jak na polnocy Francji: bezsniezne i bezmrozne. Tymczasem trafiam na tutejsza zime stulecia.


19 stycznia: ostatni dzien dwudziestolatki. Dojezdzam wieczornym pociagiem do Bournemouth. Owczesny absztyfikant (znowu lekarz... ot, zostala mi taka slabostka) przyjezdza po mnie prosto ze szpitala na dworzec w tej swojej smiesznej niebieskiej lekarskiej "pizamce". Juz w cywilnych ciuchach i z butelka zacnego francuskiego szampana wybieramy sie na plaze w Bournemouth, podobna jedna z najpiekniejszych w calej Anglii. O polnocy wznosimy toast za nastepne trzydziesci lat. :-)

Nastepnego dnia przylatuje do Poznania. Komitet powitalny z kwiatami na lotnisku.  Godzinny korek na drodze z Lawicy do srodmiescia. Spozniony tort urodzinowy juz w domowych pieleszach. Kot zglupial na moj widok.

Dwa dni pozniej lece z powrotem do Londynu. Przesiadam sie na samolot do Paryza. Na bramce immigration officer urzadza mi przesluchanie. "A do Paryza to w jakim celu? Na jak dlugo? Co robi w Anglii? Studiuje? Pracuje? Gdzie? Ile ma przy sobie pieniedzy?". Z przepastnych glebin torby wygrzebuje zlotowki, funty i euro. Brakuje, zeby mi w zeby zajrzal i cycki obmacal w poszukiwaniu ukrytych dewiz i nielegalnego silikonu. "Wiecej grzechow nie pamietam".

Trzeci toast na trzydziestke wznosze juz w stolicy Francji.

Luty:

Moj piekny trzydziestoletni z Bournemouth powiadamia mnie o zareczynach. Oczywiscie nie ze mna w roli glownej.  To nie mnie niosa suknie  z welonem, a jakze. Pare dni pozniej przyjezdza do niego wybranka z Pakistanu. Malzenstwo aranzowane przez rodzine wbrew woli obu przyszlych malzonkow.

Placz w poduszke (bo jak to: wielka milosc miala byc!) i pretensje do swiata, a dzis juz tylko smiech, ze zycie sporo takich absurdalnych sytuacji zsyla, czy tego chcę czy nie.

Wybieram sie na rozmowe o prace w Bournemouth. Juz w trakcie orientuje sie, ze jako Polka nie mam najmniejszych szans na zatrudnienie.

W pracy mobbingu ciag dalszy. Antypolskie nastroje zawsze modne.

Marzec:

Mobbing w pracy osiaga swoje apogeum. Topor wojenny wykopany. Nie odpuszczam. Zostaje wiec wrogiem numer jeden i jako persona non grata postanawiam zmienic prace. Wciaz ta sama firma, tylko w innym miescie. Przeprowadzka. Ulga.

Ciag dalszy: praca, praca, praca. I ta zlosc niemozebna a bezsilna, ze Anglia, ze czas juz wracac, ze to nie tak mialo byc, a jest. I basta.

Kwiecien:

Wybieram sie na urlop do Polski. Nocuje w Londynie. Z roznych przyczyn spozniam sie na poranny samolot. Mam ochote obedrzec ze skory osobe, ktora miala mnie podwiezc na lotnisko. Smutny bilans: 60 funtow za taksowke z Kensington Olympia na lotnisko w Luton i kolejne 50 funtow za bilet do Warszawy. Do Poznania zamiast o jedenastej przed poludniem docieram  o jedenastej... wieczorem.

Urlop pod znakiem narodowej martyrologii i rodzinnych porachunkow [Zaslona milczenia opada].

Islandzki wulkan splatal figla nie tylko mnie. Zostaje w Polsce o kilka dni dluzej. Do Anglii przyjezdzam samochodem. Krotki postoj w Calais napelnia mnie smutkiem. Tak bardzo tesknie za Francja, ze wdaje sie w krotka pogawedkę z policjantem z francuskiej strazy granicznej, ktory sprawdza moj paszport.

Prom z Calais do Dover. Sloneczny kwietniowy dzien. Zostawiam za soba port w Calais. Z oddali widze jeszcze Cap Blanc Nez. Cholera, tyle wspomnien... Stoje przy promowej balustradzie i nie odrywam wzroku od mojej Francji. Mojej dalekiej polnocy. Od tego mojego kawalka Francji, gdzie spedzilam ostatnie trzy lata... Mam ochote rzucic sie prosto w morze i wplaw dotrzec na brzeg. I juz nigdy nie wracac do Anglii.

Za pozno. To juz Dover.

CDN

17:43, reine_marguerite
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 kwietnia 2010
Uwolnic z wanny demona...

L'Exorciste III.

Baignoire hantée: faire sortir le démon.

 

P.S. Ja wciaz zyje. Wciaz w Brytfanii. Zgodnie z rozkladem jazdy, polowka przyszlego roku nalezy do Belgii. Wracam na polnoc Francji (byle wytrzymac do nastepnych wakacji)... i na studia.

14:26, reine_marguerite
Link Komentarze (1) »
środa, 23 grudnia 2009
Na wygnaniu - po drugiej stronie kanału La Manche :-)

Od dwóch miesięcy jestem w Anglii... Byle do końca sierpnia...

Brakuje mi Francji jak życionośnej wody.

Nie jest więc niespodzianką, że pod koniec stycznia jadę na urlop do Paryża.

Trzy dni w rodzinnym domu w Pyrlandii to kolejny prezent urodzinowy ode mnie dla mnie. Coś mi się w końcu od życia należy, czyż nie? ;-)

 

 

Kolejne święta Bożego Narodzenia z dala od domu i rodziny.

Czuję się głupio i źle mi z tym.

czwartek, 29 października 2009
Duza mala przerwa

Od wtorku grasuje w poludniowo-wschodniej Anglii, w okolicach Brighton.

Stad przerwa w blogopisaniu.

Chwilowo robie sobie mala przerwe od Francji.

Zaczelam powoli wdrazac plan zmian, o ktorych juz wspominalam.

Jedno jest pewne: Francja stala sie moim drugim domem i juz czuje, jak bardzo brak mi tamtejszych klimatow. To tylko mala przerwa we francuskim zyciorysie, nic na stale. Mam czas na przemyslenie mojej decyzji o dalszym ksztalceniu w Belgii. I oczywiscie o zyciu w kraju nad Sekwana...

P.S. Jaka ja mam tu piekna sloneczna pogode! Jaka piekna zlota jesien!

19:37, reine_marguerite
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka