La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 14 grudnia 2010
Ta, co się pocięła

Mimo iż posiadam pewne kulinarne zdolności i w zasadzie lubię pichcić, kuchnia stała się dla mnie ostatnio dość niebezpiecznym miejscem. Dowód: jedna dość głęboka rana cięta i oparzenie, po którym zostanie mi zapewne blizna. Bodajże tydzień temu zacięłam się w palec dużym nożem do chleba i do dzisiaj noszę plaster. Jeszcze się nie zagoiło. Za płytko, żeby pędzić na pogotowie, za głęboko, żeby przeszło ot, tak sobie. Kilka dni później oparzyłam się, dotykając przez przypadek gorącej patelni. Jak? Nie pytajcie. Zdolna jestem niesłychanie. Powyżej nasady kciuka mam więc wciąż lekko bolesny ślad po pękniętym pęcherzyku. Będzie mała blizna jak nic.

Chris podsumował moje dokonania jednym celnym pytaniem:

- Zaczęłaś się samookaleczać, kochanie?

I jak tu go nie lubić?

22:24, reine_marguerite , Le petit betisier
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 grudnia 2010
Szczoteczkowe śledztwo

Chris (czyli mój osobisty Pan Obrażalski) mówi do mnie dziś rano w sypialni:

- Mam do ciebie pytanie.

Pięknie, myślę podejrzliwie. Pewnie jakieś kolejne objawienie czy iluminacja ze mną w roli głównej, które wprawią mnie w doskonały humor na cały dzień.

- Wal śmiało.

- Co robi twoja szczoteczka i pasta do zębów na półeczce w kabinie prysznicowej?

- Wieczorem myję zęby pod prysznicem.

- ????

No co, no co?, myślę.  A co niby mam robić? Czyścić nią fugi albo polerować paznokcie u stóp?

- No myję zęby. Takie dwa w jednym. Nie będę marzła, stojąc w samym ręczniku przed umywalką. Zimno mi (to taki przytyk z mojej strony, bo w Brytfanii ludzie lubią ziąb w domu. Ja nie.)

- A jak płuczesz te swoje zęby pod prysznicem?

- Normalnie - burknęłam. - Jakoś sobie radzę.

Kurtyna opada.

10:59, reine_marguerite , Le petit betisier
Link Komentarze (6) »
środa, 08 grudnia 2010
Po drugiej stronie czyha melancholia

 

 

 

L'invisible araignee de la melancolie etend toujours sa toile grise sur les lieux ou nous fumes heureux et d'ou le bonheur s'est enfui.

22:49, reine_marguerite , Anglia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 grudnia 2010
Make my Monday morning brilliant!

Dla anglojęzycznych - wczorajsza poranna radiowa wpadka w BBC4.

O przekręcaniu nazwisk, czyli powiedz poprawnie i szybko: "Jeremy Hunt, culture secretary". Tylko się nie pomyl. Polecam! ;-)

***

"Pardon me, coughing fit..."

08:45, reine_marguerite , Le petit betisier
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Chciałem być marynarzem, misjonarzem lub przestępcą

 

 

Jakież niezwykłe losy dokumentują teksty pisane przez ojca Pierre’a w okresie prawie ośmiu dekad. Poczynając od intymnych zapisków młodego jeszcze Henry Grouèsa, mistycznego nastolatka o poetyckiej, lecz udręczonej duszy, zalęknionego i ogarniętego wątpliwościami, czy nawet rozpaczą, a kończąc na medialnych potyczkach niemal dziewięćdziesięcioletniego księdza, którego tak wielu czyta i słucha z szacunkiem. To losy człowieka urodzonego przed wybuchem pierwszego światowego konfliktu, doświadczającego z rzadko spotykaną wrażliwością kolejnych wstrząsów XX wieku.

Ojciec Pierre od dwudziestu lat plasuje się w czołówce najbardziej lubianych przez Francuzów znanych osób: wczoraj wraz z kapitanem Cousteau [1] i Harounem Tazieffem [2], dzisiaj obok Davida Douilleta [3] i Zinedine’a Zidane’a. Stanowi to zagadkę, gdyż w czasach „politycznej poprawności” zawsze potrafi pozostać niepokornym, okazując zuchwałość, rzecz jasna w umiarkowany sposób, która nie pozwalała nam niekiedy spokojnie zasnąć.

Jego gniewne teksty dotykają tam, gdzie najbardziej boli; kazania ganią parafian zgnuśniałych w mieszczańskim komforcie; gwałtowne mowy oskarżycielskie zbijają z tropu najbardziej niewzruszonych polityków, a buntownicze wypowiedzi łączą subtelnie gniew i współczucie, oburzenie i prowokację; jego sformułowania trafiają w samo sedno.

Bez wątpienia jedną z oznak geniuszu ojca Pierre’a jest umiejętność dotarcia do tych wszystkich ludzi, których dusze umie otworzyć, od najbardziej cierpiącego człowieka po potężnego szefa państwa. „Najdziwniejsze jest to, że ludzie go słuchają” - pisze jego przyjaciel Albert Jacquard w książce Troska o biednych. Także ci, którzy mają władzę. Po tym, jak zajęliśmy nielegalnie (squat) przy rue du Dragon, wystarczyło kilka minut, a było to w niedzielne popołudnie, by natychmiast uzyskał spotkanie z premierem, na podobieństwo Franciszka z Asyżu, przyjętego w Damiette przez sułtana Malika. Jest także słuchany przez tych, którzy interpretują prawo. Przed kilkoma laty mieszkańcy squatu, postawieni przed sądem, otrzymywali nakaz opuszczenia zajętych bezprawnie pomieszczeń w imię poszanowania prawa własności. Dzisiaj sądy nadal orzekają, w myśl tego prawa, eksmisję osób „bezprawnie zajmujących” jakiś lokal, lecz jednocześnie – zgodnie z naturalnym prawem człowieka do posiadania mieszkania - zwracają się z prośbą do władz o znalezienie dla tych rodzin innych lokali. Ewolucja orzecznictwa w tym zakresie jest oznaką głębokiej przemiany sposobu myślenia naszych rodaków. Czyżby więc ojciec Pierre był tym, któremu udaje się właśnie dokonać w naszym kraju rewolucji w duchu franciszkańskim?”

Charyzma ojca Pierre’a objawia się również poprzez nie mający sobie równych talent łączenia wykluczonych z sytymi. Czyż nie dał się poznać w połowie lat 50. dzięki mającemu szeroki oddźwięk apelowi na antenie radiowej? Apel ten stał się iskierką, która rozpaliła Paryż, a później całą Francję, dając początek temu, co zostanie później nazwane „rewolucją dobroci”. Jako słuchacz brał także udział w radiowych quizach, jak np. w znanej grze „Quitte ou double” („Kwita lub dwa razy więcej” lub ”Wszystko albo nic” – przyp. tłum.). Wygrana w grze pozwoliła fundacji Emmaüs na zakup pierwszej ciężarówki.

Lecz ojciec Pierre to nie tylko zjawisko medialne. Jest prorokiem, ale nie w religijnym znaczeniu tego słowa, lecz kimś w rodzaju świeckiego wizjonera. Socjologiczną definicję proroka zaproponował w 1993 r. Pierre Bourdieu, w telewizyjnym programie „La Marche du siècle”, w którym uczestniczył również ojciec Pierre. „Prorok jest postacią niezwykłą, która pojawia się w niezwykłej sytuacji, gdy w czasach kryzysu i niedostatku zwykli ludzie, a zwłaszcza księża, nie znajdują już właściwych słów. Wtedy właśnie przemawia prorok i mówi o sprawach, które do tej pory były tłumione - wyjaśniał Pierre Bourdieu. - Ojciec Pierre jest właśnie tym kimś, kto pełen oburzenia zabiera głos z ogromną siłą. W wyborczy wieczór, pośród ogromnej, lecz wiele mówiącej ciszy, odzywa się głos, który coś mówi. Głos człowieka, który odgaduje z wyprzedzeniem nieszczęścia i przez prosty fakt, że odsłania to, co ukryte, nieuchronnie je zapowiada”.

Jeden Bóg wie, czy ojciec Pierre potrafił przewidywać. Rychło po wojnie przeczuwa nieuniknioną globalizację i zostaje przewodniczącym Światowego Ruchu Federalistycznego. Przed podpisaniem traktatu rzymskiego obawia się, że będąca wówczas w powijakach wspólnotowa Europa zbytnio oddali się od narodów, które ją tworzą. Pod koniec lat 70. wytyka palcem słabość możnych tego świata i podkreśla potęgę słabych, antycypując tym samym wydarzenia z 11 września 2001. Na początku lat 60. przepowiada kryzys ekologiczny. Podczas „cudu gospodarczego” (tzw. les Trente Glorieuses w latach 1946-1975 – przyp. tłum.), mówi już o nowych biedakach i przewiduje zjawisko wykluczenia oraz pogłębianie się nierówności społecznych w następnych dziesięcioleciach. Tworząc wspólnoty Emmaüs, w nowy sposób odpowiada na procesy wykluczenia, rozwijając wymiar wspólnotowy, pojęcie bezwarunkowej gościnności, odnowę [„rehabilitację”] człowieka poprzez pracę, poszanowanie wyjątkowości każdej jednostki ludzkiej, różnorodność społeczną, ujmowanie człowieka w całej jego złożoności, odrzucając także państwowe zapomogi.

Do swej niebywałej intuicji ojciec Pierre dorzuca działanie. Jest bowiem bez wątpienia jednym z pierwszych, którzy walczą z nędzą, a także odsłaniają jej przyczyny; nawet jeśli wielu jego wielbicieli, również w samym ruchu Emmaüs, dostrzega w nim jedynie „miłość bliźniego”. Zauważył to już w 1957 r. Roland Barthes w swoim słynnym tekście: „Zastanawiam się, czy piękne i wzruszające obrazy z życia ojca Pierre’a nie stanowią alibi, na które powołuje się spora część społeczeństwa, raz jeszcze po to, by bezskutecznie zastępować znaki miłości bliźniego poprzez 'zadekretowaną sprawiedliwość' ".

W ciągu lat ojciec Pierre stał się niemalże naturalnie i prawie przez przypadek politykiem i budowniczym, nie mając na względzie własnej kariery. „Życie nie jest snem ani ludzkim projektem, lubił powtarzać. Jest bardziej przyzwoleniem niż wyborem. Tak niewiele sami wybieramy! Mówimy 'tak' lub 'nie' możliwościom, które są nam dane. Jedyne, co wolno człowiekowi, to albo stawiać żagle, albo pozwolić, by opadły”.

Czy jednak życie ojca Pierre’a tak bogate, tak skrajnie zróżnicowane, które zdaje się podlegać wahaniom w zależności od wielu zdarzeń i przypadków, nie było zaprogramowane już w młodości? Piętnastoletni Henri Grouès zastanawia się nad swoim przeznaczeniem: czy wybrać życie kontemplacyjne na wzór świętego Franciszka, czy zaangażowanie polityczne w stylu Napoleona? „Och, cóż to za pycha!” – dorzuca. Innymi słowy: grota pustelnika czy trybuna? A może obie te rzeczy jednocześnie, gdyż całe życie ojca Pierre’a wydaje się być rozpięte między tymi dwiema przeciwnymi ideałami, jak gdyby on sam odmawiał ostatecznego dokonania wyboru. Dlatego też w miarę upływu czasu następują na przemian: okresy mistycznego wycofania się z codzienności i zaangażowania w życie publiczne,  kontemplacji i dynamicznego aktywizmu. Wybierając jedno lub drugie, ojciec Pierre nie stosuje półśrodków. Z pasją posuwa się nawet do ostateczności, narażając się na bolesne przeżywanie chwil, jak choćby podczas siedmiu lat głębokiej samotności spędzonych u kapucynów, czy też pamiętnej zimy w 1954 roku [apel w sprawie bezdomnych, na który odpowiedziała cała Francja – przyp. tłum.], tak wyczerpującej fizycznie i umysłowo.

W przedstawionych tu tekstach, w każdym swoim Słowie, ojciec Pierre objawia się jako postać złożona i człowiek paradoksów. Jest bowiem jednocześnie:

- kimś praktycznym, potrafiącym zrobić coś z niczego, i człowiekiem refleksji, którego w harcerstwie nazywano „Zadumanym Bobrem”;

- człowiekiem dialogu, swobodnym zarówno w towarzystwie kloszardów, jak i wielkich tego świata;

- kruchą sylwetką, która wydaje się niezmiernie wrażliwa, a w której kryje się niespotykany dynamizm;

- samotnikiem zafascynowanym górami i pustynią, który mimo to ceni także zgromadzenia i studia telewizyjne;

- globtrotterem, który wielokrotnie okrążył ziemię, a także mistykiem, który kocha poezję i gwiazdy;

- księdzem, którego wypowiedzi są często obrazoburcze i antyklerykalne, a który uczynił z Emmaüs ruch na wskroś świecki;

- działaczem ruchu oporu, który fabrykował fałszywe papiery, by pomóc Żydom przedostać się do Szwajcarii, i gwałtownym obrońcą prawa do odmowy pełnienia służby wojskowej płynącej z pobudek religijnych;

- zdeklarowanym Europejczykiem, obywatelem świata i buntownikiem, który nie waha się wykraczać poza ramy legalności, gdy sądzi, że jego walka jest słuszna;

- politykiem reformatorem, który nieswojo czuje się wobec manicheizmu, a który najlepiej godzi dzisiaj wartości religijne i polityczne, jak to uczynili przed nim święty Wincenty a Paulo, Robert Schuman, Gandi czy Martin Luter King;

- niestrudzonym twórcą, niespecjalnie uzdolnionym organizatorem;

- dalekowzrocznym kronikarzem nieszczęść tego świata, który – o czym się często zapomina – założył czasopismo o dużej randze społecznej „Głód i pragnienie – głos ludzi pozbawionych głosu”; w latach 50. było ono, wspólnie z dziennikiem „Combat”, trampoliną dla dziennikarzy myślących o zrobieniu kariery;

- płodnym autorem, który nie zgadza się, by pewien wydawca określił go w tytule jednej z jego książek mianem „sprawiedliwego”;

- człowiekiem, który od ósmego roku życia pragnie umrzeć, ale żyje z pasją, jak gdyby – uznawszy, że życie jest zbyt krótkie – chciał niemalże łapczywie wieść kilka różnych żywotów jednocześnie.

Głębokie i prawdziwe człowieczeństwo – niewątpliwie to właśnie Francuzi dostrzegają w tym księdzu tak różnym od wielu innych. Jest to przecież ktoś tak ludzki w swoich sprzecznościach, także przez swój nierzadko trudny charakter, niecierpliwość i zuchwałość. Ludzki, choć niezdyscyplinowany. Ludzki, gdy mówi prawdę prosto z mostu. Ludzki także wtedy, gdy niejako z przyjemnością broni przestępców i zbija z tropu rządzących. Także dzięki poczuciu humoru i pokorze.

Przedmowa do książki ojca Pierre'a Je voulais etre marin, missionnaire ou brigand. Dziennik intymny i wybrane myśli (autorstwa Daniela Lefevre'a). Tłumaczenie wstępu - ja.

Dlaczego akurat o tej książce piszę dzisiaj?

Bodajże dwa lata temu próbowałam zainteresować nią polskich wydawców, a konkretnie wydawnictwa katolickie, bo wydawało mi się, że to ono właśnie najchętniej podejmą się publikacji wspomnień ojca Piotra w polskim wydaniu.

Przetłumaczyłam więc wstęp i spis treści, dodałam informacje o samym ojcu Piotrze, znanym chyba wszystkim Francuzom, niekoniecznie  jednak Polakom. Jest to jednak postać wyjątkowa, a przy tym również nieco kontrowersyjna, dzięki temu zaś barwna, nietuzinkowa, ba, nawet piękna...

Wysłałam więc moją propozycję do kilku najważniejszych katolickich wydawnictw, spotkałam się nawet z redaktorem naczelnym jednego z nich... i nic. Klops. Bo owszem, ojciec Piotr, bo Emmaus, bo ubodzy, bo bezdomni, bo znany, bo ksiądz.. owszem. Ale zbyt kontrowersyjny. I naszego JPII ośmielił się ganić, a poza tym krytykował nauki Kościoła. Więc nie, mimo wszystko nie, dziękujemy.

W Polsce ukazała się jak do tej pory tylko jedna książka autorstwa ojca Pierre'a: Mój Boże, dlaczego? Wydawca (nie związany - jak się wydaje - z Kościołem) pisze o niej tak: Przedstawiona tu wizja Kościoła i świata wzbudziła kontrowersje m.in. ze względu na polemikę ze stanowiskiem papieża wobec celibatu księży katolickich oraz zakazu wyświęcania kobiet; autor ze zrozumieniem wyraża się też o związkach homoseksualnych i wychowywaniu w nich dzieci. Mimo dyskusyjnych poglądów, Abbe Pierre był jednym z największych autorytetów moralnych naszych czasów.

A więc da się. Po śmierci siostry Emmanuelle ukazały się w polskiej wersji jej szokujące pamiętniki Spowiedź zakonnicy.

Jako że postać ojca Pierre'a wciąż jest bliska memu sercu (choć zapewne brzmi to dość naiwnie), zastanawiam się, czy jednak nie dałoby się i jego wspomnień opublikować w Polsce.

Jeśli więc dobrnęliście do końca tego wpisu, proszę o szczere opinie: czy po lekturze przedmowy sięgnęlibyście po książkę ojca Pierre'a?

Pytam z czystej ciekawości, bo już od dawna ten projekt leży zakurzony w mojej szufladzie  wśród wielu innych i od czasu do czasu zastanawiam się, czy warto go reanimować.

___________________

[1] Jacques-Yves Cousteau (ur. 1910-1997) – francuski oficer marynarki, badacz mórz i podróżnik.

[2] Haroun Tazieff (ur. 1914 w Warszawie – zm. 1998 w Paryżu) – francuski speleolog, wulkanolog i geolog, współtowarzysz wypraw Cousteau na  okręcie „Calipso”, autor licznych książek i filmów dokumentalnych [przyp. tłum.]

[3] David Douillet (ur. 1969) – francuski dżudoka, dwukrotny mistrz olimpijski, wielokrotny medalista w mistrzostwach świata i Europy w dżudo. Spopularyzował tę dyscyplinę sportu we Francji. Po zakończeniu kariery zaangażował się m.in. w działalność charytatywną (Opération Pièces Jaunes – Akcja Miedziaki). Postać Zidane’a nie wymaga wyjaśnień [przyp. tłum.].

16:44, reine_marguerite
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 grudnia 2010
Snieg, czyli nie mam pomyslu na wieczor

W mojej czesci Brytfanii, tj. we wschodniej Anglii, sniegu bylo dzis przed domem tyle...

A u dawnej znajomej z pracy mieszkajacej na poludniowym wybrzezu Anglii, w Brighton, tyle:

Chyba jednak wole moj fyrtel. Zdecydowanie.

Podobno ma sie ocieplic w przyszlym tygodniu. Podobno...

środa, 01 grudnia 2010
Sie zatrzaslam

Po co zamykac sie w lazience na klucz, skoro nikogo nie ma w domu? Przeciez i tak nikt nie wejdzie znienacka, prawda? No wlasnie.

"Sie zatrzaslam" dzis po poludniu, po czym spedzilam bite trzy godziny, siedzac na podlodze w lazience i rozmyslajac nad marnoscia tego swiata, dopoki Pan Obrazalski nie wrocil do domu z pracy i nie uwolnil mnie z potrzasku. Po raz pierwszy przydala sie tez do czegos ta mala czworonozna pokraka zwana psem, gdyz wszczynajac jazgot tuz pod drzwiami mojego tymczasowego wiezienia, sprowadzila na wyzyny Pancia we wlasnej osobie. Ciag dalszy nie wymaga wyjasnien.

Dumajac tak nad zlym losem i wlasna glupota, przypomnialam sobie historie jakiejs paryzanki, ktora uwolniono z jej wlasnej lazienki dopiero po... trzech tygodniach. Cale szczescie nie musialam sporzadzac testamentu, choc oczami wyobrazni widzialam juz zeschniete i zmumifikowane truchelko (moje, rzecz jasna) lezace pokotem na czarnych kafelkach, zapomniane przez swiat i porzucone na pastwe losu...

Pan Obrazalski z pomoca srubokretu w przeciagu kilku zaledwie chwil uwolnil mnie z pulapki, a mine mial tak rozbawiona, ze chyba zapomnial, o co sie tak nabzdyczyl i obrazil wczoraj.

Bo Pan Obrazalski odstawia dokladnie te same numery, co moj tatko rodzony: nie, po co sie poklocic lub posprzeczac o cos i po udanej klotni zgodnie wypic lampke wina ? Nie, lepiej spektakularnie sie obrazic i z ciezko urazona mina i lordowska godnoscia samotnie przezuwac telewizyjna papke w salonie.

Let's try to be nice tonight.

Dzis wieczorem jestem wiec wyjatkowo mila. Pan Obrazalski lezy obok mnie na lozku w swoich czerwonych gatkach, seksownie opinajacych jego ksztalty, sledzac jak co tydzien wyscig szczurow w "The Apprentice", a ja oddaje sie blogiemu blogowemu lenistwu.

I odliczam godziny do nastepnych fochow.

________________________________

Na zakonczenie kilka migawek z Mersea Island z czasow, gdy jeszcze mozna bylo wysciubic z domu koniec nosa bez obawy o ciezkie odmrozenie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 22 listopada 2010
Wlochate niewiniatko

Niech nikogo nie zmyla te czarne oczeta i smutny pyszczek.

Ten pies to wszystkozerny maly terrorysta i kleptoman o inteligencji rozwielitki, ulubieniec swojego Pancia i zgryzota na moje stare lata. :-)

Mimo wszystko do tej pory jeszcze nie wsadzilam go na tratwe i nie wyslalam do Francji.

Caly czas zastanawiam sie, jak doprowadzic do introdukcji (i pozniejszej intronizacji) gatunku Felis domesticus na moim wlasnym terytorium...

18:31, reine_marguerite
Link Komentarze (8) »
czwartek, 18 listopada 2010
Cassis czyli okruchy Francji

W kilku slowach Cassis wyglada tak:

dojezdzasz do stacji kolejowej w Cassis, wysiadasz z pociagu, wychodzisz przed dworzec, a tam.. nic.

Nic. Nic.

I dlugo, dlugo nic.

W pierwszej chwili zastanawiasz sie, czy aby na pewno Cassis to TA nadmorska miejscowosc na poludniu Francji, o ktorej rozpisuja sie przewodniki.

I idziesz, idziesz, idziesz przed siebie, az w koncu docierasz do miasteczka.

I wtedy jest OK.

Nawet jesli wpadasz tam w pazdzierniku, to wciaz mozesz spotkac ludzi wracajacych z plazy z recznikiem pod pacha, a wieczorny posilek w jednej z okolicznych portowych knajpek  -  zjesc na swiezym powietrzu.

Mozesz tez poglaskac rudego kota i bezskutecznie probowac znalezc jakakolwiek taksowke, gdy tymczasem okazuje sie, ze jedyny taksowkarz w okolicy o tej porze dnia chyba juz smacznie spi.

I pokrecic sie troche po waziutkich uliczkach, powdychac prowansalskie powietrze, po czym z bolem serca i na niechetnych nogach powedrowac z powrotem na stacje.

Nie, Francji nie da sie tak po prostu zapomniec...

 

 

 

wtorek, 16 listopada 2010
Z(a)myslona

Depuis bien des saisons (...) [les feuilles mortes] pourrissaient dans l'herbe, et les jours de pluie, vers la mi-octobre, un triste et délicieux parfum montait jusqu'à moi par la fenêtre entr'ouverte et me rendait pensif. (Green, Autre sommeil)

 


11:27, reine_marguerite , Cytatnik
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka