La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
czwartek, 26 października 2006
Do kraju tego teskno mi :-)























Tych kilka majowych fotek (mojego autorstwa) to odpowiedz na pytanie: dlaczego tesknie za Strasburgiem; dlaczego tak bardzo brak mi spacerow nad brzegiem kanalow, beczacej sygnaturki na wiezy koscielnej (tak, to ten bialy kosciolek ze zdjecia), waziutkich uliczek jakby zywcem wyjetych ze sredniowiecznych legend, magnolii w parku na placu Republiki i dumnych kasztanowcow w szerokich alejach, domkow "jak z piernika" w "Malej Francji", kolonii labedzi, wezowatych tramwajow i mojej ukochanej katedry z jedna tylko wieza, bo drugiej nie wzniesiono. 

17:25, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (1) »
Z powrotem do Alzacji?

Za dwa tygodnie, juz po oddaniu artykulu, nad ktorym wlasnie mozolnie pracuje, wyjezdzam do slonecznej (oby) Italii. Nie na odpoczynek, bo juz dosyc sie nawylegiwalam wrzesniowa pora nad morzem w Normandii (zdjecia juz sa, tylko skanera brak). Jade wiec, by sie ukulturalnic i doksztalcic, przy okazji wzbudzajac salwy smiechu moja wciaz nieporadna wersja jezyka wloskiego.

Poza tym zastanawiam sie, calkiem powaznie, czy nie wrocic do Strasburga. Nie tak od razu, ale powiedzmy pod koniec stycznia. Jak sie bowiem okazuje, moja obecnosc w Lille jest nie calkiem konieczna. I jakiekolwiek podawalabym powody, to jeden jest najwazniejszy: tesknota za Alzacja, za "moim" Strasburgiem i prowincjonalnym, ale przytulnym Nancy.

Mniejsza o koszty przeprowadzki. Wynajem samochodu i podroz na trasie Lille - Strasburg to przeciez nie wyprawa na koniec swiata. Z ciezkim sercem mysle jednak o milionach formalnosci zwiazanych z przenosinami i to mnie jakos blokuje.

 

Nic na to nie poradze, ze nie lubie Lille. I choc z dnia na dzien coraz lepiej poznaje miasto, coraz wiecej o nim wiem, coraz wiecej dokonuje odkryc (takich zwyczajnych, osobistych)  to jednak mnie ono nie zachwyca. Bo jak tu ma zachwycac, skoro nie zachwyca? ;-)

 

Poki co, jestem na razie "uwiazana". Nie tylko dlatego, ze mam sporo pracy, ale tez ze wzgledu na udzial w obowiazkowych seminariach, ktore jako doktorantka musze "zaliczyc". Drugi semestr moze okazac sie bardziej laskawszy.

 

Wracac do Alzacji czy nie? A moze za jakis czas przeprowadzic sie do Nancy?

 

Mego promotora z Lille nie porzuce, bo czlek to solidny, konkretny i zyczliwy. "Na odleglosc" tez sie da pracowac. Chciec to moc. Czyzby? Ech, szukam argumentow "za" i "przeciw". Rady mi trzeba.

PS. Zdaje sie, ze to jakas faza kryzysowa. Przeczekac, zastanowic sie, nie marudzic. To chyba jedyne wyjscie. :-)

środa, 25 października 2006
Widzialam slonie na ulicy...

Szal ogarnal miasto. Czyli witajcie w Indiach. Blizej i wiecej o tym, co w trawie piszczy:

http://lille3000.com/

17:46, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
Lekcja wprost z urzedu

Nalezy sie przyzwyczaic, ze pewnych spraw w tym jakze uroczym kraju nie da sie zalatwic od reki. Mam na mysli przede wszystkim urzedy. Jest to zapewne tradycja stara jak swiat i zadne starania i wysilki, zadne reformy tu nie pomoga. Aby wiec uporac sie z roznymi formalnosciami, trzeba do urzedu (mniejsza z tym czy to prefektura, sekretariat uczelni czy cokolwiek innego) wybrac sie nie raz, nie dwa, ale czasem nawet piec i szesc. A niekiedy i to nie wystarczy. :-) Po obowiazkowym odstaniu w dlugasnej kilometrowej kolejce z numerkiem w lapie, dzierzac pod pacha teke z iloscia dokumentow godna akt sadowych, nalezy sie obowiazkowo wytlumaczyc, splaszczyc i naprosic, podac daty urodzenia wszystkich czlonkow rodziny, nie liczac psa, panienskie nazwisko praprababci od strony matki, rozmiar buta i kod PIN od komorki. :-) A i to moze sie okazac niewystarczajace.

Bo to jest tak, ze albo pani Irenka nie wprowadzi jakichs danych od komputera, w zwiazku z czym niezwykle skrupulatny pan Rysiu z sasiedniego pokoju odrzuci wszystkie papiery, tlumaczac, ze dossier jest niekompletne. A to pani Krysia, ktora pracuje w urzedzie od miesiaca, nie tylko nie wie, co ma robic, ale dodatkowo wybiera na swoich doradcow najbardziej niekumatych kolegow z pracy i ta wlasnie mocna ekipa usiluje poradzic sobie z zagadnieniem jak najbardziej podstawowym. A to pani Halinka ma PMS i migrene, co latwo rozpoznac po wyjatkowo zbolalej, obrazonej minie i krotkich warknieciach, wydawanych z siebie w ramach odpowiedzi. W zwiazku z powyzszym zalatwienie sprawy potrwa dodatkowy tydzien dluzej, dopoki nie mina dolegliwosci pani Halinki. O ile w tym czasie pan Heniu nie wlozy akt do segregatora z napisem "sprawy anulowane". Proste z pozoru sprawy moga urosnac do rangi ogromnego i nierozwiazywalnego problemu, gdy zajmie sie nimi pan Wacek. Sprawy zalatwiane u pana Wacka nigdy bowiem nie ruszaja z miejsca, a jesli juz rusza - to w takim kierunku, ze pol urzedu pracuje po godzinach, zeby naprawic "conneries" pana Wacka. Sam zas pan Wacek ma wszystko w d... w duzym powazaniu, jak przystalo na kazdego szanujacego sie "fonctionnaire" tuz przed emerytura. Nic to jednak w porownaniu z pania Czesia, ktora bez zadnych oporow z glebin swej kabiny "opierdala" stojacego petenta, oskarzajac go przy okazji o cale zlo swiata.

Niejedna lekcje cierpliwosci, wytrwalosci i sily ducha odbylam na korytarzach i w poczekalniach roznych urzedow. I choc przyzwyczailam sie do panujacych tutaj obrzedow i humorow, to jednak skreca mnie za kazdym razem, gdy nie moge czegos tak po prostu zalatwic. Od razu, od reki, bez komplikacji. Na proste zaswiadczenie o ubezpieczeniu musze czekac ponad tydzien. W dobie komputerow przekazanie danych z jednego urzedu do drugiego moze trwac nawet miesiac. Zeby otrzymac nowa "carte vitale", trzeba poczekac cztery tygodnie. 

Dwa razy musialam przypomniec panu z sekretariatu akademika o koniecznych naprawach. Zapchany zlew i brodzik, biegajace tu i owdzie karaluchy to przeciez nie moje dzielo. Grzeczna prosba - pierwsza - nie podzialala. Czekaj, tatka, latka... Skuteczna byla dopiero druga prosba, wciaz mila, ale w tonie lekkiej pogrozki. W zanadrzu mialam juz przygotowane pismo opierniczajace skierowane do dyrekcji. Obylo sie bez wojny. Nie mam pieniackiej natury i nie lubie wojowac o byle co, ciezko jednak zachowac zimna krew, kiedy w niektorych sytuacjach trzeba do niektorych ludzi mowic jak do gleboko uposledzonych, 30 razy przypomniec, o co chodzilo i dopytywac sie drugie tyle razy, co zamierzaja zrobic w danej sprawie.

Mam wtedy ochote zacytowac slowa ze strasznie durnej polskiej komedi w nieco zmienionej formie: "W moim slowniku nie ma slow nie umiem, nie potrafie, nie wiem. Za co wam placa?"

A nagrode glowna w kategorii "uprzykrzacz zycia" otrzymuje pewien urzad, ktory swoja filie dla mieszkancow mojej okolicy (Villeneuve d'Ascq) umiescil w... Roubaix. Gdzie Roubaix, a gdzie Villeneuve d'Ascq! Gratuluje. Nagrode przeslemy poczta. ;-)

PS. Nie tyle mnie wkurza taki sposob traktowania petenta, ile coraz czesciej smieszy. :-) Smieszy, dostarczajac mi kolejnych tematow do zartow wsrod znajomych, takze Francuzow, ktorym nieobce sa wedrowki ludow po urzedach, kolejki, tony papierzysk i wszelkie absurdy administracyjne. Bawi mnie to o tyle, ze wojujac z administracja (sa to raczej niewielkie, tycie wojenki), jednoczesnie ucze sie tak wielu nowych rzeczy: a to trzeba poszukac czegos w internecie, a to pogrzebac w takim czy siakim kodeksie, a to zajrzec do rozporzadzen wydanych przez prefekture, a to pojsc po porade do stowarzyszenia czy urzedu... Ech, nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. I jaki to sie czlowiek wazny i madry sobie samemu wydaje, gdy spotyka wspoltowarzyszy niedoli i tlumaczy, doradza, pomaga.. bo wie ciut wiecej. W niejednym urzedzie przeciez byl. Niejeden papier wypelnil. Niejedno wywalczyl.

wtorek, 24 października 2006
Wichrowe, ale nie wzgorza

Tak wygladal wczoraj wieczorem kampus uniwersytecki Lille 3 w Villeneuve d'Ascq - mniej wiecej przed godzina dwudziesta. Mimo cieplej kurtki-plaszcza po kilku minutach marszu w kierunku akademika mialam spodnie przemoczone do ostatniej suchej nitki, ociekajaca woda kurtke i mokrutenka torbe. Lalo jak z cebra (dawno juz nie widzialam tak solidnej ulewy), wialo niemilosiernie, a krotka droga przez park w strone domu w podobnej scenerii (niczym z filmu grozy) przyprawila mnie o mocne bicie serca. Ot, taki strachulec ze mnie...

Dzis od samego rana znow ulewa - przemoczylo mi nie tylko buty (pantofelki na obcasach - nie ma to jak inteligentne decyzje podejmowane nad ranem), ale i spodnie (ciut za dlugie). Przydal sie za to ogromny parasol w barwach unijnych (blekitny z 12 gwiazdkami) zakupiony jeszcze w Strasburgu przed wyjazdem do Lille. Parasol posiada nie tylko wielgachna drewniana raczke (stanowczo za duza jak na moja mala lapke), ale i dlugi szpikulec, ktorym - jesli zajdzie taka potrzeba - zadam potezny cios kazdemu, kto by mnie bezczelnie zaczepil (Uwaga! Wsciekly parasol!). ;-) To chyba jedyny parasol, ktorego nie da sie zgubic - jest bowiem duzy, widoczny i ciezki. :-)

Jest wiec dokladnie tak, jak mi powiedziano: norma w Lille to deszcz, ciemne i ciezkie chmury, zimno i wilgoc. :-) Ogrzewanie nadal nie dziala - ponoc wlaczono je wczoraj! Wczoraj! Tak jakby do wczoraj bylo tu 25 stopni ciepla.

Wieje wiec i leje, "alejkami juz strumienie deszczu plyna"... I tak przez caly dzien.

(z onetu):
Huragan w północnej Francji
Silny wiatr spowodował wiele zniszczeń w północnej części Francji. U wybrzeży Bretanii na mieliźnie ugrzązł kontenerowiec z 26-osobową załogą na pokładzie.

Na pokładzie panamskiego kontenerowca pozostało tylko sześciu marynarzy. Reszta załogi została ewakuowana helikopterami. Dwie osoby odniosły lekkie obrażenia. Francuski holownik ma podjąć próbę ściągnięcia statku na pełne morze.

Wiatr, którego prędkość dochodziła do 120 kilometrów na godzinę, uszkodził kilkaset domów w tej części Francji. 25 tysięcy rodzin zostało pozbawionych energii elektrycznej. Ruch samochodowy na wielu drogach jest uniemożliwiony z powodu drzew, które przewróciły się na jezdnię.

Huraganowi towarzyszyły silne opady deszczu. Strażacy byli wielokrotnie wzywani z powodu zalanych wodą piwnic.

Położona niedaleko miasta Nantes wyspa Noirmoutiers została odcięta od kontynentu. Władze zamknęły most łączący ją ze stałym lądem.

A tymczasem "La voix du Nord" donosi o... tornadzie:

Fort coup de vent et gros dégâts sur l’ouest de la région: http://www.lavoixdunord.fr/journal/

W calym regionie (tzn. w Nord-pas-de-Calais, gdzie mieszkam), z powodu silnych wiatrow ograniczono tez predkosc poruszania sie pojazdow do 70 km/h.

Alerte Orange: trzeci stopien zagrozenia (3/4) w Normandii, Ile-de-France, Nord-pas-de-Calais i w Pikardii. Predkosc wiatru osiaga 90-110 km/h.

Jak kochac... to tylko Francuza

Francuz - doskonaly material na romantycznego adoratora i ognistego kochanka, ale niekoniecznie na meza i glowe rodziny??? Ech, milosci me przemaszerowaly przed moimi oczyma wczorajszego wieczoru, gdy mi na wspomnienia sie zebralo... Jak kochac i szalec, to tylko tu... :-)

Bo przeciez - kiedy Francuz kocha, to w wielkim stylu, w starym dobrym stylu, z rozmachem i iscie bizantyjskim przepychem: kolacje w restauracjach (nawet sie nie skrzywi przy placeniu rachunku i lekka reka dorzuci calkiem niezly napiwek), romantyczne spacery po uroczych zakatkach starowki w swietle latarn (gdy ksiezyca brak), wyznania szeptane do ucha, noszenie na rekach (nikt mnie nigdy tyle na rekach nie nosil, co tu we Francji - od czasow, rzecz jasna, niemowlectwa), samochodowe przejazdzki poza miasto, choc benzyna to przeciez cenne dobro w tych czasach, ktorego nie nalezy marnowac ;-) (jeden z moich absztyfikantow wywiozl mnie byl w pewien majowy dzionek szlakiem winnym w Alzacji az do Mont Ste Odile, gdzie sie piknik odbyl tete a tete)... ach, i te noce, owiane goracym oddechem, pelne namietnosci i zaru... Ech... Jak dobrze byc kobieta w kraju nad Sekwana... Lza sie w oku kreci... ;-)

A to w knajpce przy lampce wina liscik milosny na serwetce skleci, ze az ciarki przechodza przy lekturze, a to w srodku nocy zadzwoni i tym swoim francuskim szeptem (od ktorego az sie w glowie kreci)  powie, ze teskni i spac nie moze, a to kolacje wlasnorecznie przyrzadzi (jadalna, zaznaczam, i do tego smaczna), a kupujac bagietke w bulanzerii, obdarzy sprzedawczynie, sasiada staruszka z psem i cala reszte kolejki najslodszym usmiechem w swiecie, za co biedaczka za lada malo polowy towaru mu nie odda za darmo, byle jeszcze raz ten usmiech ujrzec. A to scenke zazdrosci wybrance uczyni w iscie francuskim stylu, bo chociaz libertyn i lekkoduch, to przeciez swojej damy pilnie strzec bedzie i na potencjalnych rywali krzywym okiem spojrzy. 

A jesli jeszcze do tego niedbale zarzuci na szyje kolorowy szalik i jaka dobra perfuma sie spryska... Ech.. To dla niego jest sie "mala wrozka", "ksiezniczka", "serduszkiem", "kochaniem" i "miloscia". I nawet jesli czasem powie z przekasem, tym poblazliwym samczym tonem: "andouille", a potem doda: "je t'aime, patate", to jak tu sie na takiego gniewac i obrazac? J

Jeden amant przyjezdzal do mnie z innego regionu. J Energiczny i swiadomy swego uroku filozof o iscie rycerskiej posturze (metr dziewiecdziesiat, silne i opiekuncze ramiona i piekne inteligentne oczy o zamyslonym spojrzeniu) pisal do mnie listy wyborna, przepieknie literacka francuzczyzna w stylu listow z "Niebezpiecznych zwiazkow" Laclosa, zarazil miloscia do jezyka Italii, pieknie spiewal i jeszcze piekniej calowal. Kochal na zaboj - i choc w sina dal odplynal niczym marynarz w najdluzszy rejs swojego zycia - to jednak procz zlamanego serca zostawil cala ksiege wspomnien. I to jakich! Tak kocha sie w zyciu chyba tylko raz. Jeden na milion. J Kto mnie jeszcze kiedy tak kochal bedzie? J

Jak kocha, to w wielkim stylu. Jak rzuca, to tez w wielkim stylu (nawet jesli z byle powodu): nawet lze uroni (nie szkodzi, ze krokodylowa), napisze dluga epistole, podajac tysiac powodow na "nie" ("Wiedz, ze i tak cie kocham, jestes tak bardzo dla mnie. Placze, piszac do ciebie te slowa... Adieu, ma petite princesse, pardonne-moi tout le mal que je t'ai fait." - powie), potem wroci skruszony, znow czuly, romantyczny, laszac sie i przymilajac niczym kochliwy kocur wloczykij, pilnie zatajajac po drodze wszystkie mniejsze i wieksze grzeszki. Kaprysny, o wdzieku i usmiechu niegrzecznego, rozbrykanego chlopca, ktoremu wszystko sie wybacza, niestaly w uczuciach i zmienny niczym choragiewka na wietrze... Powie "je t'aime" juz na pierwszej randce i choc na czwartej nie bedzie juz tak pewien swych uczuc, a na siodmej bedzie szukal wykretow, by przypadkiem nie dac sie usidlic, to jak takiemu nie wybaczyc? J Jak takiemu nie wierzyc?

Oczaruje taki kobiete, wokol swego palca okreci, w glowie zamaci, urok rzuci, rozpiesci i rozkocha w sobie, a potem porzuci, serce podepcze i do innej pojdzie, innej w glowie zawroci, inna "ksiezniczka" nazwie... Da capo al fine.

Jak kochac, to tylko we Francji i tylko Francuza. Niekoniecznie wychodzic za maz... Kandydata na meza i przyszlego ojca dzieci nalezy zapewne poszukac gdzies za miedza. (Quoi? Jamais!!!!) ;-) Tylko na sama mysl o niemieckim albo szwajcarskim, a nie daj Boze angielskim, kochanku jezyk staje kolkiem i wszelka chec na figle mija... ;-)

Jechalam ostatnio metrem, a naprzeciwko mnie siedzial dwudziestoparolatek w towarzystwie dwoch kolezanek. 100 % Francuza plus zniewalajacy usmiech (plus idealnie biale zeby). Chcac, nie chcac zagapilam sie, bo chlopak emanowal czyms, co wlasnie Francuzi maja i z czego umieja korzystac w milosnych podbojach. "To cos" maja jednak tylko wybrani. J Nie ma sie bowiem co ludzic, ze posiadacz wasow i beretu z antenka bedzie kochal jak ksiaze na bialym koniu, co to olsni wybranke wyszukanym komplementem. Francuski urok to - jak sie zdaje - dobro reglamentowane, dostepne wylacznie w czepku urodzonym, rozdawane przez lekkomyslna nature w sposob calkowicie nieprzewidywalny.

Gdziez wiec moj ksiaze i kochanek, gdzie moja wielka francuska milosc? No gdzie???

poniedziałek, 23 października 2006
Powsinoga, czyli wsi francuskiej odkrywanie

Azeby nie siedziec w samotnosci niczym ten niedzwiedz w mateczniku, azeby - choc wietrzna, chlodna i kaprysna jesienna aura zacheca do lenistwa - zaczerpnac nieco swiezego powietrza, azeby po raz pierwszy od przyjazdu do Lille wybadac teren, zdecydowalam sie na mala przejazdzke w poblizu opactwa cystersow, polozonego w malowniczej okolicy (hm... rzadki to widok w tym przemyslowym regionie) na gorze zwanej Mont des Cats (okolo 30 km od Lille). Gora to niezbyt wysoka, raczej pagorek, i to lagodny, lecz dumnie gora zwany. Nie znalazlam niestety w zadnych dostepnych mi zrodlach etymologii nazwy Mont des Cats. Bo przeciez nie o cats, czyli cattleyas, chodzi. Skad bowiem orchidee na polnocy Francji? Czyzby o "kocia gore" chodzilo? ;-) Chyba nie... Jesli ktos zna rozwiazanie tej zagadki, prosze chocby o mala wskazowke. :-)

Nie sama, lecz w wyjatkowo milym towarzystwie, przemierzalam wiec wiejskie dukty, o tej porze roku wyjatkowo blotniste i wyscielane liscmi, delektujac sie cisza (jakiz stanowi ona kontrast w porownaniu z halasliwym miastem) i podziwiajac krajobrazy, ktore przypominaja nasza swojska polska wies. Wies, jaka jest, kazdy widzi. :-) Tu poletko z kukurydza, tam sciernisko pozostale po scietym juz dawno zbozu, tutaj jakis zagajnik, tam plotek... I krowy na lace sie pasa (calkiem jak nasze poczciwe mućki w bialo-czarne plamy), i owce pobekuja na pastwisku, i konie parskaja... Ech...

Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?


Na wyprawe po chaszczach i kniejach wyruszylam odziana w typowo miejski plaszczyk i buciki (jasne, o zgrozo!), ktore nijak nadaja sie do wedrowek po lasach. W pazdzierniku, gdy bloto i chlapa! Na swoje usprawiedliwienie dodam jednak, iz o rzeczonych planach zwiedzania dzikich zakatkow i o romantycznych hopsach po polach nie wiedzialam wczesniej. :-)

Wokol klasztoru, wdluz pol i posrod lasow, ciagna sie sciezki spacerowe. Mimo niesprzyjajacej pogody nawet o tej porze roku spotkac mozna wielu spacerowiczow i turystow. Trafil sie tez jakis mysliwy, ktory w towarzystwie psiaka lupal (pan, nie pies) z pukawki do ptactwa (jesli oczywiscie nie trafil sie przez przypadek jakis zagubiony szarak albo podtuczona wiewiorka). :-)

Jako ze trudna sztuka uprawy zboz jest mi obca, zadaje sobie kretynskie byc moze pytanie: co o tej porze roku robi na polu kukurydza?

I jeszcze jedna mala obserwacja (z okien samochodu): miasteczka w okolicy wygladaja wszystkie tak samo: wszedzie te same domki z cegly, ladniejsze i brzydsze, ktore bez wzgledu na wszystko wydaja mi sie takie niedokonczone, niedorobione. Czy sprawia to brak tynku, czy moze sa to wylacznie moje wlasne uprzedzenia, nie wiem... :-) Ratuszowe zas wieze maja ksztalt, ktory nazwalabym "bigbenowskim". Jak chocby na tych fotkach (nie do konca oddaja one jednak podobienstwo, musialabym zapewne wybrac jakis inny podobny obiekt gdzies w poblizu Lille):

http://www.nordmag.fr/nord_pas_de_calais/bailleul/bailleul.htm (zdjecie wiezy u gory po prawej stronie)

Dom moze niezbyt urodziwy, ale okolica urocza... Zreszta, nie o dom tu chodzilo, tylko o te owce... :-)

Wies jak wies - Polske mi na mysl przywiodla i od razu jakos lzej sie na sercu zrobilo. :-)

Ciekawe:

http://home.nordnet.fr/~scnocquaert/flandres.htm

http://www.nordmag.fr/nord_pas_de_calais/flandre/flandre.htm

http://catholique-lille.cef.fr/culture/eglises/eglises2.

A to juz prawie calkiem jak na wsi polskiej (sporo ladnych fotek):

http://www.lavaurs.com/fr/spot/0265/10

Opactwo na "kociej gorze" :-D http://www.abbaye-montdescats.com/

Jakosc zdjec niestety nienajlepsza, ale licza sie dobre checi. :-) Starego, poczciwego, ale i wciaz dobrego aparatu brak(bo w naprawie), pstrykam wiec fotki przy pomocy telefonu (niestety)...

I coraz czesciej marzy mi sie spokojny zywot na wsi albo w malym miasteczku... Tu, we Francji.

piątek, 20 października 2006
Za duze, za glosne, za brudne, za brzydkie...

Przenioslam sie juz z dzielnicy czworakow, zwanej Hellemmes, do rezydencji w parku w Villeneuve d'Ascq. :-) Rezydencja z zewnatrz prezentuje sie calkiem okazale, wystarczy jednak wejsc do srodka, by ujrzec odrapane nieco sciany i odpadajacy tu i owdzie tynk. Nie wiem czy to ja jedna mam tak wyjatkowe "szczescie" do syfiarzy, dlugo jednak moglabym opowiadac o stanie mojego obecnego mieszkanka. Zapchany zlew, zatkany brodzik, muszla klozetowa z takim kamieniem, ze chyba nikt przez ostatni rok nie wlal tam nawet kropli Domestosa... Sadzac po niezamiecionej podlodze i oknie przetartym brudna szmata (tak, ze nic prawie nie widac), niechybnie jakis chlop musial tam wczesniej mieszkac, watpie bowiem, by dziewczyna pozostawila po sobie takie urocze suweniry...

Zastanawiam sie tylko, jaki to geniusz architektury projektowal ow akademik... Co z tego, ze i lazienka, i pokoj dosc spore, skoro nie ma nawet zadnych wnek ani szafek, by wlozyc gdzies swoje rzeczy? Po co mi zreszta taka wielka lazienka niczym dla rodziny z dwojka dzieci? Szafa w pokoju tak mala, ze nawet miejsca na buty nie ma. Nie, zebym ich miala piecdziesiat par... Kacik kuchenny na wprost lozka... Pominmy juz kuchenne wyziewy - jadam bowiem w stolowce, mieszkal tu zapewne albo amator smazenia i gotowania na pelna pare, albo wielbiciel papierosowego dymu. No i ta ohydna plastikowa wykladzina  kolorze szarym...  Jeden tylko stol: i do pracy, i do posilkow, i do wszystkiego innego. Zadnych dodatkowych szafek, polki na ksiazki tylko dwie... Brak zaluzji, jest za to cos w rodzaju kurtyny z grubego materialu w kolorze ciemnoniebieskim, ktore nie przepuszcza swiatla.

Nie ma co, wychodzi na to, ze nie trzeba bylo narzekac na lokum na "hubach moraskich", bo - jak sie okazuje - bylo ono w naprawde dobrym stanie, niezdewastowane i calkiem czyste... I do tego mila pania sprzataczka przychodzila z odkurzaczem co tydzien... :-) Zyc, nie umierac.

Jedno, na co nie moge sie skarzyc, to widok z okna. Drzewa, zywoplot, park tuz obok, z trzema malymi stawami, w ktorych niewiele juz zostalo wody, niestety... Akademik tuz kolo uczelni - kilka minut spacerkiem i do biblioteki, i do stolowki studenckiej, i do biura...

Co poczne z pokoikiem, ktory juz wynajelam? Wynioslam juz prawie wszystkie moje rzeczy. Jeszcze tylko jedna wyprawa autobusem i przeprowadzke moge uznac za zakonczona. Wlasciciel dostanie ode mnie wypowiedzenie umowy ze skutkiem natychmiastowym. I nie obchodzi mnie, ze mam miesiac na jej wypowiedzenie, ze mam do zaplacenia czynsz za listopad. Za ten brud i niewygody na pewno nie zaplace nawet centa. Sporzadzilam juz pismo -  otrzyma zarowno wlasciciel, jak i CROUS, ktory przyjal oferte wynajmu takiego pokoju. Zla jestem: po pierwsze na siebie, gdyz podpisalam umowe, nie wiedzac nawet, jak wyglada ow pokoj, po drugie: na faceta, ze ma czelnosc wynajmowac za calkiem spore pieniadze lokal, ktory nie nadaje sie do zamieszkania (potrzebny bylby generalny remont), i na CROUS, ktory przyjmuje oferty od wynajmujacych, jak leci, nie sprawdzajac nawet czy spelnia ona jakies podstawowe wymogi. 

Za te sama cene mam kawalerke z wlasna lazienka i kuchnia (kacikiem kuchennym, dla sprecyzowania), w miare czysta i przestronna, blisko uczelni. To ostatnie kryterium pozostaje zreszta nie bez znaczenia, gdyz dzieki temu nie trace czasu na dojazdy i w kazdej chwili moge wpasc do domu. Nie biegam wiec po miescie obwieszona torbami, objuczona ksiazkami, scisnieta w autobusie albo w metrze. Zreszta, nie mam nawet ochoty jezdzic do srodmiescia, brudnego i halasliwego. Nie pozostaje mi wiec nic innego jak przysiasc faldow i pracowac, pracowac, pracowac... A za rok - wyniesc sie gdzies indziej. :-)

Nie lubie Lille. Przykro mi, ale nie napotykam na kazdym kroku tutejszej slynnej uprzejmosci i goscinnosci. Wprost przeciwnie: w urzedzie przyjmuje mnie arogancka urzedniczka, wynajmuje mieszkanie, ktore nadaje sie do generalnego remontu, w czytelni musze znosic pogaduchy wytapetowanych niuniek, zwanych inaczej studentkami, na ulicach musze uwazac, by nie wdepnac w psie kupy i robic slalom miedzy stertami smieci. W autobusie wdycham odory wydzielane przez niedomytych albo pijanych pasazerow. Unikam damskich ubikacji na uczelni - z tej prostej przyczyny, ze panuje w nich taki syf, jakby chodzilo o zapuszczona toalete w pijackiej melinie. Co mozna powiedziec o higienie mlodych kobiet, umalowanych i wystrojonych, ktore wychodzac z toalety, nie myja rak i zostawiaja po sobie - delikatnie mowiac - balagan?

Odnosze wrazenie, ze jestem w jakiejs innej Francji. I ze tej Francji wyjatkowo nie lubie. Ba, nie znosze.

wtorek, 17 października 2006
To, co za oknem

Krotko mowiac: rewelacja to moze nie jest, ale przynajmniej widoki z okna znosne, przynajmniej jesienia... (Z bonusem - czyli moj paluch w rogu).

czwartek, 12 października 2006
Pierwsze koty za ploty

Szczerze mowiac, nie przepadam za tym miastem. Nie lubie go. Denerwuje mnie i wkurza. Nie lubie jego barakowej zabudowy z cegiel à la czworaki dla sluzby, ton smieci na ulicach, pustych przestrzeni w srodku miasta, gdzie strasza ruiny fabryk lub domow, niegrzecznych i niecierpliwych kierowcow, ktorzy wyjatkowo upodobali sobie uzywanie klaksonu w sytuacjach, ktore tego nie przewiduja.

Nie lubie tutejszych autobusow, kursujacych 2-3 razy na godzine, dwuwagonikowego metra, w ktorym podrozuje sie niczym sardynka scisnieta wraz pobratymcami w tej samej podgrzanej puszce, nie lubie pedzacych chodnikami ludzi, ktorzy tratuja po drodze, co popadnie, nie lubie koszy na smieci, z ktorych wrecz wylewa sie potok papierow, butelek, plastikowych opakowan, resztek jedzenia, nie znosze walajacych sie wszedzie niedopalkow od papierosow, nie znosze palaczy...

Nie znosze zapchanego brodzika w lazience ani okna, nie dajacego sie uchylic.

Nie znosze zblazowanych pracownikow naukowych, ktorym nie chce przyjsc sie na seminarium, a ktorzy nie racza nawet poinformowac z wyprzedzeniem czekajacych pod sala doktorantow. Nie znosze leni z sekretariatu, ktorzy swoja prace rozpoczynaja z kwadransem opoznienia i rozmyslnie nie odbieraja telefonow w godzinach pracy.

Nie lubie tego miasta, gdzie co krok natykam sie na jakiego zapijaczonego "buraka" i gdzie kloszardzi leza na srodku chodnika w centrum.

Zadaje sobie wiec pytanie: Co ja tutaj robie?

Chyba zaczne wyrywac wlosy z glowy w akcie rozpaczy...

 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka