La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
poniedziałek, 31 października 2005
Prends toujours la vie du bon coté

I tak oto jestem znow w formie. Nie jest to jeszcze "odnowa moralna", ale udalo mi sie przywrocic minimum rownowagi w moim rozchwianym zyciu na obczyznie. Duza w tym zasluga moich przyjaciol, ktorych obecnosc, rady i dlugie, dlugie rozmowy pozwolily mi spojrzec na zycie pod nieco innym katem. Swego czasu udawalo mi sie, i to calkiem skutecznie, ukrywac emocje, plakac w poduszke, ocierac lzy i wobec ludzi grac osobe silna, ktorej nie lamia roznego rodzaju smutki i niepowodzenia. Teraz juz tak nie potrafie. A moze raczej: potrafie, ale nie chce. Jesli czuje sie zle, to o tym mowie, jesli jest mi smutno, ide sie wyzalic przyjaciolom, jesli cos nie gra, cos sie wali, nie zostaje sama. Jakze jest wowczas latwiej poradzic sobie z przytlaczajacymi problemami, znalezc rozwiazanie (a nawet kilka rozwiazan) i ujrzec swiat w duzo jasniejszych barwach.

Z braku czasu moje zapiski stracily swoja regularnosc. Tydzien temu sporzadzilam krotka notatke. Nic wiecej. Minal pierwszy tydzien w mojej nowej pracy. Od ponad tygodnia wstaje dzien w dzien o szostej rano, jade na osma do "moich" staruszkow (i staruszek - rzecz jasna), potem na zajecia, do biblioteki, do urzedow, potem znow do pracy, potem zazwyczaj odwiedzam znajomych i ostatnim autobusem wracam zmeczona i spiaca na "huby moraskie". Zdarza mi sie zasypiac w autobusie. Szczesliwym trafem budze sie zawsze przed moim przystankiem i dzieki temu nie dojezdzam na samiutki koniec miasta, gdzies w okolice Hoenheim Gare (ktore to zreszta okolice lubie, bo swego czasu mieszkalam tam przez miesiac). Nie na dworcu, oczywiscie. :-)

Zdarza mi sie rowniez zapasc w malenka drzemke na zajeciach. Ale taka tycia. Sprawiam wowczas wrazenie zasluchanej w wywody psora, ale tak naprawde - zamiast sluchac i notowac - odplywam w ramionach Morfeusza w kraine blogiego wypoczynku. Z wylaczona fonia, z podbrodkiem wspartym o dlonie kradne kilka chwil dla siebie. Oczywiscie, kosztem mojej wiedzy. Wiedza, niestety, czeka niecierpliwie i zaczyna sie juz domagac odrobiny uwagi z mojej strony. I tak oto: 9 listopada - do oddania tekst na jakies 15-20 stron, 17 listopada - dosc szczegolowy projekt pracy doktorskiej, gdzies na poczatku grudnia - maly artykul, a potem, pewnie jeszcze przed swietami, jakis maly egzamin, jeden albo i nawet dwa. Wszystko to lezy odlogiem, a ja - choc bardzo chce posiedziec w bibliotece nad ksiazkami, choc chce sie zabrac do pracy - zmeczona i zabiegana, nie znajduje na to wszystko czasu.

Tak, tak, zmeczenie daje mi sie we znaki. Na razie nie mam co marzyc o urlopie, zwlaszcza ze zamierzam przyjechac na swieta do Pyrlandii. Zeby jednak urzeczywistnic moje plany, jestem zmuszona pozegnac na jakis czas dni wolne i zasuwac w swiatki, piatki i niedziele. Plecy mnie bola, a jako ze ostatnio postanowilam poprawic swoja marna kondycje, takze i brzuch dal mi sie we znaki. Zachcialo mi sie bowiem robic tzw. "brzuszki". Jako ze seria 5O "brzuszkow" na jeden raz wywolala sprzeciw moich miesni, za kare nie jestem w stanie zrobic ani jednego sklonu czy innych wygibasow. Marzy mi sie plaski brzuch, a nie balonik jak u Kubusia Puchatka. Niestety, jako wielki milosnik slodyczy (moze powinnam zmienic tytul bloga na "Zwierzenia Ciasteczkowego Potwora"), w sytuacjach stresowych i depresyjnych zapominam o wszystkich przykazaniach dietetycznych. A balonik rosnie "duzy okraglutki".

Zapragnelam takze doksztalcic sie jezykowo. Zapisalam sie wiec na kursy jezyka wloskiego. To moj jezykowy debiut. Co sie tyczy angielskiego, uprawiam autoformation, ale z wloskim nie dam rady sama. Mam tylko nadzieje, ze starczy mi samozaparcia i motywacji, by zglebiac tajniki wloszczyzny. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, ze wylozylam w tym celu dosc znaczna, jak na studencka kieszen, kwote. A zatem, bez wzgledu na wymowki, wieczory w poniedzialki i czwartki sa juz zaplanowane.

Tyle niusow. Ze wzgledu na brak sprzetu zwanego komputerem i niedostatki czasowe pisze niemalze to, co mi slina na jezyk przyniesie (ha, jak to glupio brzmi). A reszte niusow zostawiam na jutro. Niech no tylko sie lepiej przygotuje i przemysle moje notatki... ;-)

PS. Butik "Les Milles Roses", o ktorym niegdys wspomnialam, zmienil jakis czas temu kreacje na wystawie. To ci dopiero haute couture! Godne obejrzenia. Te kolory, te kroje i materialy! BCBG, jak mame kocham! ;-) Chyba sie kiedys tam wybiore i dokonam przymiarki jednego z tych cudow nowozytnego krawiectwa.

13:34, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 października 2005

Mialam zamilknac na pare dni, ale nie potrafie. Gdyby rozdawano nagrody za naiwnosc i lekkomyslnosc, za ignorowanie podszeptow intuicji, to rokrocznie stawalabym na podium jako zwyciezca we wszystkich mozliwych kategoriach. Aj, jak potrafi zabolec kopniak od zycia w najmniej spodziewanym momencie...

Pogoda przesliczna. Cieplo i slonecznie.

Nie dla wszystkich ta pogoda...

Wolalabym, zeby padalo... Nawet sloneczny pazdziernik mnie nie cieszy...

Koniec narzekania. O drugiej zaczynam zajecia. Dwie godziny skupienia, odpoczynku od wlasnych mysli...

niedziela, 23 października 2005
Zdolowana

Jestem w dolku. A do tego plecy bola mnie tak, jakbym byla po trochu tragarzem, wielbladem i niewolnikiem w kamieniolomach. Oto efekt pierwszego i drugiego dnia w pracy. Nie powiem, zeby bylo lekko, ale sie nie skarze. Tylko te plecy... I "dolek" psychiczny, jakiego chyba nigdy w zyciu nie doswiadczylam.

W takich momentach dociera do mnie, jak wielka jestem szczesciara, majac dobrych przyjaciol. Takich, ktorzy widzac moj smutek, nie tylko pozwolili mi sie wyplakac, nie tylko pocieszyli, ale jeszcze zaproponowali, ze moge na jakis czas przeniesc sie do nich. Po to, zebym nie byla sama, gdy dopadaja mnie czarne mysli. Zeby mi bylo latwiej zniesc trudne chwile. Inni znow dzwonia kilka razy dziennie, dopytujac o moje samopoczucie i oferujac pomoc w razie czego.

Przezywam trudne chwile. I to nawet nie jest "kryzys pierwszego miesiaca w nowym miejscu". To jakis "duzy dolek". Moze na razie zamilkne, chociaz na kilka dni. Zeby sobie to wszystko jakos uporzadkowac w glowie...

piątek, 21 października 2005
Bluszcz i cma

Dni staly sie dziwnie krotkie. Nie chodzi juz nawet o to, ze tak wczesnie - bo juz o siodmej - zapada zmrok, ale o nawal obowiazkow, ktore sprawiaja, ze kazdy dzien wydaje sie coraz krotszy. Choc - niestety - wieczory nadal sie dluza niemilosiernie. Staram sie, jesli tylko to mozliwe, jak najczesciej widywac sie z przyjaciolmi i znajomymi, ale przeciez trzeba w koncu wrocic do siebie, do "wlasnego" mieszkanka. Chocby po to, zeby popracowac. Zeby posiedziec nad ksiazkami, przygotowac sie do zajec, zrobic konspekt, pouczyc sie angielskich slowek.

A tu tymczasem, kiedy tylko przekraczam prog swojego "gniazdka", mija mi wszelka ochota na prace. Fakt, ze jestem zmeczona calodziennym bieganiem po miescie, zajeciami, sleczeniem w bibliotece, spotkaniami, zalatwianiem roznych spraw... Ale czy to jest powod, by po powrocie wyciagnac sie na lozku i gapic sie w sufit? Prysznic, jakas przekaska (bo nawet cieplej kolacji nie chce mi sie przyrzadzic), wlaczone radio (ale nie muzyka, bo przyprawia mnie nieuchronnie o melancholie, ale raczej informacje albo France Culture)... i "dolek", w ktory wpadam prawie kazdego dnia. Dobija mnie cisza. Nie po raz pierwszy stwierdzam, ze nie znosze samotnosci. Ze ciezko mi wracac na "huby moraskie" do pustego mieszkania, gdzie nikt na mnie nie czeka. Jako ze nie mam ze soba zbyt wielu rzeczy osobistych, trudno mi nawet z tego mieszkanka zrobic jakis cieply i przytulny kacik, trudno mi sie przyzwyczaic do tego miejsca. Miejsca, ktore ciagle jest dla mnie jak hotel - wychodze wczesnie rano, wracam poznym wieczorem. I tak prawie codziennie.

Nie znosze samotnosci. Nie potrafie sie do niej przyzwyczaic. Mimo ze powinnam. Mieszkalam juz przeciez w akademiku, z dala od domu, calkiem sama. Powinnam sie byla przyzwyczaic, oswoic z takim, a nie innym zyciem. A tymczasem nie potrafie. Cenne samotne chwile to chwile nad ksiazka, gdy pracuje i nie chce, by mi przeszkadzano. To chwile, gdy wybieram sie na spacer lub po to, by pstryknac kilka fotek, gdy chce zastanowic sie nad swoim zyciem, nacieszyc sie wlasnymi myslami... Poza tymi chwilami czuje jednak duza potrzebe "zycia w stadzie", potrzebe rozmow (ale takze i wspolnego milczenia, bo przeciez nie o to chodzi, by ciagle paplac), dzielenia sie codziennoscia, emocjami, uczuciami, wrazeniami...

Ech, depresyjnie sie czuje, nieswojo, choc przeciez wszystko zaczelo ukladac sie pomyslnie. Czego mi wiecej trzeba? Mam mieszkanie, studia, znalazlam prace, ukladam sobie zycie w obcym kraju. Czy mozna chciec wiecej?

Glupio to zabrzmi, ale umowilam sie na wizyte do psychologa. Musze z kims porozmawiac, musze sobie jakos uporzadkowac zycie, znalezc rozwiazanie, nauczyc sie, jak nie popelniac w kolko tych samych bledow. Wizyte mam dopiero za trzy tygodnie. Czy wytrzymam? Pomagaja zwierzenia w gronie przyjaciol, pomagaja rozmowy, pomagaja wieczory w gronie bliskich ludzi... Ale to wciaz jakby za malo... Wciaz mi zle. "Tak mi zle, tak mi zle, tak mi szaro..." Ha, chyba sobie to zanuce, moze sie chociaz na moment usmiechne, sluchajac wlasnego falszowania. ;-)

Swietnie sobie radzisz - mowia znajomi. Masz silny charakter, jestes odwaznna, samodzielna, inteligentna. A ja wiem, ze za ta fasada kryje sie cos bardzo kruchego, niepewnego, bojazliwego. Cos, co probuje zyc jak bluszcz, owijajac sie wokol innych, budujac sens swego istnienia w oparciu o zycie drugiego czlowieka. Cos, co nie potrafi zyc bez innych. Ba, potrafi, ale jakim kosztem? Faktycznie, poradze sobie, znajde rozwiazanie, ale czy mozna zyc tylko dla pracy i studiow? Czy tylko w tym tkwi sens zycia? A uczucia? A milosc? A cieplo, szacunek, bliskosc? Uczucia... Miotam sie troche jak cma, ktora ciagnie do swiatla lampy albo swiecy. Czasami ma szczescie, bo tylko ociera sie skrzydlami o plomyk. Przyjdzie jednak chwila, gdy wpadnie do owego plomienia i calkiem sie w nim spali. Igra z ogniem, choc wie, jak bardzo to niebezpieczne, bezmyslne, nierozsadne. Choc wie, ze predzej czy pozniej bedzie cierpiec - moze nawet intensywnie cierpiec. Gdyby chociaz to cierpienie duchowe mialo jakis sens, a ono wcale nie uszlachetnia, wcale nie wzmacnia. Gdyby chociaz sprawialo przyjemnosc, ale nic z tego. Nie jestem duchowa masochistka. A jednak laduje sie we wszelkie sytuacje uczuciowe, ktore prowadza donikad. W proznie. Bezskuteczna pogon za szczesciem.

Wypelnilam sobie dzien zajeciami. Zeby nie myslec o czyms innym. Najpierw "kasa chorych", bo zmieniam ubezpieczenie i przechodze z kategorii "student" do kategorii "pracownik". Wiadomo, mnostwo formalnosci. Dwa - dodatkowe ubezpieczenia dla pracujacych studentow. Znow kolejki, znow formularze, znow jest sie czyms zajac. Trzy - biblioteka, bo zaczely sie mnozyc zaleglosci z seminariow. Jesli tylko uda mi sie skupic nad ksiazka, to moze odrobie te straty, a przynajmniej nie doloze kolejnych... Cztery - kilka drobnych spraw do zalatwienia, jakies adresy do zanotowania. Wieczorem - byc moze spotkanie z jednym ze znajomych. Jakos ten czas zleci. A jutro wczesnie rano do pracy, potem biblioteka, potem jakies spotkanie, potem znow do pracy (bo jutro zwyklej pracy w maison de retraite mam jeszcze opieke nad dwojka dzieci pewnej znajomej pani). Itd. Niedziela - rano do pracy, potem na wybory do konsulatu, potem - moze jedno wazne spotkanie, na ktore czekam... Moze... Byle jakos przetrwac ten weekend...

środa, 19 października 2005
(Nie)moja branza

W jakiej branzy pracuje Reine M.? Jakby to powiedziec: w sektorze socjalno-medycznym. :-) A scislej rzecz biorac, zatrudniono mnie w "domu spokojnej starosci" na stanowisku aide soignante. Czyli cos miedzy "pigula" a salowa. Cos jak "opiekunka osob starszych". Voila. Oto caly sekret. Niestety, nie pracuje dla zadnej z instytucji europejskich, nie siedze za biurkiem, nie bryluje na salonach haute société, ale za to mam za co zyc, mam sie z czego utrzymac, a co najwazniejsze - wykorzystuje zdobyte doswiadczenie. To dla mnie nic nowego. Co prawda praca ta nie ma nic wspolnego z moimi studiami (jak najbardziej humanistycznymi), czego to jednak polski student nie zrobi, by uczciwie zarobic nieco grosza. Dla mnie to i tak lepsze zajecie niz praca w MCDonaldzie albo jakims innym fast-foodzie. Lubie kontakt z ludzmi, nawet ten trudny kontakt, bo przeciez nie da sie ukryc, ze nie jest to latwa, lekka i przyjemna praca. Zajecie nie dla wszystkich. Trzeba miec ku temu jakies "powolanie", inaczej ucieknie sie stamtad po kilku dniach.

Zaczne tez niedlugo praktyki w szkolach, w ktorych dzieciaki ucza sie polskiego. Mam taka nadzieje, ze moze za jakis czas dostalabym jakis malusienki etat jako prof de polonais. Z dyplomem magistra, z doswiadczeniem w nauczaniu (skromnym, ale jednak), ze znajomoscia jezykow obcych, z ukonczona specjalnoscia (tak, tak, swego czasu przezornie zapisalam sie na specjalizacje nauczycielska)... Jak najbardziej moge uczyc. Zreszta, i tak chcialabym pociagnac kariere w tym kierunku - choc raczej w szkolnictwie wyzszym. Ach, te plany i marzenia... Moje kochane mrzonki. Pozyjemy, zobaczymy. Jeszcze jest czas, zeby sobie "ustawic" przyszlosc i zadbac o to, by faktycznie pracowac w takim zawodzie, ktory by odpowiadal moim pasjom...

Moje "pierwsze" zajecia z jezyka polskiego. Takze prywatnie. Poki co, tylko z dzieciakami, bo calkiem przez przypadek moja "prawie-szefowa" jest z pochodzenia Polka. Kontakt z polskimi rodzinami mam wiec zapewniony, i to bez wiekszego szukania. ;-) I tak to wlasnie wyglada. Oto caly sekret. Tak wlasnie przez najblizsze miesiace bedzie wygladala moja praca. Dopoty, dopoki nie znajde czegos naprawde dla siebie (np. szkola). A jesli przyplacze sie po drodze jakies stypendium, to nie pogardze, rzecz jasna. :-)

poniedziałek, 17 października 2005
O pracy, co mi z nieba spadla

Swieto, prawdziwe swieto! Dostalam prace! Tak z marszu. Ot, tak sobie. Przyszlam do biura tylko po to, by zostawic CV i list motywacyjny, a wyszlam z umowa o prace. Na czas nieokreslony. Pol etatu. Czyli to jednak jest mozliwe. Praca niemalze lezy na ulicy. Myslalam, ze bedzie gorzej, ze w miescie tak "zapchanym" studentami ciezko bedzie znalezc jakiekolwiek zajecie. A jednak sie pomylilam. Nie jest to, co prawda, praca moich marzen, ale nie zmienia to faktu, ze ciesze sie niezmiernie i mam ochote swietowac.

Obudzilam sie dzis wczesnie rano z zamiarem zalatwienia kilku waznych spraw. Za oknem slonce. Pomyslalam sobie: pogoda taka piekna, a ja mam taki grobowy nastroj. Spodziewalam sie, ze bedzie to kolejny dzien, ktory nie przyniesie nic nowego, kolejny dzien "zebrania" o prace, szukania, wypytywania, telefonowania...

Zycie czasem moze byc piekne. Dla mnie dzis jest piekne. Piekne, zwlaszcza ze DDTE (uroczy organ, zajmujacy sie wydawaniem pozwolenia na prace) przyznala mi owa slynna autorisation provisoire de travail do konca lipca przyszlego roku (z mozliwoscia jej przedluzenia, rzecz jasna). Troche sie obawialam, ze mi odmowia, ze beda robic jakies problemy, ceregiele, a tu nic. W czwartek rano mam sie zglosic do urzedu po odbior mojego pozwolenia na prace. A to ci dopiero!

Legitymacja studencka otwiera w tym kraju wiekszosc drzwi. Jesli - oczywiscie - jest sie obcokrajowcem, bo przeciez tutejszych i "starych unijnych" to nie dotyczy. Bycie studentem ma - jak widac - niepowtarzalne atuty w kraju, w ktorym nie da sie pracowac (a w kazdym razie wydaje sie to niezwykle trudne), jesli sie nie jest tubylcem. Zamiana statusu studenta na status salarié to - jak mniemam - zadanie niemalze nie do wykonania. Ja jeszcze nie probowalam i poki co nie zamierzam. Jako doktorantka moge sobie spokojnie przeczekac caly ten paskudny "okres przejsciowy", a dopiero pozniej zaczne sie martwic. Jesli tylko przetrwam okres probny i po miesiacu nie wylece stamtad z wielkim hukiem, bedzie to oznaczalo, ze do konca tego roku akademickiego moge spac spokojnie, jesli chodzi o moje finanse. Jako ze bede tez dawac (od listopada) korepetycje z jezyka polskiego (tak, tak, sa jeszcze ludzie, ktorzy sie ucza tak "egzotycznego" jezyka), powinnam jakos przetrwac ten chudy rok. Byle doczekac stypendium.

16:10, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 października 2005
Perwersyjne kozaki

Rozne mnie nachodza refleksje, gdy tak sobie obserwuje tubylcow. Strojom sie przygladam, figurom i fryzurom. Damskim i meskim. Podziwiam (albo krytykuje), podpatruje, by nasladowac lub po to, by sie zlosliwie usmiechnac i dac "cynk" na blogu, jak to sie Français i Françaises teraz nosza.

I tak oto na przyklad: panie po 40-tce i staruszki bija na glowe nasze rodaczki. Zazwyczaj szczuple (lub tylko nieco troche przy kosci), zadbane, eleganckie, z dyskretnym makijazem, dobrana fryzura (nie wahaja sie nosic dlugich wlosow zamiast scinac sie "na baranka")... Milo popatrzec. Natomiast nie da sie porownac mlodych Polek do ich rowiesniczek we Francji. Jedno jest pewne: polskie dziewczyny sa naprawde sliczne, szczuplutkie i ubrane z duzym smakiem. A tutejsze panny? Pomijajac juz fakt, jak wiele nastolatek i mlodych kobiet ma nadwage (a nawet otylosc), zaawansowany tradzik i przetluszczone wlosy, nalezy zauwazyc dziwna tendencje do oszpecania sie brzydkimi workowatymi ciuchami, tandetnym makijazem "à la panda" i tona lakieru na utapirowanych wlosach. Skadinad ladne dziewczyny robia z siebie jakies dziwolagi. Studentki i licealistki, ktore niekiedy swym wygladem przypominaja panie z agencji towarzyskiej; dziewczyny, ktore miast podkreslic swoje atuty (np. dlugie wlosy, zgrabne nogi, porcelanowa cere), chowaja sie za jakimis przebraniami rodem z szafy starszej lub mlodszej siostry. Ani w tym pomyslunku, ani wdzieku, ani fantazji. Choc musze przyznac, ze oryginalnie odziane kobiety tez widuje na ulicach, ale to juz osobny temat.

W mojej studenckiej grupie jest kilka naprawde uroczych dziewczyn, ktorym mozna pozazdroscic urody. I ktorym nieobca jest sztuka dobierania ciuszkow i odpowiedniego makijazu. Ale przewazajaca wiekszosc studentek ubiera sie fatalnie i jeszcze gorzej maluje. Co ciekawe, wiele muzulmanek potrafi fantastycznie dobrac ubrania i choc nosza te swoje chusty i inne akcesoria, to jest na czym zawiesic oko. ;-) Maja dziewczyny gust (nie wszystkie, ale jednak). Mowie to jako ciekawa swiata kobieta, ktora - rozgladajac sie glownie za przystojnymi osobnikami plci meskiej - rzuca od czasu do czasu spojrzenie takze i na kobiety. ;-)

Inna sprawa: police nationale we Francji. Czyli jak sie nosza policjanci i zandarmi. Widzial kto kiedys francuskiego policjanta na motorze, czyli ichnia drogowke? Ci to dopiero nosza kostiumy, ha! Pomijajac juz nijaki i bury granatowy kolor mundurow, zwracam uwage na portki i buty. Najpierw portki: w kolorze granatowym (a moze ciemnoniebieskim), z materialu, ktory - jak mniemam - latwo sie wyciera w wiadomych miejscach. Podobne pantalony nosilam jako berbec (moj brat rowniez) - byly to okropne spodnie dresowe z brzydkiego materialu, ktory szybko plowial i wybrzuszal sie, gdzie tylko mozna. Do tych portek panowie z drogowki nosza czarne kozaki do kolan. Czysta perwersja, jak to okreslil kiedys jeden z moich kolegow. ;-) Jesli bowiem podobny stroj nosi kobitka (policjantka), w dodatku ladna i mloda, wyglada to interesujaco. Ale jesli w obcisle portki i kozaki do kolan wbija sie pan po piecdziesiatce z wystajacym brzuchem,  sprawa zaczyna byc powazna. ;-) Ciekawa tylko jestem, czy sa to portki na gumke, takie jakie nosi wiele starszych pan. Tzn. gumki, ktore zaklada sie na piete, zeby owe portki ladnie lezaly. :-) I do tego kusa kurteczka i jakis taki smieszny kask na glowe, troche jak helm dla kosmity. Kto, do licha, wymyslil takie wdzianka dla policji? Przeciez nawet mlody i apetyczny facet bedzie w czyms takim wygladal groteskowo. Swoja droga, spotkac przystojnego francuskiego gline, to jak znalezc igle w stogu siana. Impossible. Moze to jakies istotne kryterium w procesie rekrutacji: nalezy byc brzydkim. Bo brzydki flic to dobry flic. I sfrustrowany (od samego patrzenia w lustro). Przynajmniej nie bedzie lubil obcokrajowcow i jeszcze przy okazji zapisze sie do partii Le Pena. Same zalety! ;-)

Acha, za to pompiers sa calkiem calkiem... Tu juz chyba obowiazuja inne kryteria naboru. A jako ze strazacy jezdza tu tez do wypadkow i nie tylko (jak nasze pogotowie), to pozostaje mi miec nadzieje, ze kiedys zemdleje z wdziekiem na ulicy, a wowczas ruszy mi na ratunek jakis piekny i mlody (koniecznie) francuski pompier. Wyjatkowo moge nawet zaakceptowac metode usta - usta, hi hi.

Moj prof zaprezentowal ostatnio swoje ulubione wdzianko: slynny czerwony garnitur. Jako ze siedzialam w pierwszym rzedzie, bylo mi dane z bliska podziwiac ow stroj, skladajacy sie ze spodni, zapinanego na guziki blezerka, marynarki, krawata, koszuli i butow. Buty - czarne. Spodnie - w kolorze ceglastoczerwonym, marynarka - takaz czerwona w drobny ciemny wzorek (coz jakby kratka), blezerek z guziczkami, kremowa koszula i krawat w kolorze jasnego zlota w rzucik. Bozesz ty moj! Nie widziec tego cuda, to jak byc w Paryzu i nie zobaczyc wiezy Eiffela! I do tego jeszcze maly wasik. A przeciez Francuzi wasow nie nosza. Prof odnalazlby niejedna bratnia dusze w naszej kochanej Polsce. Przeciez nie na darmo Polak = wasy. Czyz nie?

Jak to sie robi w konsulacie

Ot, taka sobie historyjka. Prawdziwa, jak najbardziej. Miejsce akcji: konsulat polski w S. Postacie: 1. kolezanka, 2. pracownica ww. instytucji. Przedmiot dyskusji: druga tura wyborow prezydenckich. Zastanawia mnie, dlaczego pani pracujaca w konsulacie wmawia kolezance, ze drugiej tury w konsulacie nie bedzie, poniewaz Polakom mieszkajacym zagranica nie przysluguje prawo oddania glosu w owym dniu. Zastanawiam sie, ilu jeszcze osobom owa pani wmowila podobny absurd. Ile osob nie przystapi do glosowania dzieki podobnej "informacji". I co to w ogole za paranoja: pracownik konsulatu, ktory udziela klamliwych informacji!  I to nie jakas pani z okienka czy inna sprzataczka, ale osoba, od ktorej nalezaloby oczekiwac minimum kompetencji. Jak widac, nikomu nie mozna wierzyc na slowo, a kazda informacje trzeba samemu sprawdzac, by przypadkiem nie okazalo sie, ze wyprowadzono nas w pole. Z informacji na stronie konsulatu wynika, ze druga tura wyborow jak najbardziej sie odbedzie i ze obowiazuje lista wyborcow z 9 pazdziernika. Glosowanie miedzy szosta a dwudziesta.

Z innej nieco beczki: w Obwodowej Komisji Wyborczej nr 44 w S. rezultaty pierwszej tury wyborow sa nastepujace -

wybory

To by bylo na tyle.

piątek, 14 października 2005
Dzien za dniem

Pogoda dopisuje. Ja - na nogach juz od szostej rano. Umiarkowany optymizm. Czas szukac pracy. CV przygotowane, listy motywacyjne - rowniez. Kolejny dzien pukania do drzwi, wypytywania, rozmow, a wszystko to w jednym celu. Znalezc sobie jakies platne zajecie, zrodlo utrzymania. Dla swietego spokoju i pewnosci, ze da sie tu jakos przezyc, ze da sie pogodzic studia z praca. Pozyjemy, zobaczymy.

Prefektura obdarowala mnie karta pobytu na rok. Ale o pozwolenie o prace i tak trzeba bedzie zebrac w DDTE. Karta jest niewyrazna i ciezko jest doczytac sie, kto jest jej posiadaczem, gdzie mieszka i co robi. Mniejsza z tym, najwazniejsze, ze mam juz to za soba. Ulga. I tylko dwa tygodnie czekania. Nie ma to jak byc "obywatelem Unii", ktory niestety nie moze swobodnie w owej Unii zyc i pracowac.

Dzis jeszcze przekonam sie, jak hojna okaze sie inna instytucja, ktora przyznaje roznego rodzaju dodatki i zasilki. Jak mniemam, moje dofinansowanie do mieszkania bedzie wynosic okolo 150 euro i mam nadzieje, ze zamiast tych 150 euro nie ujrze 40. Kolejny bank nie da sie juz bowiem nabrac na moje "pozyczki", a i mnie nie usmiecha sie zaczynac studiow od dlugow, ktore pozniej tak ciezko sie splaca.

Dzien bez zajec na uczelni to dosc dziwny dzien. Niby nic nie ma do roboty, a tak naprawde bez przerwy gdzies biegam - a to do urzedow, a to do banku, a to na uczelnie (chociazby po to, by znow skrobnac kilka zdan w bzdurniku), a to w poszukiwaniu pracy... A to na spotkanie ze znajomymi... I tak mija dzien za dniem.

Wieczorami jestem tak zmeczona, a na "huby moraskie" wracam z reguly po osmej, po dziewiatej, czasem nawet pozniej, ze mam jedynie sily na to, by wziac prysznic, wypic herbate i pasc na lozko w poszukiwaniu snu i wypoczynku. Ale, z drugiej strony, takie zycie calkiem mi odpowiada. Znow studia, znow zycie "tam", czyli "tu" - we Francji, znow zycie z dala od domu, znow samodzielnosc i realizacja marzen. Mam to, na co tak dlugo czekalam. I chyba dlatego tak glupio mi narzekac. Narzekam, bo jest ciezko, ale gdyby wszystko potoczylo sie inaczej, bylabym niepocieszona. I nie zamienilabym tego trudnego zycia na obczyznie na wegetacje w domciu u rodzinki. Nikt przeciez mi nie zagwarantuje, ze tam, w Polsce, bedzie latwiej. Zycie pokazalo mi, ze wcale nie jest (nie bylo) latwiej. Tu mam przynajmniej nadzieje na lepsze zycie.

wtorek, 11 października 2005
Belfer

Dosyc juz bylo mojego marudzenia. Poprawilo sie. Tzn. pogoda sie poprawila. Wszystko inne poszlo w dol.

Dostalam wezwanie z prefektury. Mam sie stawic w piatek po odbior titre de séjour. No, choc raz sie postarali. Swego czasu, gdy jeszcze nalezalam do "erazmusow", dobrych pare lat temu, na karte pobytu czekalo sie pare miesiecy. A tu prosze, jak szybko. Dwa tygodnie. Jest sie z czego cieszyc.

Czy znacie zadowolonych z zycia mlodych nauczycieli? W wieku okolo trzydziestu lat? Nauczycieli z liceum, ktorzy lubia swoja prace i traktuja ja jako swoje powolanie? Bo ja znam. Latwo powiedziec, chodzi o francuskiego nauczyciela, ktorego zarobkow nijak porownywac z glodowa pensja polskiego belfra. Wielu z moich znajomych wybralo po studiach ten zawod. Niestety, przewaznie nie nadaja sie do tej pracy. Krotko mowiac: ci, ktorzy z ledwoscia przeslizgiwali sie z jednego roku na drugi, ktorzy mieli na bakier nie tylko z ortografia, ale i z podstawowa wiedza o swiecie (pomijajac studiowana dziedzine), ktorym nie udalo sie poznac w stopniu chocby podstawowym jakiegos jezyka obcego... oto wlasnie oni wybrali kariere w szkolnictwie. Kolezanka polonistka, ktora wyrazy napisane poprawnie zmieniala dzieciom w zeszytach na slowa z bledami. To tylko malutki przyklad.

A tu prosze. Nauczyciel filozofii w liceum. Jeszcze nie trzydziestolatek. Madry, wyksztalcony, ze znajomoscia kilku jezykow obcych (w tym biegly wloski, pracuje jako tlumacz, spedzil kilka lat we Wloszech, dobry hiszpanski i angielski), milosnik muzyki klasycznej i laciny. Facet, ktory mowi z duma i radoscia w glosie: "Uwielbiam uczyc. Ciesze sie, ze jestem nauczycielem." Niejeden pomyslalby: "O rany, ale frajer. Tez mi prestiz: uczyc w szkole. Zal mi cie, chlopie. Masz przechlapane."

Pod koniec pazdziernika jedzie z grupa uczniow na wycieczke do Rzymu. Na tydzien. Wiem, ze dla tych "dzieciakow" nie bedzie to czas stracony. Nie z takim belfrem jak on. Pamietam swoje szkolne wycieczki. Prawie zawsze byly to jakies bezsensowne i glupawe wyjazdy. Jak te w liceum - podroze do Gdanska, bo pani wychowawczyni zachcialo sie bizuterii z bursztynow. I tak nas molestowala tym Gdanskiem, jakby od tego zalezalo dalsze jej zycie. Obrazila sie, gdy w maturalnej klasie powiedzielismy glosne "nie". Na wszelki wypadek dodam: "Gdansk to piekne miasto". Zeby mnie nikt nie posadzil o zlosliwosc. ;-)

Mam w pamieci kilku moich nauczycieli, prawdziwych znawcow nauczanych przedmiotow, nauczycieli z wyboru, przekonanych do swej pracy i zadowolonych w niej mimo marnych zarobkow. Znam wielu mlodych belfrow. Nie ma w nich tej pasji, nie ma w nich charyzmy. Boja sie uczniow, boja sie dyrektora, boja sie uczyc, boja sie madrych uczniow. Takie "cieple kluchy". Innych nie znam. Krotko mowiac, wszyscy ci mlodzi nauczyciele to moi dawni znajomi ze studiow. Zupelnie bezbarwne osoby. Nie pamietam ich z zajec, niczym sie nie wyrozniali. Najlepsi studenci robia teraz doktorat albo znalezli prace poza szkolnictwem. I wcale im sie nie dziwie. Ja tez nie chcialabym uczyc w polskiej szkole.

Nie chce porownywac. Pisac: polska szkola jest be, polski nauczyciel jest be, a we Francji wszystko jest idealne: szkola, uczacy, a nawet uczniowie. Tylko chcialoby sie spotkac chocby jednego mlodego belfra z pasja. Ja takich nie znam. Nie w Polsce. Szkoda... Czyzby tacy juz sie nie rodzili? Wymarli?

16:35, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka