La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
sobota, 18 września 2010
Rusz tylek z domu

W srode ruszylam z domu wspomniany w tytule tylek. Trafilam na wybrzeze.

Migawki z Herne Bay...






wtorek, 14 września 2010
To ja zdradzilam Francje...

Pod koniec lipca zapisałam w moich notatkach:

***

Nim wyjechalam do Brytfanii prawie rok temu, moja ukochana rodzicielka z glebokim przekonaniem w glosie obwiescila tylko: "Dziecko drogie, ty po miesiacu stamtad wrocisz..."

Zanosi sie na kolejny, drugi rok w Anglii. I ostatni zarazem.

Trwaja przygotowania do kolejnego etapu w moim zyciu. Kierunek: Belgia. Kiedy? Juz za rok.

Jedno jest pewne: Brytfania to nie jest miejsce dla mnie.

***

Tak bylo pod koniec lipca.

Tymczasem w polowie wrzesnia:

Belgia wciaz w planach na przyszly rok.

Jest tylko jedno "ale": zakochalam sie. Z wzajemnoscia. W Angliku...

Ja, ktora za meza mialam miec tylko Francuza i na co dzien swiergolic po francusku, czuje sie jak zdrajczyni. Szczesliwa, lecz mimo wszystko zdrajczyni. Biorac pod uwage moje watpliwe szczescie w milosci, wszystko moze sie zdarzyc, i - kto wie - moze Anglik odplynie w sina dal niczym moj niedoszly miauzonek z polnocy Francji (a niech go ges kopnie). On verra bien...

Powyzsze okolicznosci przyrody sprawiaja, ze zastanawiam sie, co z ta Belgia, i czy przypadkiem nie daloby sie planow belgijskich osadzic na zamorskich gruntach, czyt. w Brytfanii. Poki co, to na razie tylko mrzonki, choc absztyfikant juz prowadzi dochodzenie i sam wyszukuje dla mnie potrzebne informacje.

Zastanawiam sie rowniez, czy nie zamieszkac w Cambridge ze wzgledu na to, ze z mojego podlondynskiego Pierdziszewa Gornego troche daleko na randki z Anglikiem (prawie trzy godziny pociagiem z trylionem przesiadek gdzies w glebinach londynskiego metra).

Cambridge zauroczylo mnie prawie tak jak niegdys Strasburg.

I co teraz? Tego nie bylo w planach...

***

Brytfania to nie jest miejsce dla mnie?

09:42, reine_marguerite
Link Komentarze (11) »
niedziela, 05 września 2010
Gdzies na poludniu Anglii

Od ponad dziesieciu miesiecy blog powinien nosic nazwe: Gdzies na poludniu Anglii, czyli Polka au pays de la conduite à gauche...

Nie bedzie jednak zadnych zmian.

To nie jest blog o moim zyciu w Anglii,  dlatego juz od dluzszego czasu nie ma zadnych nowych wpisow.

Tesknie za Francja.

Ratuje mnie ulubione radio FranceInter i francuskie ksiazki, podsylane od czasu do czasu prosto znad Sekwany.

27 pazdziernika: wczesnym rankiem wysiadam z samolotu na lotnisku w Luton. Leje, ale to mnie akurat nie dziwi. Wsiadam do zatloczonego pociagu z Bedford przez Londyn do Brighton.

I'm in the middle of nowhere. Umieram dla swiata na cale dlugie dwa miesiace.

Styczen:


W Nowy Rok umawiam sie z przypadkowo poznanym jeszcze w grudniu przystojniakiem z Bournemouth. Idziemy na dlugi wieczorny spacer nadmorskim bulwarem w Brighton. Przejmujace zimno. Trzesiemy sie jak galarety. Rece mamy zgrabiale i lodowate.  Sytuacje ratuja dluuuuuuuuuugie pocalunki na slynnym Brighton Pier. Robi sie jakby ciut cieplej. Trudno sie od siebie oderwac w taka mrozna noc...

Swiateczna paczka od przyjaciela z Paryza: przepyszne sery (opakowane w potrojne warstwy folii dla zabicia specyficznego serowego zapaszku), dwie  butelki dobrego szampana i czerwone wino. Ksiazki. Pachnace starocia prosto z budki paryskiego bukinisty.

Zasypalo Anglie. Doslownie. 30 centymetrow sniegu w mojej okolicy. Nie jezdza pociagi. Wlasciwie nic nie jezdzi. Transport publiczny zablokowany. Nie mam nawet zimowych butow. I tylko jeden cieply sweter. Przyjechalam do Anglii przekonana, ze zimy beda tu takie jak na polnocy Francji: bezsniezne i bezmrozne. Tymczasem trafiam na tutejsza zime stulecia.


19 stycznia: ostatni dzien dwudziestolatki. Dojezdzam wieczornym pociagiem do Bournemouth. Owczesny absztyfikant (znowu lekarz... ot, zostala mi taka slabostka) przyjezdza po mnie prosto ze szpitala na dworzec w tej swojej smiesznej niebieskiej lekarskiej "pizamce". Juz w cywilnych ciuchach i z butelka zacnego francuskiego szampana wybieramy sie na plaze w Bournemouth, podobna jedna z najpiekniejszych w calej Anglii. O polnocy wznosimy toast za nastepne trzydziesci lat. :-)

Nastepnego dnia przylatuje do Poznania. Komitet powitalny z kwiatami na lotnisku.  Godzinny korek na drodze z Lawicy do srodmiescia. Spozniony tort urodzinowy juz w domowych pieleszach. Kot zglupial na moj widok.

Dwa dni pozniej lece z powrotem do Londynu. Przesiadam sie na samolot do Paryza. Na bramce immigration officer urzadza mi przesluchanie. "A do Paryza to w jakim celu? Na jak dlugo? Co robi w Anglii? Studiuje? Pracuje? Gdzie? Ile ma przy sobie pieniedzy?". Z przepastnych glebin torby wygrzebuje zlotowki, funty i euro. Brakuje, zeby mi w zeby zajrzal i cycki obmacal w poszukiwaniu ukrytych dewiz i nielegalnego silikonu. "Wiecej grzechow nie pamietam".

Trzeci toast na trzydziestke wznosze juz w stolicy Francji.

Luty:

Moj piekny trzydziestoletni z Bournemouth powiadamia mnie o zareczynach. Oczywiscie nie ze mna w roli glownej.  To nie mnie niosa suknie  z welonem, a jakze. Pare dni pozniej przyjezdza do niego wybranka z Pakistanu. Malzenstwo aranzowane przez rodzine wbrew woli obu przyszlych malzonkow.

Placz w poduszke (bo jak to: wielka milosc miala byc!) i pretensje do swiata, a dzis juz tylko smiech, ze zycie sporo takich absurdalnych sytuacji zsyla, czy tego chcę czy nie.

Wybieram sie na rozmowe o prace w Bournemouth. Juz w trakcie orientuje sie, ze jako Polka nie mam najmniejszych szans na zatrudnienie.

W pracy mobbingu ciag dalszy. Antypolskie nastroje zawsze modne.

Marzec:

Mobbing w pracy osiaga swoje apogeum. Topor wojenny wykopany. Nie odpuszczam. Zostaje wiec wrogiem numer jeden i jako persona non grata postanawiam zmienic prace. Wciaz ta sama firma, tylko w innym miescie. Przeprowadzka. Ulga.

Ciag dalszy: praca, praca, praca. I ta zlosc niemozebna a bezsilna, ze Anglia, ze czas juz wracac, ze to nie tak mialo byc, a jest. I basta.

Kwiecien:

Wybieram sie na urlop do Polski. Nocuje w Londynie. Z roznych przyczyn spozniam sie na poranny samolot. Mam ochote obedrzec ze skory osobe, ktora miala mnie podwiezc na lotnisko. Smutny bilans: 60 funtow za taksowke z Kensington Olympia na lotnisko w Luton i kolejne 50 funtow za bilet do Warszawy. Do Poznania zamiast o jedenastej przed poludniem docieram  o jedenastej... wieczorem.

Urlop pod znakiem narodowej martyrologii i rodzinnych porachunkow [Zaslona milczenia opada].

Islandzki wulkan splatal figla nie tylko mnie. Zostaje w Polsce o kilka dni dluzej. Do Anglii przyjezdzam samochodem. Krotki postoj w Calais napelnia mnie smutkiem. Tak bardzo tesknie za Francja, ze wdaje sie w krotka pogawedkę z policjantem z francuskiej strazy granicznej, ktory sprawdza moj paszport.

Prom z Calais do Dover. Sloneczny kwietniowy dzien. Zostawiam za soba port w Calais. Z oddali widze jeszcze Cap Blanc Nez. Cholera, tyle wspomnien... Stoje przy promowej balustradzie i nie odrywam wzroku od mojej Francji. Mojej dalekiej polnocy. Od tego mojego kawalka Francji, gdzie spedzilam ostatnie trzy lata... Mam ochote rzucic sie prosto w morze i wplaw dotrzec na brzeg. I juz nigdy nie wracac do Anglii.

Za pozno. To juz Dover.

CDN

17:43, reine_marguerite
Link Komentarze (8) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka