La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 29 września 2009
Grenoble - cz. 4

Mnie też się wydawało, że niewiele się można spodziewać po Grenoble - ot, jakieś tam duże miasto gdzieś u podnóży Alp, przemysłowe i zalane betonem. Nic ciekawego.

Nic z tych rzeczy.


Poniżej: Jardin de Ville

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 28 września 2009
Grenoble - cz. 3

W górze: La Bastille, poniżej: włoska dzielnica Saint-Laurent.


Widok na rzekę Isère i passerelle Saint-Laurent:



Widok na pont M. Gontard:


Passerelle Saint-Laurent:


Widok na Théâtre Municipal i quai Stephane Jay:


Widok na quai Perrière i włoską dzielnicę Saint-Laurent (te cztery "bombki" wiszące ponad drzewami to nic innego jak najstarsza kolejka gondolowa we Francji, którą można dotrzeć do La Bastille):


Widok na rzekę z passerelle Saint-Laurent:


Place de la Cimaise, droga prowadząca do La Bastille:

 

Fontanna na placu de la Cimaise:


Widok na passerelle Saint-Laurent z place de la Cimaise:

niedziela, 27 września 2009
Grenoble - cz. 2

Poniżej:

rue du Général de Baylie, po lewej dawny Wydział Prawa, w tle (po prawej): rue Voltaire (Quartier des Antiqutaires)


Kamieniczki przy rue Raoul Blanchard:


Halles Sainte Claire przy rue Alphand:


Rue Président Carnot:


piątek, 25 września 2009
Oczarowana / Enchantée

Chodzi za mną już od kwietnia...

Nie mogę się opędzić...

I choć nie jest to jakieś muzyczne arcydzieło, to i tak trudno oderwać się od tej płyty.

Pominę litościwym milczeniem, dzięki komu ją odkryłam.

Tegoroczne wiosenne zasłuchanie...

Wciąż przypomina mi o tym, że "pomiędzy zaproszeniem i rankiem podróży, między wzniesioną dłonią a owocem drzew śpi szczęście", jak pisał jeden z moich ukochanych poetów, Leopold Staff.

A mnie się właśnie kwiecień ze szczęściem rymuje...

Ulotnym, niestety.

 

A wiecej tutaj

lub na YouTube

***

Nie mijaj ranku

zatrzymaj swe ptaki

jeszcze się zdążysz naobracać w czasie


przystan mi wiosno w półobrocie światła

wahaj się chwilę w odcieniach zieleni.


Przedłuż mi zmierzchu swą wczesność do syta

nie śpiesz się maju

trwaj moja miłości

o lata - kiedy się wami nacieszę.


Przemija życie jak noc: w oka mgnieniu

Przemija życie w ułamku promieni.

(U. Kozioł)

 

20:00, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 września 2009
Żaden wiatr nie sprzyja

... temu, kto nie wie, do jakiego portu zmierza.

Il n'y a point de vent favorable pour celui qui ne sait dans quel port il veut arriver.

Mam takie marzenie, już od wielu, wielu lat, ale dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać, czy to jedno z tych marzeń, które już na zawsze pozostanie w sferze mrzonek, czy też można je w jakiś sposób urzeczywistnić.

Zmienić zawód. Robić coś innego.

Zawód - przyszłościowy. Pieniądze - przyzwoite. Możliwość zatrudnienia - dobra.

Zupełnie inny od tego, czym obecnie się zajmuję.

Po prostu inny, co nie oznacza, że to co robię, jest nudne i do kitu.

Ale coś mnie ku niemu ciągnie.

Tylko że ta rewolucyjna zmiana oznacza powrót do szkolnej (a raczej uczelnianej) ławy na trzy lata, jeśli nie dłużej (to gdybym chciała się dalej specjalizować).

Czy ja aby nie jestem za stara na studia zawodowe?

Zacząć już za rok - to odpada. Muszę mieć wystarczające fundusze, by przez co najmniej dwa lata pozwolić sobie po prostu na ciężką prace, w domyśle - naukę. W Belgii, bo tam właśnie ulokowałam już - w marzeniach - ewentualne studia (w języku francuskim, rzecz jasna, bo niderlandzkiego nie kumam ani w ząb). Po kilkuletnim pobycie we Francji i studiach w tym kraju doskonale zdaję sobie sprawę, jakie są koszty pobytu i utrzymania za granicą.

Nauki się nie boję: ja jestem z tych, co to prędzej spalą się ze wstydu, niż pozwolą sobie oblać egzamin.  ;-)

Tak więc, jak wspomniałam, nie przyszły rok, lecz dopiero za dwa lata.

Wtedy będę już po trzydziestce (obecnie mam 29). Jeśli (podkreślam to słowo) nawet dobrnęłabym do końca owej uczelnianej przygody (po licznych stażach, sesjach etc.), to musiałabym startować z tego samego punktu, co o dziesięć i więcej lat ode mnie młodsi absolwenci tego kierunku. Czy to się jeszcze opłaca kobiecie ponad trzydziestoletniej? ;-) A co z emeryturą, składkami, etc.?

Czy jest sens, aby rozpoczynać życie zawodowe od nowa?

W takich chwilach żałuję, że na ten pomysł nie wpadłam pięć lat temu, ale wtedy po głowie chodziły mi inne mrzonki, inne miałam plany i inną wizję życia.

Jeśli zaś to nowe życie, to już raczej bez dzieci, bo pewnie do czterdziestki będę kompletnie z tej sfery wykluczona: wiadomo, nie po to się wywraca życie do góry nogami, nie po to się człowiek męczy, żeby skończyć jako matka dzieciom w domu.

Nie jest to co prawda wizja, która mogłaby mnie przyprawić o jakieś palpitacje (tzn.  ten brak potomstwa). Widzę tu raczej skuteczną wymówkę przed czymś, co i tak na dzień dzisiejszy nie budzi mojego entuzjazmu.

A jeśli - już jako studentka - nie wytrwam? Jeśli mi przejdzie po roku albo po dwóch?

To już nie ten czas, by pozwalać sobie na pomyłki, zmianę trasy i jakieś dluższe filozoficzne namysły Kłapouchego.

Daję sobie rok na podjęcie decyzji.

Albo w tę, albo we w tę.

Przejrzałam już z ciekawości strony internetowe wybranych uczelni, informacje o programie studiów, warunkach rekrutacji, wymaganiach etc. Myślę, że mogłabym sobie poradzić, zwłaszcza że pewną wiedzę już posiadam, sama ciągle doczytuję różne publikacje i artykuły, kupuję lub wypożyczam książki.

Wciągnęło mnie.

Ba, zaczęłam już nawet nieśmiało przebąkiwać o tym w moim otoczeniu.

Ale myśl o tym mimo wszystko mnie przeraża.

Może w pewien sposób mnie przerasta.

Buszując po różnych forach internetowych, natrafiam na opinie ludzi jeszcze starszych ode mnie, którzy podjęli dalszą naukę. I decyzję o zmianie zawodu.

Jeden z moich przyjaciół też zastanawia się nad taką opcją, choć - jak mniemam - jest to mniej radykalne niż w moim przypadku.

Czy nie jest już za późno na tak drastyczne zmiany?

Czy warto ryzykować?

Może dać sobie spokój i zamiast rewolucji po prostu robić swoje?

A może to, co robię, powinno stać się tylko jakimś dodatkowym hobby, pasją, przyjemnością?

W głowie kłębią się tysiące pytań.

Mam nadzieję, że już za parę miesięcy przekonam się, czy moje marzenia to faktycznie tylko mrzonki i pobożne życzenia, czy też autentyczna potrzeba przewartościowania priorytetów i wybór właściwej drogi.

Bo ja się mimo wszystko obawiam, że to tylko mrzonki...

Jest jeszcze jedno "ale" - na drugie imię mam "słomiany zapał". Nie do wszystkiego i nie zawsze. Nie dlatego, że coś zaczyna mnie nudzić, tylko z braku przekonania,  że sobie poradzę, z braku pewności siebie, wsparcia otoczenia... Jak zwał, tak zwał...

Nie boję się wyzwań i ryzyka, już prędzej obawiałabym się porażek.

A tych coś za dużo w moim życiu, mimo że sukcesów nie brakuje.

Stąd te rozterki.

Bo ja już sobie na nieprzemyślane decyzje pozwolić nie mogę.

***

Zdarzyło wam się tak wszystko rzucać, zmieniać i zaczynać na nowo?

Da się tak?

***

Tylko się ze mnie nie śmiejcie, jeśli mi przejdzie.

Ja na razie tylko głośno myslę...

09:00, reine_marguerite
Link Komentarze (5) »
środa, 23 września 2009
Grenoble - cz. 1

Od dwoch lat mam na dysku twardym prawie dwiescie zdjec z Grenoble...

Do tej pory jakos nie moglam sie zmobilizowac, by wybrac te ladniejsze i zaprezentowac swiatu. ;-)

Dzis tylko mala porcyjka.

Voili voilou...

 

 

 

 

 

Minus siedem / Moins sept

Minus siedem.

Nie, nie stopni Celsjusza za oknem. Jeszcze nie.

Minus siedem kilo.

A jeszcze dziesiec zostalo. Mozolnie wychodze ze stanu doslownego zapasienia, w jaki wpadlam, bedac panna na wydaniu z majatkiem w postaci chlopa, kotow w porywach dwoch i wynajmowanego mieszkania. Nigdy wiecej chlopow, garow, obiadkow i kolacyjek o nieludzkich porach, tak lubianych we Francji (czyt. po godzinie dwudziestej).

Panna-prawie-zona juz nie jestem, mam za to w dorobku dodatkowe kilogramy, rozlozone obficie tu i owdzie, z naciskiem na owdzie w okolicy brzucha i czterech liter. O biuscie nie wspominajac (on juz od dawna ma szlaban).

Kopnijcie mnie w moj szafiasty jeszcze tylek, drodzy Czytelnicy, jesli jeszcze raz doprowadze sie do niemalze wielorybich rozmiarow. Juz za chwileczke, juz za minutke (no, prawie, moze za pare miesiecy) zmieszcze sie w moje ulubione spodnice i sukienki, upchniete obecnie ze wstydem gdzies na dnie szafy czy walizki. Marzy mi sie i sni po nocach ta chwila, ten dzien wymarzony, gdy wskazowka na wadze spadnie ponizej szesdziesiatki. Wota dziekczynne powiesze (takie z cyklu "avant-après") ku przestrodze dla potomnych...

Czas byl najwyzszy przemóc lenistwo, odpedzic wszedobylskie wymowki (nie teraz, nie mam czasu, pozniej, jutro, à la saint Glinglin),wziac sie w garsc, odpedzic zle mysli i schwytac byka za rogi.

Wieki mnie tu nie bylo, ale nic to, wszystko da sie naprawic.

Zlozywszy publiczna samokrytyke, pociagam lyk kawy z ulubionego kubelka z czerwonym jabluszkiem, poprawiam okulary na nosie i... wracam do roboty.

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka