La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
piątek, 29 września 2006
Jesli dzis piatek, to jestesmy w Belgii

Korzystajac z dostepu do netu w hotelu na przedmiesciach Lille (nic za friko, rzecz jasna), siedze na lozku, ogladam jednym okiem "Avocats et associes" na dwojce. Na jedynce - "Star Academy", ktorej programowo nie ogladam. Dlaczego siedze na hotelowym lozku, a nie we wlasnym nowym domku?

Na tutejsze "huby moraskie" z zabudowa typowa dla tej czesci Francji, tj. niskie domy - kamienice z czerwonej cegly, ktore przypominaja mi nieco zabudowe na przedmiesciach Londynu, dojechalam po siedemnastej. Cicha i spokojna uliczka w Hellemmes, nieco oddalona od centrum, za to z autobusem linii44 pod bokiem (przyjrzalam sie numerowi na wszelki wypadek :-)), ktory krazy gdzies po Villeneuve d'Ascq, czyli prawdopodobnie w okolicach uniwerku. Do najblizszej stacji metra Hellemmes wypada spory kawalek na piechote, trzeba bedzie jednak wybadac, czy nie oplaca sie nadlozyc nieco drogi, a za to metrem raz, dwa dojezdzac codziennie na uczelnie.

Wracajac do meritum: zaparkowawszy samochod tuz pod nowym domem, wysiadlam, stanelam przed brama, zadzwonilam... raz... drugi... trzeci... i nic. Ciemno wszedzie, glucho wszedzie. Telefon do wlasciciela mieszkania wyjasnil wszystko: jak sie okazalo, mily pan wyjechal do Calais, zaplanowawszy swoj powrot na sobotnie popoludnie. Jako ze nie omieszkalam zarezerwowac noclegu w hotelu dla rodzinki w osobie Madre i Padre, nie pozostalo mi nic innego, jak wsiasc z powrotem do rodzinnej bagnole i spedzic noc w hotelu w Mons en Baroeul na polnocny wschod od centrum.

Sama nie wiem, jakim cudem droga do hotelu przez nieznane miasto okazala sie calkiem prosta. W ogolnym zamieszaniu przy pakowaniu jeszcze w Strasburgu zapodzialam gdzies kartke z adresem i dojazdem. Konsternacja, nerwowe rycie po torebce, teczkach i w notesie. Kartke odnajduje gdzies pod fotelem Padre. Plus dla Padre.

Z dusza na ramieniu robie za pilota dla Madre, ktora za nic w swiecie nie powierzy swego zycia innemu kierowcy niz ona sama. Malo nie gubimy drogi do hotelu. Padre pierwszy dostrzega drogowskaz z nazwa miejsca naszego noclegu. Kolejny punkt dla Padre. Odnajdujemy hotel, a u lokalnego bulanzera kupujemy bagietke i chleb na wieczor i sobote.

Pokoj dla naszej trojki okazuje sie za maly. Place wiec za dwie noce w hotelu - mam za to swoj wlasny pokoj, a przede wszystkim - swiety spokoj. 204 - Madre i Padre. 202 - tuz obok - ja. Madre wzywa mnie na herbate i kolacje pukaniem w sciane, tak jest szybciej. ;-)

Jutro przed poludniem zawoze wszystkie graty do mieszkania w Hellemmes. W trojke wybieramy sie na spacer po centrum Lille.

Pojutrze wczesnym rankiem wyruszamy do Polski. Opracowuje trase z Lille do Pyrlandii. W ojczyznie zostane zapewne kilka dni, moze nawet tydzien. Jestem juz zmeczona sprzataniem, pakowaniem klamotow, przeprawa do Lille, krazeniem po przedmiesciach... Tesknie za Strasburgiem... Udalo mi sie jeszcze pokazac rodzince Colmar... Niestety, na Nancy zabraklo juz czasu. Moze to i dobrze, zbyt wiele bowiem wspomnien laczy mnie z tym miastem. Tesknie, to malo powiedziane...

A o podrozy po drogach Francji, Belgii i Luksemburga napisze moze jutro... Klade sie spac.

środa, 27 września 2006
Gluche telefony i dziurawa klapa od sedesu, czyli pozegnanie z Alzacja

Ostatnie dni w Strasburgu pelne sa niespodzianek. Najpierw pekla mi klapa od sedesu (ha, eksperyment wyraznie sie nie powiodl: stara plastikowa klapa zazwyczaj peka pod ciezarem, jesli sie na nia wchodzi, zeby znalezc cos w szafce pod sufitem). Efekt: mam klape z dziura do wymiany (klape, nie dziure), za ktora to wymiane administracja akademika zazyczyla sobie 12 euro. :-) Dobrze chociaz, ze nie wpadlam noga do srodka, bo jeszcze by wieksze szkody byly. ;-) Powyzszy eksperyment nalezy wiec wpisac na liste pod haslem "czego nie nalezy robic". ;-)

W podroz sentymentalna do Nancy juz raczej sie nie udam, co wielce Madre moja zasmucilo, ktorej sie wizyta w grodzie Leszczynskiego marzyla. Trudno.

Pogoda tez robi psikusy: raz pada, raz swieci slonce. Raz jest zimno, a raz znow goraco. Nocki, czuc juz, chlodem powiewaja, a pokoj nad ranem zamienia sie w lodowke (jesli na noc zostawi sie otwarte okno).

Zyje na walizkach. Pakuje graty, ktore niebawem pojada do Lille. Bodajze jutro po poludniu  wracam klucze do mojego mieszkanka. Dzis wieczorem i jutro rano pucuje wnetrza. ;-)

Wczoraj po poludniu spedzilam bita godzine ze sluchawka od telefonu przy uchu. Powod: pilna sprawa do zalatwienia w sekretariacie wydzialu na uniwerku w Lille. Prosze sobie wyobrazic, ze w godzinach pracy (miedzy 9 a 16) w zaden sposob nie mozna sie skontaktowac z pracownikami ww. sekretariatu (i nie tylko). Nikt nie odbiera telefonow. Nikt nie odpowiada na maile. Jak w carskiej Rosji, podsumowal moj Padre. W wersji wspolczesnej made in France. Dzis rano usilowalam powtornie dodzwonic sie do Lille. Na prozno. Wyslalam maila. Rownie dobrze moglabym wrzucac listy w butelce do Renu, moze kiedys dotarlyby do adresata. Nie ma to jak francuska uczelniana administracja z 2-godzinna przerwa na obiad i niekompetentnymi i niezyczliwymi babonami za biurkiem.

Czuje, ze nerwy juz mi wysiadaja. Nie moge jednak zrobic wielkiej i karczemnej awantury, jeszcze nie. Poki wszystko nie bedzie zapiete na ostatni guzik i poki nie dostane zaswiadczenia o stypendium, musze zamknac otwor gebowy na klodke. Patientez, patientez... Tak dlugo juz tu jestem, a jeszcze sie do tej opieszalosci i tumiwisizmu nie przyzwyczailam. Ba, wrecz go nie znosze! Lubie te "moja" Francje, ktora - widziana z bliska, oczami kogos, kto zmaga sie z tutejsza rzeczywistoscia - niekiedy przybiera jakies monstrualne i absurdalne oblicza.

poniedziałek, 18 września 2006
Popyt na czarnowidztwo

Gdybym miala opisac wszystkie moje perypetie zwiazane z przenosinami do Lille, niechybnie powstalaby gruba ksiega. "Czarna ksiega", dodajmy.

Jutro znow jade do Lille. Bynajmniej nie dla wlasnych przyjemnosci.

Mam nadzieje, ze jacys desperaci znow nie zablokuja torow - jakis czas temu tv doniosla o jakims strajku czy protestach (mniejsza z tym) i blokadzie torow na linii TGV Paryz - Lille. Jesli komus tym razem przyjdzie do glowy cokolwiek zablokowac, to chyba wstapie do jakiejs organizacji terrorystycznej.  

Jesli komus marza sie przygody jak z "czeskiego filmu", pure nonsense i tego typu "klimaty", to zapraszam do zmagan z tutejsza administracja. Zadanie wylacznie dla cierpliwych, wytrzymalych fizycznie i psychicznie, przebieglych, szybkich i doskonale obeznanych z francuska biurokracja. Doprawdy, "Kohl-anta" i inne tego typu popluczyny to maly pikus... ;-)

Jeszcze troche, a przyrosne do komputera, zamontuje sobie na stale kask ze sluchawkami na glowie i przytrocze do paska telefon komorkowy.

A przy okazji wezme gleboki oddech i policze do 10. Ludzie z mojego otoczenia maja mnie juz chyba serdecznie dosyc. ;-)

Zgubilam kilogram, pogryzly mnie komary, powiekszyly sie cienie pod oczami, a same oczy -zapadly niebezpiecznie.

"Wladze" przybywaja w czwartek z wizyta oficjalna.

1, 2, 3, 4... sie uspokajam... sie rozluzniam... sie przygotowuje psychicznie... ;-)

17:17, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
Na szostym pietrze

Les choses changent, les gens vont leur chemin, c’est dans l’ordre des choses.

Nie lubie pozegnan i rozstan. Nie znosze, kiedy ktos znika z mojego zycia – facet (kolejny, ktory mial byc na zawsze), przyjaciel, znajomy... Przyjaciolka, znajoma...  Nie zobaczymy sie juz prawdopodobnie nigdy wiecej, a jesli juz dojdzie do przypadkowego spotkania, to udamy, ze widzimy sie po raz pierwszy w zyciu, ze sie nie znamy, ze nic o sobie nie wiemy. Bez ostentacyjnego, a moze wstydliwego, przechodzenia na druga strone ulicy.

I chocbym wylala wiadra lez, wyladowala agresje na calej rodzinie, nawsciekala sie, a na koniec postanowila rzucic z mostu, to i tak nie zmienie owego porzadku rzeczy.

Ludziska sie wykruszaja, przestajemy sie nawzajem rozumiec. Dotychczasowe przyjaznie nie wytrzymuja proby czasu. Nie tylko odleglosc fizyczna, ale i duchowe oddalenie, staje sie problemem nie do pokonania. Juz nam na sobie nie zalezy, nie potrzebujemy wiecej siebie.

Tak, oczywiscie, o przyjaciol nalezy dbac, przyjazn nalezy holubic... Banal. A co tu pielegnowac, skoro sie przyjazn sama rozlazi i rozkleja jak podeszwa od starych butow?

Od kilku miesiecy slysze wciaz to samo: "Ja tez chce do Francji. Wyjade pewnie w przyszlym roku." A jeszcze tak niedawno, kiedy to mnie chodzil po glowie pomysl przenosin na stale do Francji, slyszalam z ust tych samych osob, ktorym teraz tak bardzo pali sie do emigracji: „W Polsce trzeba sobie zycie ukladac, a nie tam. Tu tez mozna dostac prace i zrobic kariere. Przemysl to sobie, bo to nie jest takie proste. Nie dasz sobie rady.”

Nie dam sobie  rady. Bo ja jestem, prosze pana, na zakrecie... Miewam klopoty z podejmowaniem rozsadnych i przemyslanych decyzji. Kierujac sie emocjami, trace sprzed oczu cel, ktory niegdys sobie wyznaczylam. Nie za bardzo wiem, czego tak naprawde chce od zycia. Mam ochote napisac: Ma vie en ce moment ne ressemble pas à ce que je voudrais. Ai-je besoin de tout remettre à zéro?

Przegladam stara korespondencje. Drukuje "elektroniczne" listy. Gromadze, sortuje, pakuje do kopert... Taka smetna i lzawa kolekcja, ktora wyladuje kiedys w blaszanym pudelku po czekoladkach.

Paradoksalnie, pobyt nad morzem niczego nie zmienil, w niczym nie pomogl. Nie znalazlam ukojenia, kontemplujac krajobraz nadmorskiego miasteczka, nie znalazlam go, przesiadujac nad brzegiem morza, snujac sie po kamienistym wybrzezu.

Wszystko, czego mi trzeba, to zapomnienie.

Je suis seule ce soir
Avec mes rêves,
Je suis seule ce soir
Sans ton amour.
Le jour tombe, ma joie s'
ach
ève,
Tout se brise dans mon cœur lourd.
Je suis seule ce soir
Avec ma peine
J'ai perdu l'espoir
De ton retour,
Et pourtant je t'aime encor' et pour toujours
Ne me laisse pas seul sans ton amour.

PS. Donosze uprzejmie - rozczulam sie nad soba nie nad brzegiem morza w Normandii, lecz na paryskich przedmiesciach, w Noisy-le-Grand.  

piątek, 15 września 2006
Koniec lata w Normandii

Nad "moim" skrawkiem Normandii - deszczowe chmury. Zrobilo sie chlodno i nieprzyjemnie, choc jeszcze pare dni temu na kamienistej plazy w poblizu portu trudno bylo znalezc kawalek wolnego miejsca, a odwazni (do ktorych sie nie zaliczam, przynajmniej nie w ostatnim czasie) ochoczo zanurzali sie w morskich glebinach. Temperatura wody raczej nie zachecala do pluskania sie w odmetach i kolysania na falach, mimo to nawet dzieciaki, a nie tylko zaprawione "morsy", korzystaly z ostatnich slonecznych dni wakacji. Kusilo mnie, by wejsc na kilka chwil do wody, majac jednak w pamieci moje niedawne swinkowe przygody, zrezygnowalam z kapieli w morzu o temperaturze miedzy 15 a 20 stopni.

Pada, mzy, leje... Taki oto koniec wakacji...

Czas powrocic do obowiazkow. W niedziele po poludniu wyjezdzam do Paryza, a dzien pozniej (albo we wtorek) wsiadam do pociagu, kierunek: Strasburg.

Krotko i zwiezle

W odpowiedzi na pytanie zadane w jednym z komentarzy:

Drogi "przechodniu" :-)

Lille nie jest spelnieniem moich marzen i najchetniej zostalabym w Strasburgu tudziez wyjechala do Nancy, jednak z pewnych wzgledow wybralam Lille. Primo: przyszly promotor mojej pracy doktorskiej z Lille to czlowiek kompetentny i zainteresowany prowadzonymi przeze mnie badaniami (w przeciwienstwie do mojego obecnego promotora, ale o tym cicho sza). Ma to dla mnie kolosalne znaczenie. Nie mam bowiem ochoty przez najblizsze dwa albo nawet trzy latac pracowac z kims, kto mnie olewa i nie ma dla mnie czasu. Secundo: dostalam stypendium, ktore - jesli tylko nie pojawia sie przeszkody (a wlasnie przez nieudolna biurokracje zawisly nade mna czarne chmury) - bede otrzymywac przez najblizszy rok. Dzieki temu, zamiast rozmieniac sie na drobne i wykonywac prace, ktore nijak maja sie do mojego "profilu", bede mogla skupic sie wylacznie na moim doktoracie. A mam jeszcze sporo do zrobienia. Przeprowadzam sie do Lille wylacznie ze wzgledow "naukowych".

Lubie Strasburg i zal mi opuszczac miasto, w ktorym czuje sie jak u siebie.

Odnosnie Lille, mam jeszcze jedna uwage: dawno juz nie zetknelam sie z takim balaganem (ba, chaosem) w uczelnianej administracji. W skali 0-10 poziom kompetencji personelu rowna sie minus 1. Pomijajac juz babsztyle w CROUS-ie, ktore do studentow i doktorantow zwracaja sie per "ty".

środa, 13 września 2006
Na polnoc, na polnoc

Klamka zapadla. Mam juz swoje lokum w Lille. 

Przeprowadzka - 1 pazdziernika.

Oj, bedzie sie dzialo... ;-)

Przejde sie po plazy, bo az globusa dostalam z nerwow. ;-)

Nie zachwyca, rozczarowuje

Jak mozna sie bylo domyslic, zamiast zaplanowanego zwiedzania uroczych zakatkow Normandii i wylegiwania sie w sloncu na kamiennej plazy niczym rozleniwiona cieplem jaszczurka, w pocie czola szukam jakiegos wolnego lokum w Lille po rozsadnych cenach. Niemal wszystko, co jeszcze pozostalo do wynajecia, juz zostalo wynajete. Pozostaly albo pokoiki (wcale nie tanie) albo tez hiperdrogie rezydencje dla hiperbogatych studentow. Zaczynam zalowac decyzji o przenosinach do Lille. Nie dosc, ze miasto nie w moim guscie (jak ma zachwycac, skoro nie zachwyca?), nie dosc ze brudne i poza starowka mocno nieciekawe, to jeszcze drogie. Drozsze niz Strasburg, ktory do najtanszych nie nalezy, a uroda powala nie tylko takie metropolie jak Lille, kilka razy wieksze od stolicy Alzacji.

Zaczynam zalowac, ze z pewnych wzgledow nie wybralam Nancy. Sama mysl o przeprowadzce wywoluje u mnie gesia skorke. Graty, ksiazki, ubrania, sterty dokumentow. Chyba nie pozostanie mi nic innego jak wynajac pokoj w mieszkaniu dla studentow, w ktorym zainstalowaly sie juz dwie dziewczyny i jakos przepekac kilka miesiecy w nadziei na znalezienie czegos innego. Jak przystalo na indywidualistke, nie lubie dzielic mieszkania z innymi (a zwlaszcza lazienki, kuchnie moge odpuscic, bo i tak raczej nie gotuje). ;-)

Nie mam jednak zamiaru placic ponad 400 euro za 20 metrow kwadratowych hiperrezydencji, z kaucja w wysokosci ponad 800 euro i frais d'agence w wysokosci 250 euro.  Komfort komfortem, ale bez przesady.

Rownie dobrze moglabym poczekac na akademik, nie mam jednak czasu i pilnie potrzebuje mieszkania od 1 pazdziernika.

CROUS w Lille proponuje "service de logement en ville" za oplata (6 euro). W ramach tej oplaty kazdego dnia "zrzeszeni" maja dostep do ofert na stronie internetowej (6 adresow dziennie do pobrania). CROUS zapewnia przy tym, ze oferty sa aktualizowane. Bzdura. Ani studentom, ani wlascicielom mieszkan nie chce sie powiadomic ww. CROUS-a o tym, iz lokum zostalo wynajete. Skutkiem czego przypuszczalnie 90% ofert mozna spokojnie wyrzucic do kosza.

Bedzie mi brakowalo Alzacji i Strasburga.

PS. Marudna jestem. :-/

sobota, 09 września 2006
W ogrodku na przedmiesciach

Pokonawszy droge miedzy Strasburgiem i Paryzem, Paryzem a Lille i z powrotem, wyladowalam w Fecamp nad samiutkim morzem, a dzis - jedynie przelotem - przebywam na goscinnych wystepach w Rouen. :-)

Ciut zmeczonam, z wlosem rozwianym (wietrzyska hulaja po Normandii), z okiem podkrazonym (bom ciut niewyspana), nic to jednak, bom przeciez na wakacjach. Jutro wypoczywam, choc raczej nie ma mowy o lezeniu na plazy "wylozonej" kamieniami. Chyba ze zaplanuje sobie "seans fakira". ;-) W nadchodzacych dniach mam takze zamiar wspiac sie na skaliste wybrzeza (oczywiscie utartymi sciezkami) i powedrowac wdluz brzegu tak daleko, jak tylko to bedzie mozliwe. Jesli w trakcie tej wyprawy nie zaskoczy mnie jakis zdradziecki przyplyw, mam duze szanse nie znalezc sie w czolowce lokalnego wydania wiadomosci pod haslem: "Morze porwalo nieostrozna turystke".

Cydrem sie opijam, Camembertem sie racze, wczoraj poczestowano mnie przepysznym lososiem, a dzisiaj skosztowalam tarte aux poires (z owocami z przydomowego ogrodka).

Jesli do tego dodac jeszcze wieczor w ogrodzie z ksiazka i czarnym kotem na kolanach, poczatek wakacji moge uznac za wyjatkowo udany.

Streszczenie wyprawy do Lille - w nastepnym odcinku (jesli oczywiscie dane mi bedzie podlaczyc sie do sieci). 

19:27, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
środa, 06 września 2006
Na dwie godziny przed odjazdem

Dziatwa do szkoly, lud pracujacy - do roboty, a Jej Majestat, Wysoka Ekscelencja wyjezdza do wod. :-)

Jak glosila kiedys pewna reklama: "Za tych, co nad morzem!" Wzniesmy toast za spoznione wakacje. :-)

O 14h wyruszam pociagiem do Paryza. Jutro - grasuje w Lille. A pojutrze - pierwszy raz od dawien dawna pooddycham swiezym powietrzem prosto znad morza.

W miare mozliwosci - relacje z wyprawy na biezaco.

13:02, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka