La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
piątek, 30 września 2005
Uwagi czysto techniczne

Niestety, mam tu jakis dziwaczny program w komputerze na uczelni. I miast ladnego tekstu rozdzielonego akapitami mam jakies paskudztwo pisane jednym ciagiem. Trzeba to bedzie jakos poprawic w kafejce internetowej. Tu nie "widze" nawet edytora dla mojego blogu. Wielkie brawa dla francuskich programow i przegladarek internetowych! ;-)

12:32, reine_marguerite
Link Dodaj komentarz »
Zycia na emigracji dzien drugi

Szczesliwie dotarlam do celu podrozy, przejechalam pol miasta z trzema wielkimi bagazami (jakos sobie dalam rade, moze dlatego, ze godzina wczesna, wiec tramwaje i autobusy swiecily pustkami), rozpakowalam bagaze i miast odpoczywac, ruszylam zalatwiac miliony waznych spraw.

W ciagu dwoch dni pozbylam sie prawie 600 euro. Nie, nie szalalam na wyprzedazach. Ot, kilka "drobnych" wydatkow. 220 euro - wpisowe na uczelnie (oficjalnie jestem juz studentka, tylko dlaczego za takie duze pieniadze? :-)), 360 euro - czynsz za mieszkanie. A jeszcze zakupy w tanim sklepie (zeby chociaz na jedzeniu udalo sie zaoszczedzic), bilet na autobus... i tak oto stan mojego konta pomniejszyl sie w ciagu ledwie 24 godzin. Dzis mam kolejny wydatek - sieciowka. I dalsza czesc zakupow, bo lodowka i kuchenne szafki wciaz swieca pustkami.

Jako ze zostalam szczesliwa posiadaczka legitymacji studenckiej, moge w koncu wybrac sie do prefektury i zlozyc podanie o karte pobytu. Kolejny krok do przodu, choc pewnie nie obedzie sie bez kilkutygodniowego czekania. Na moja uwage, dlaczego tak dlugo, pan z prefektury odpowiedzial: ? To i tak jest szybko, bo to procedura dla studentow z Unii ?. Jesli trzy tygodnie albo i nawet miesiac mozna uznac za krotki okres wyczekiwania, to gratuluje urzednikom dobrego samopoczucia. Karta pobytu to niezbedny element do osiagniecia przeze mnie stanu wzglednego zadowolenia. Ba, tak naprawde od tego wklejanego do paszportu swistka zalezy dalszy moj byt na francuskiej ziemi. Moje istnienie redukuje sie wiec niejako do tego dokumentu. Bez niego oficjalnie nie istnieje.

Prefektura w Strasburgu, choc nie spieszy sie z dzialaniem, to i tak ma u mnie dodatkowe punkty. Po pierwsze: za to, ze jako tzw. "obywatel Unii" nie musze im dostarczac zadnych zaswiadczen o posiadanych dochodach i oszczednosciach, zadnych oficjalnych papierow poswiadczajacych moje miejsce zamieszkania, zadnych swistkow podpisanych przez francuskich gwarantow etc. To duzy plus. Nancy i Nicea dostaja ode mnie duze minusy za wprowadzanie dodatkowych utrudnien. Strasburg gora! Po drugie: prefektura dostaje dodatkowy punkt za w miare uprzejmych (choc nie do konca kompetentnych) urzednikow. Konkurs na najwiekszych chamow (przykro mi, ale nie znajduje innego slowa) wygrywa prefektura w Nicei, a szczegolnie DDTEFP (zdecydowanie odradzam przeprowadzke do francuskiej "szostki", czyli departamentu Alpes Maritimes, choc perspektywa zycia na Lazurowym Wybrzezu wydaje sie kuszaca). Moze kiedys znajde okazje, zeby opowiedziec o moich przygodach z tamtejszymi urzedami. O prefekturze w Dijon nie pisze, bo nie bywalam tam czestym "gosciem", predzej juz mialabym cos do powiedzenia o tamtejszej inspekcji pracy (a jakze, donioslam bowiem na swojego nieuczciwego pracodawce, nalezalo mu sie, hihi).

Z opoznieniem siegajacym 10 dni pojawilam sie na uczelni na moich pierwszych zajeciach w ramach studiow doktoranckich. Profesor "czerwony garnitur" (o ktorym juz kiedys wspomnialam) zaskoczyl mnie nie tylko swoim poczuciem humoru (duzy plus dla niego), ale takze tym, ze nie pojawil sie owym ceglastym, oszpecajacym wdzianku. :-) A ze zajecia okazaly sie wyjatkowo ciekawe, zastanawiam sie, czy nie udzielic panu psorowi pewnego kredytu zaufania. ;-) Co prawda milo sie usmiecha i dobrze mu z oczu patrzy, mam jednak pewne przeczucie, ze za ta przyjemna fasada kryje sie cos podejrzanego. O czym niebawem przekonam sie na wlasnej skorze. Monsieur "czerwony garnitur" zapowiedzial bowiem pierwszy egzamin juz na listopad.

Drugie seminarium - krotki artykul do napisania. Albo wygloszenia przed innymi studentami. Zdecydowanie wole to pierwsze. Oczami wyobrazni ogladam juz te scene, gdy z wypiekami na twarzy i dusza na ramieniu wyglaszam swoje exposé, a zgromadzony w sali francuski ludek poklada sie ze smiechu z mojego polskiego akcentu. Zartuje, rzecz jasna. Znajome "zabki" bardzo lubia ten akcent, choc ja tak usilnie sie staram, zeby moja prononciation nie odbiegala od francuskich standardow. ;-)

Biegne dzis zapisac sie do mojej ulubionej biblioteki uniwersyteckiej na placu Republiki. Swego czasu bywalam tam stalym "gosciem" , niemalze mieszkancem, gdyz niejednokrotnie przesiadywalam w murach tego przybytku cale dnie, od poranka do poznego wieczora. Z owa biblioteka wiaze sie zabawna historia, ktora czesto opowiadam moim znajomym Francuzom. Krotko mowiac, historia pewnej wpadki jezykowej. Mojej, rzecz jasna.

Co jeszcze w planach na dzisiaj? Czynsz zaplacony, zakupy - do zrobienia, poczta - nabyc znaczki na listy, telefon do bruneta z Nicei (z wladzami rozmawialam wczoraj), prefektura - odstac swoje w kolejce po karte pobytu, obiad - do zrobienia (jeszcze nic dzisiaj nie jadlam)... Pas mal de choses... A pogoda dzis nie dopisuje. Az mnie jakis smutek dopada z braku slonecznych promieni. Poczatek weekendu. Czas wypozyczyc ksiazki. Bez nich chyba umre z nudow w niedziele. Nie przewiduje zadnych spotkan, co najwyzej jakis spacer po starowce. Czas na regeneracje sil w domowych pieleszach. :-)

12:28, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 września 2005
Rozstania nadszedł już czas... ;-)

Dwie walizki, plecak i mała torba na ramię. Oto cały mój dobytek. Reszta zostaje w polskim mieszkaniu. U rodziców. W walizkach: pełno materiałów, książek i słowników (a jakże, te ostatnie bardzo się przydadzą), do tego ubrania, buty, różne bibeloty, kosmetyki, a nawet przyprawy (sic!).

Jutro rano kupię w piekarni świeży i ciepły chleb. Zabiorę go ze sobą. Za każdym razem, gdy wyjeżdżam z Polski, tęsknie za naszym chlebem. Nijak mają się do niego bagietki, które już po kilku godzinach twardnieją na kamień, "dmuchane" bułki albo słodkie rogaliki. Polski chleb to prawdziwy skarb. :-)

Jak się okazało, do mojego mieszkanka będę mogła się wprowadzić tuż po przyjeździe, czyli w czwartek rano. To dopiero dobra nowina!

Z innych wieści: w czwartek o szesnastej mam seminarium, na którym muszę się pojawić, bo inaczej będą kłopoty. I dodatkowo - zaległości do nadrobienia, a tego nie lubię już od czasów podstawówki, gdy często chorowałam i opuszczałam lekcje. :-) A potem pożyczałam zeszyty od pewnej koleżanki z bloku, której zeszyty i notatki czynione wiecznym piórem były przedmiotem moich westchnień i cichej zazdrości. Wydawały mi się takie "dorosłe". Moje zeszyty - dodam - były beznadziejne i paskudne, jak mało co. :-)

Z innej beczki: piękny brunet z Nicei złoży mi wizytę na początku grudnia. A jak się wszystko dobrze ułoży, to może nawet ujrzę go jeszcze w październiku. Zapewne w Paryżewie, a może gdzie indziej. On verra. Hejże, życie potrafi być piękne! :-) Gdyby tak jeszcze cofnąć czas i znów spędzić kilka dni sam na sam w górach... Ech, życia by się nieco użyło. Głupio powiedzieć, ale jak takie sierotki się prowadzaliśmy za rączkę, buzi od czasu do czasu sobie dając i miłe słówka prawiąc. Jak para nastolatków... Ech, jak za starych "szczenięcych" lat... ;-)

niedziela, 25 września 2005
Poszukiwana dziupla na ciężkie czasy :-)

Oskarżam!

Warunki, w jakich każe nam się pracować (a w domyśle także - studiować), są po prostu skandaliczne! Przeciążone zajęcia (zbyt wielu studentów w grupie), malutkie sale, zajęcia odwołane w ostatniej chwili, nieustannie zmieniane godziny rozpoczęcia wykładów i ćwiczeń (aż się nie można w tym połapać). A przede wszystkim - nikt nic nie wie i nikt nie jest na bieżąco, nie da się znikąd uzyskać rzetelnej informacji dotyczącej zajęć i egzaminów.

Tyle się mówiło o tym, że reformę LMD przygotowywano na tej uczelni już od dwóch lat. I oto minął pierwszy tydzień zajęć - nic tylko problemy administracyjne i kłopoty dotyczące sal.

A ktoś inny:

Organizacja tego roku akademickiego to kompletne fiasko!

Faktycznie. Coś im nie wyszło. Straszny bałagan, braki w kompetencjach, chaos informacyjny, kolejki, o wielu sprawach człowiek dowiaduje się już po czasie. Tak się przedstawia sytuacja na mojej francuskiej uczelni.

Powyżej przytaczam wpisy wkurzonych i zdenerwowanych studentów znalezione na wewnętrznym forum uniwersyteckim, specjalnie poświęconym reformie LMD (Licence - Master - Doctorat). Aż się roi od malkontentów, co mnie nie dziwi, bo sama padam ofiarą niedoinformowania, a w dodatku mam jeszcze opóźnienie, bo zamiast siedzieć we Francji i pilnie się uczyć, jestem jeszcze w Polsce.

Czasami się zapytuję: jak to możliwe, że w tym kraju wszystko jakoś funkcjonuje, a ludzie mają się dobrze, skoro jest taki bałagan i luki w organizacji? Jak to się dzieje, że kraina żabojadów jeszcze się trzyma, chociaż wszyscy wkoło narzekają i marudzą, chociaż panuje "tumiwisizm" i przekonanie, że "nam się wszystko należy od państwa"? Jak to jest, że w tym kraju wszystko jeszcze działa i jako tako prosperuje? :-)

W przyszłym tygodniu będę świecić oczami przed moimi professeurs... Jednego z nich, nazywanego powszechnie "czerwonym garniturem" (bo nieraz wdziewa na siebie taki ceglastoczerwony mundurek), pamiętam jeszcze z czasów "erazmusowych". Jak on przynudzał! I jeszcze się mnie czepiał, że niby na zajęcia nie chodziłam, a zaliczenie chcę...

Świecić oczami będę, bo - jak już wspomniałam - zajeżdżam do Strasburga z opóźnieniem, w związku z czym nie dość, że mam zaległości do odrobienia, to jeszcze muszę jakoś wytłumaczyć mój późniejszy przyjazd... A jak się panowie i panie uprą (i jeśli niechęć jakową żywią do etrangers), to jeszcze mi nie raz, i nie dwa życie utrudnią na tym moim nowym uniwerku.

Najchętniej bym się w jakiejś dziupli schowała... Nadchodzą ciężkie czasy, ech...

piątek, 23 września 2005
I tak źle, i tak niedobrze

Mój ostatni weekend w Polsce. Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane przyjechać do Pyrlandii tego roku. Że święta Bożego Narodzenia (a zostało przecież jeszcze sporo czasu do grudnia) spędzę w rodzinnym gronie, z najbliższymi, we własnym domu, a nie gdzieś na obczyźnie z przypadkowymi ludźmi. Jak w zeszłym roku...

I tak źle, i tak niedobrze... Niedobrze byłoby zostać w Polsce i męczyć się z mało satysfakcjonującą pracą i wciąż niesamodzielnym życiem (bo z "takimi" zarobkami na własne mieszkanie nie ma co liczyć). Niedobrze jest wyjeżdżać i szukać szczęścia w obcym kraju, być zdanym tylko na siebie i sporadyczną pomoc rodziny. Zastanawiam się, skąd ten lęk. Przecież to nie pierwszy raz. A jednak się boję...

"Władze" też zasmucone, bo znów ich "mała córeczka" wyrusza w wielki świat. Żal mi zostawiać to, co tak bliskie, ale jeszcze większą gorycz czułabym, porzucając własne marzenia, plany na przyszłość. Nie tylko dla siebie to robię. Nie tylko z myślą o sobie.

Czy chciałabym ułożyć swoje życie "tam"? Myślę, że tak. Zostać tam, zakorzenić się, wtopić w nową rzeczywistość, znaleźć nowy dom, założyć nową rodzinę... Coraz częściej o tym myślę, choć moja Pyrlandia pozostanie na zawsze ukochaną przystanią. Tu zresztą mam wszystko, co najważniejsze - swój "mały kąt" i dwoje najbliższych mi w świecie ludzi.

Zaczynam popadać w patos. A to oznacza, że nie mam dziś nic więcej interesującego do powiedzenia. I że powtarzam to, co już nieraz mówiłam.

Jutro zaczynam pakować bagaże. Wielkie bagaże - dodam. Jak jakiś uchodźca. Emigrant. Wieczny tułacz. Ech... Głupoty gadam, że aż strach...

czwartek, 22 września 2005
Monsieur Bambo

Monsieur Bouna

Wielki wróż i medium

Płatność - dopiero gdy są efekty

Rezultat gwarantowany po 3 dniach

Monsieur Bambo znany jest z tego, że potrafi znaleźć rozwiązanie dla wszystkich twoich problemów, nawet w najbardziej beznadziejnych przypadkach. Miłość, pomyślność, rzucony urok, seksualna niemoc, wierność między kobietą a mężczyzną, nieznana choroba... Jeśli chcesz, by ktoś cię pokochał albo gdy opuściła cię twoja sympatia...

Skuteczna i szybka terapia

Nie wahaj się skontaktować ze mną - spotkanie na żądanie (8.00-21.00)

;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-) ;-)

Może ktoś chciałby telefon do Monsieur Bambo? Chętnie służę. Jakiś czas temu na ulicy pewien postawny Murzyn wręczył mi żółtą ulotkę. Może to był sam Monsieur Bambo? Nie wiadomo... Jak komuś trzeba porady, walić jak w dym do Bambo.

Monsieur Bambo ma liczną konkurencję w osobach różnej maści Profesorów, Wróżek i Magów. Wszyscy ogłaszają się w gazecie z bezpłatnymi anonsami. Zabawna lektura...

21:02, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
Autumnus...

Choć pogoda dziś dopisała, choć zaświeciło słońce, choć niejedna matka ze swym potomstwem i niejedna staruszka wyległy tłumnie na ławki w pobliskim parku, to jednak wieczory już chłodne. I coraz wcześniej zapada mrok. To już jesień. Tak mi szkoda lata...

Dopada mnie powoli wrześniowo-październikowa melancholia. Zbliża się pora jesiennych spacerów po parku, szelestu opadłych liści pod stopami i wyłuskiwania kasztanów z kolczastej łupinki. Ostatnie promyki słońca, ostatnie ciepłe dni, mgła o poranku i babie lato. A może to już za późno na babie lato? Tracę rozeznanie.

Dużo deszczowego chlupotu i powiewy zimnego wietrzyska. Ciepły sweter, długi szal, wieczorna lektura przy lampce, z kubkiem gorącej herbaty w ręku i słodkim ciastkiem na talerzyku.

Przeszywający chłód, gdy czeka się na przystanku na najbliższy autobus. Ulice, co pustoszeją tuż o zmroku.

Zapach jesiennych chłodów, zimowych przymrozków. To się czuje w powietrzu, czyż nie?

I jeszcze wrony - co niczym czarownice zlatują całą chmarą na skwery, place i do parków...

Jesień... jesień... gdzieżeś ty?

las jesienia

20:09, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (1) »
Jesienne nastroje

Mrok, jak kosmaty pies. Patrz wrzesień już, czas rozpalić piec.
Posmutniało w ogrodzie i nagle postarzało się. Miałeś przecież być?
Autobus twój szedł. Wiem jest już późno.
Wróć w lampy ciepły krąg. Do szafy płaszcz. Jabłkami pachnie dom.
Przemoczony poeto siądź, skończ ten swój niezwykły wiersz.
Pusta kartka i tylko znów ogarek świecy.
Dla ciebie dziś kupiłam ten zielony szal.
Ostatnie jabłka z drzew postrącał wiatr, a miałeś zerwać.
Zbyt mało ciebie mam. Kilka mądrych zdań, to wszystko.

("Czas rozpalić piec", A.M. Jopek)

dfrg

(zdjęcie: Bruno Deshayes)

20:09, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
Wyspa
Być może jest taka wyspa na jakimś oceanie
Która ma jedną przystań i jeden jacht w tej przystani
I wody jednej rzeki przecinają ją w poprzek .
I jeden strażnik rekin pilnuje wyspy dobrze .

I pojedyńczo się łamią o skałę samotne fale
I jeden czarny namiot stoi na owej skale
Nad palmą jedną jedyną błyszczy jedyna gwiazda
A gdy tam chce się dopłynąć jest tylko jedna jazda

Gdyż jeden jest kierunek i jeden mały bilet
Więc po swój biedny pakunek niebawem się pochylę
I opuszczę swą izbę bez słów i bez powrotów
By popłynąć na wyspę do czarnego namiotu

I będzie coraz ciemniej, ciepło, smutno i mglisto
Psy kiedy wyją w pełnię też tęsknią za tą wyspą

("Wyspa", A. Waligórski)
20:09, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2005
Spaghetti, ciasnota i "fajne klimaty"

Czy kiedyś, za dawnych czasów, gdy jeszcze nie śniło mi się studiowanie, gdy jedynym znanym lokum był mój własny pokój w rodzicielskim mieszkanku, przyszłoby mi do głowy, że oto nie tylko będę pomieszkiwać "na waleta" w akademiku razem z kumplem i jego młodziutką dziewczyną, ale że sama dołączę do grona mieszkańców tzw. domów studenckich?

Kiedy jeszcze studiowałam w Pyrlandii, obiektem mych westchnień był właśnie akademik. Jakże zazdrościłam koleżankom z roku takiej samodzielności, niezależności, prawdziwie studenckiego życia "na kupie"! Kto nie mieszkał w akademiku, ten nie wie, co to studia! Tak właśnie sobie myślałam w owych czasach.

Marzenie sprzed lat udało się w końcu zrealizować przy okazji pierwszej prawdziwej przygody z Francją (bo przecież pobyt turystyczny, choćby wypełniony po brzegi atrakcjami, to jednak nie to samo). Obskurny akademik, maleńki pokój z umywalką, maciupkimi szafkami, skrzypiącym łóżkiem, biurkiem i szarym linoleum na podłodze. Za to z dużym oknem, nasłoneczniony w ciągu dnia. Takie oto było moje pierwsze "własne" lokum. Dobre układy z sąsiadami (poza jednym "playboyem" z Dżibuti, który mieszkał nade mną i skutecznie utrudniał mi nocny wypoczynek swoim hulaszczym i głośnym trybem życia, hihi). Mieszkańcy - głównie z Afryki i Azji. I ubogie "Erazmusy" z różnych części świata. Oj, bywało wesoło... I kolorowo.

"Waletowanie" - na porządku dziennym. I mnie to w końcu spotkało. Dwa razy. Uczynny kolega udostępnił mi swój mały pokoik. Kolega był tak miły i grzeczny, że przez myśl mu nie przeszło, by mnie nagabywać i napastować. Niebywałe, zważywszy na jego nację. :-) Niesamowite. Mężczyzna, który umie trzymać ręce przy sobie. Jeszcze tacy chodzą po świecie? ;-)

We wrześniu, dzięki uprzejmości owego kolegi (i jego dziewczyny, która nie tylko tolerowała moją obecność, ale jeszcze się cieszyła, że przyjechałam), dane mi było ze spokojem szukać mieszkanka w Strasburgu. A że pokoik malutki i w dodatku zapchany wieloma gratami? No cóż, taki urok studenckiego życia.

Obiadki i kolacje - nieodłączne spaghetti z bardzo specyficznym sosem, przygotowane przez utalentowanego kulinarnie kolegę. A jak nie spaghetti, to odmrażana pizza, kupowana niemal hurtem w pobliskim "dyskoncie". I ten studencki bałagan. Mnóstwo ludzi przewijających się w ciągu dnia przez pokój, starzy i nowi znajomi, sąsiedzi etc. Noce - ja na łóżku, kumpel i jego dziewczyna - na materacu na podłodze. Za nic w świecie nie dali się przekonać, że mnie na podłodze będzie wygodnie. Dostałam łóżko dla siebie i spałam jak księżniczka.  

Koniec końców - CROUS "podarował" mi pokój w akademiku. I gdyby nie fakt, że co dopiero wynajęłam moje malutkie mieszkanko, to pewnie czekałabym na ostateczną decyzję, w którym cite universitaire wyląduję na najbliższe 9-10 miesięcy. Trochę mi żal, bo nie ma to jak życie w akademiku ze wszystkimi jego wadami i zaletami... Wybrałam wygodę i spokój, choć z całą pewnością będę częstym gościem w studenckich "miasteczkach". Coś mnie jednak ciągnie do tamtejszych klimatów, do tej beztroskiej i zabawowej ambiance...

Tym razem to mnie przypadnie organizacja "parapetówy". Hej, tym razem u mnie! Czy ktoś w ogóle do mnie wpadnie w odwiedziny na te "huby moraskie"?*

* "Huby Moraskie" - pamiętam taką tycią uliczkę (sic!) w szczerym polu na Morasku, gdzie jako nastolatka jeździłam zbierać truskawki. Jedno z moich pierwszych płatnych zajęć. Teraz "hubami moraskimi" nazywam wszystko to, gdzie trzeba daleko jechać, np. na drugi koniec miasta, na przedmieścia, w mało zaludnione okolice. Do mnie, co prawda, bardzo daleko nie będzie, ale dla tych, którzy przyzwyczaili się żyć w ścisłym centrum, moja dzielnica to już "głęboka prowincja". ;-)

 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka