La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
środa, 29 sierpnia 2007
Zjadl swoj koszyk i tyle go widzieli

J’ouvre la porte et qui vois-je sur le paillasson ? Althusser. Il ne portait pas encore son nom de philosophe mais il devait avoir déjà eu beaucoup d’ennuis : un chat perdu, venu se réfugier là. Affamé. Je lui ai donné à manger et je lui ai dit : « Maintenant tu t’en vas ! » Il ne partait pas. Je l’ai fait rentrer.
C'était un chat remarquablement intelligent mais diabolique, il déchirait tout, il cassait tout. Je le mettais dans la cuisine, il mangeait de la paille des chaises, il mangeait les éponges à la vaisselle, il sautait sur les rideaux. C'était l’enfer. Impossible ! Je ne voulais pas le garder. Je l’ai dit à mon mari qui m’a dit : « On va le remettre dans le jardin de l’immeuble. Il y était avant de grimper ici. Il est sûrement du quartier de la porte de Versailles. » Mon mari prend Althusser et le descend dans le jardin. Il remonte. Il a toujours Althusser dans les bras ! Il me dit : « Cela n’a pas été possible. Je n’ai pas pu. Une fois dehors, il a mis ses pattes autour de mon cou, je n’ai pas eu le courage de le laisser. » Je lui dis : « Écoute, tu vas voir, moi, je vais le faire. » Je prends le chat, je descends avec lui, il met les pattes autour de mon cou, il se serre contre moi. Et je remonte avec Althusser.
Que faire ?
Un ami étudiant avait envie d’un chat. Je lui ai dit : « Vous savez, Althusser, il n’est pas du tout facile, c’est un chat comme ci… » Il m’a dit : « Moi, ça m’est égal, j’aime les chats intelligents qui ont une personnalité. » Je lui ai donné Althusser, sa caisse, son panier, tout. Et je suis partie en vacances.
L'étudiant téléphone un jour à ma mère : « Est-ce que je peux rapporter le chat ? Je ne peux plus dormir, il me saute sur la tête, il se fait les griffes dans mes cheveux. » Ma mère lui a dit : « La nuit, mettez-le dans son panier et fermez le couvercle. » Le lendemain, il téléphone à ma mère : « J’ai fait ce que vous m’avez dit. J’ai enfermé Althusser dans son panier. Il a mangé son panier et il est sorti. »
L'étudiant partait aussi en vacances. Il a pris le chat. Il allait chez des amis qui avaient un château. Quand Althusser a vu ça, il s’en est trouvé très heureux. Depuis, il est resté dans le château, y menant une vie normale. Althusser devait être un chat ambitieux. Il a trouvé qu’ici, c'était bourgeois, mais pas assez bien. Il préférait l’aristocratie.

(cytat z ksiazki "Chat plume", Marcel Bisiaux, Catherine Jajolet; s. 312 - wspomnienia pisarki Suzanne Prou)


12:08, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 sierpnia 2007
O fioletowej pyrze prosto z Francji

Glowna bohaterka dzisiejszej notki jest... pyra. Ziemniak lub kartofel, jak kto woli. Solanum tuberosum. Une pomme de terre.

Mialo byc o fioletowych pyrach? Voilà, oto pyra zwana "po francuskiemu" une pomme de terre vitelotte. Albo po prostu une pomme de terre mauve.



Dla wielbicieli fioletowej pyry: rownie fioletowe chipsy.



Blue Chips est obtenue à partir de la Vitelotte, une ancienne variété de pomme de terre originaire du Pérou à la chair et à la peau sombres, noire-violacées. Sa saveur, proche de la chataigne, gagne en intensité lors de la cuisson à l’huile d’arachide. Sa chair, très ferme, est idéalement adaptée à la recette des chips et offre un croquant exceptionnel.



La Vitelotte noire, "Négresse du Poitou", "Truffe de Chine" ou encore "Truffe bleue" se cultive en particulier en Picardie, mais est originaire du Pérou. Idéalement cuisinée : en frites ou en chips. Se distinguant par un croquant exceptionnel, un petit goût croustillant de noisette et de châtaigne, ce vieux tubercule est à découvrir !

http://www.cooking2000.com/fr/dossier/pommes-de-terre-touquet-savour-vitelotte.htm




A tu jej kolezanki:

La pomme de terre
Bleue d'Auvergne
de Touquet Savour




http://www.cooking2000.com/fr/dossier/pommes-de-terre-touquet-savour-bleue-auv.htm

La pomme de terre
Corne de Gatte
de Touquet Savour




http://www.cooking2000.com/fr/dossier/pommes-de-terre-touquet-savour-corne-gatte.htm

Dla chetnych: zadanie domowe.
Przyrzadzic fioletowe chipsy. ;-)

http://gloubiblog.canalblog.com/archives/2006/11/05/3087031.html


poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Kafelkowy dom

Maison de la Faïence - Musée de la Céramique
DESVRES

Muzeum ceramiki

Muzeum w Desvres

Dom glazurnika? ;-) Nie, muzeum ceramiki.






Cos dla milosnikow drogocennych i kruchych "skorup" (czyli m.in. dla mnie):

Kolekcja XVIII-wiecznych porcelanowych talerzy...



Kafle...





Lampy...



Wazy i wazony...





Bretonskie figurki...



Accès :

- 20 km de Boulogne-sur-Mer

- Autoroute A16 Sortie Desvres

- Autoroute A1 Sortie Lumbres

Maison de la Faïence - Musée de la Céramique

Rue Jean Macé

BP 107

62 240 DESVRES

W muzeum jeszcze nie bylam. Zdjecia znalazlam na stronie internetowej muzeum w Desvres. Bogata kolekcje porcelany posiada tez Palais des Beaux Arts w Lille.





wtorek, 07 sierpnia 2007
Fioletowe pyry, 80 centow i zandarm (nie) na wakacjach

Jak pech, to pech. A bylo juz tak ladnie, tak cieplo, tak slonecznie... Od paru godzin z nieba leja sie strugi wody, Alpy spowija gesta mgla, a do tego zrobilo sie zimno, az dretwieja mi palce rak i nog. Siedze w tutejszej knajpce, gdzie kazdy zna kazdego, pije bursztynowy napoj zwany piwem i zastanawiam sie, jak dlugo potrwa taka pogoda pod psem.

Wczoraj rano wybralam sie stopem do Grenoble, po czym utknelam gdzies na przedmiesciach miasta, w Gieres, gdzie zorientowalam sie, ze nie moge wyplacic pieniedzy z konta (opozniony przelew, a wszystkie oszczednosci na odrebnym koncie), a w kieszeni mam jakies 80 centow. Cale szczescie, ze udalo mi sie zaplacic karta za bilet tramwajowy do centrum Grenoble i bilet powrotny na autobus do Bourg d'Oisans, ale i tak caly dzien spedzilam ze swiadomoscia, ze oto nie mam przy sobie ani grosza. Poza owymi 80 centami, za ktore - jak wiadomo - nie mozna nabyc nawet bagietki. Telefon do serwisu dla klientow mojego banku niczego nie zalatwil, gdyz moj bank jest zamkniety w poniedzialki (za to dziala w soboty). Ow bank to Societe Generale, ktorego klientka jestem juz od ponad dwoch lat. Do tej pory jeszcze nie wycieli mi zadnego numeru, a tu prosze - wlasnie wtedy, gdy jestem w jakiejs zapadlej dziurze, z dala od domu, nie moge wyplacic wlasnych pieniedzy z wlasnego konta!

Z Bourg d'Oisans do mojej dziury dojechalam stopem. I gdy tak tkwilam na poboczu, machajac reka, czulam sie jak (nie przymierzajac) "tirowka" pomimo ekwipunku godnego turystki, z plecakiem i w stroju nie pasujacym do miana frywolnego. Mialam jednak szczescie: po kilku minutach zatrzymal sie samochod na miejscowych rejestracjach, ktorego wlasciciel podwiozl mnie kilka kilometrow az do zjazdu do Allemont. Dziesiec minut pozniej zatrzymal sie kolejny wehikul i tym oto sposobem dotarlam bez problemow na sama gore, do mojej wioseczki. Z moich obserwacji wynika, ze autostopowiczow zabieraja prawie wylacznie miejscowi, z malym wyjatkiem: z gory na dol zawozili mnie w wiekszosci turysci (a raczej turysci posiadajacy w okolicach domy), a z dolu do gory - tubylcy. Przyznam szczerze, ze na nowo odkrywam uroki autostopu i choc jezdze calkiem sama, sprawia mi to niemala przyjemnosc.

Zdazylam juz nieco poprawic moja biala karnacje, spedzajac kilka seansow na balkonowym lezaku. W niedziele w wioseczce odbyl sie festyn zwany Fete de la Patate, czyli po naszemu "Swieto Ziemniaka". Impreza trwala prawie do bialego rana. Prawie, bo do drugiej w nocy. Trzeba przyznac, ze tutejsze pyry sa calkiem, calkiem... male, w fioletowej skorce (une pomme de terre mauve), inne w smaku od znanej mi wielkopolskiej pyry. Mozna nawet kupic fioletowe chipsy sporzadzone wlasnie z tej odmiany ziemniaka. :-)




I to by bylo na tyle. Dalszy ciag historii kiedy indziej. Dodam tylko, ze uzeram sie z obecnym pracodawca: zawiadomilam inspekcje pracy, a jutro jade na posterunek zandarmerii, zeby zlozyc doniesienie. Do tej pory nie mialam niemilych doswiadczen w tej materii, ale - jak widac - kiedys trzeba zaczac. W kazdym razie bedzie to moj pierwszy kontakt z francuska policja, o przepraszam - z zandarmeria. Dwa dni temu zadzwonilam na tutejszy posterunek i nie wiedziec czemu "wyjechalam" z zapytaniem godnym najprawdziwszej blondynki:
- Przepraszam, czy to komisariat policji w X?
- Nie, tu brygada zandarmerii w X. Tu nie ma policji, prosze pani, tu jest zandarmeria.
- Acha...

No, to lece do siebie, bo juz mi burczy w brzuchu. Oby pogoda poprawila sie na lepsze do jutra...

19:13, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka