La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
poniedziałek, 29 sierpnia 2005
Przedwyjazdowa "trzęsionka"

Wszystkim moim Czytelnikom (ach, jakiż to bombastyczny frazes) mówię grzecznie: "Do widzenia!" Ostatnie godziny we własnym kraju. A już od jutra - tułaczka i poniewierka. Ech...

W dodatku nachodzą mnie jakieś irracjonalne obawy, że w związku z przejściowymi trudnościami finansowymi (historia z pewnym francuskim bankiem) zostanę zatrzymana na granicy polsko-niemieckiej. I jak niepyszna będę musiała wracać do domu, albo i nie (w najgorszym wypadku). Po przyjeździe do krainy żabojadów wybieram się do owego banku złożyć wyjaśnienia (jejku, to będzie co najmniej jak spotkanie z komisją śledczą) i kto wie - jeśli nawet celnicy łaskawie puszczą mnie do Francji - to może się okazać, że police nationale francaise nie będzie już dla mnie tak łaskawa.... Mamusiu! Po co ja tam jadę! Prosto w paszczę lwa!

Tak tu sobie żartuję, bo w końcu nie chodzi o jakieś przestępstwo ani defraudację (he, he), tylko o wyjaśnienie pewnych zaległości płatniczych (debet na koncie), a jednak cała się trzęsę na samą myśl o tym, co mogłoby mnie spotkać...

Jeśli jutro zdam relację już ze Strasburga, będzie to oznaczało, że przeżyłam przejazd przez granicę i nie jestem jeszcze szukana przez Interpol. ;-)

To by było na tyle. Doooo wiiiiidzeeeeeeeeniaaaaaaaaaaaaa!

19:42, reine_marguerite
Link Komentarze (4) »
niedziela, 28 sierpnia 2005
Wyruszając na Przyprawę...

Bardzo Ważne Zasady:

Wybierając się na Przyprawę, nie zapomnij zabrać ze sobą Prowiantów. Albo chociaż czegoś do jedzenia.

Skoro tylko przekonasz się, że zanosi się na daleką Wyprawę, zetrzyj resztkę miodu z nosa i otrzep się starannie, żeby wyglądać jak ktoś Przygotowany na Wszystko.

Organizując Przyprawę, by odkryć Biegun Północny, sprawdź, czy ktoś spośród twoich towarzyszy wie w ogóle, jak taki Biegun Północny wygląda. (Bo o tym, że Sterczy, dobrze wiedzą wszyscy).

Jest doprawdy rzeczą niestosowną wprosić się na Przyprawę. Skoro jednak już się wprosiło, należy pamiętać o zabraniu Prowiantów - i starać się nie wchodzić innym w paradę.

Bonus od Kapuhego.

Jest jedna rzecz gorsza od bycia Szarym Końcem Przyprawy: bycie Szarym Końcem Przyprawy, za którym ciągnie się półtora tuzina krewnych-i-znajomych, których trzeba uprzątnąć za każdym razem, kiedy zechce się usiąść, żeby trochę wypocząć. W takim przypadku to nie jest żadna Przyprawa, tylko wielki Bałagan.

Voilà. Kilka cennych (i celnych) uwag z Puchatkowego poradnika. Do zapamiętania!

17:08, reine_marguerite , Innusie
Link Dodaj komentarz »
Ostatni dzionek na polskiej ziemi ;-)

Kilka słów na niedzielę. Zmagam się z pakowaniem plecaka (od dwóch dni, ha!), upychaniem wszelkich potrzebnych i niepotrzebnych klamotów. Sterta ciuchów na łóżku, kosmetyki, dokumenty, teczki z niezbędnymi papierami, aparat fotograficzny, buty i buciki i inne utensylia... Śpiwór i karimata, a nawet stara menażka. Przygotowania jak do wyprawy na biegun...

Denerwuję się i wściekam o byle co. Zła jestem na siebie za tę "wściekliznę", która się udziela Bogu ducha winnej rodzinie... A oni przecież tacy kochani, tacy pomocni, gotowi na wszystko. Zastanawiam się, skąd Madre i Padre mają tyle cierpliwości do moich dąsów, wyskoków i humorów... Chyba czas najwyższy, by odpoczęli od swej wybuchowej pociechy i jej niespodzianek.

Przed każdym wyjazdem dopadają mnie przeróżne wątpliwości. Mieszanina obaw, ale i zniecierpliwienia, radości z rychłej podróży. Lęk, aby co złego nie spotkało mnie w drodze... I sam moment odjazdu, który przyprawia mnie o niewielki skurcz serca, dziwne ściskanie w żołądku... To mija, ale bywa uciążliwe. Nie lubię pożegnań. Nie lubię zostawiać moich bliskich, martwię się o nich bardziej niż o samą siebie. Powtarzam sobie wówczas, że są to najbliższe mi osoby, bez których nie potrafię sobie wyobrazić codzienności... Mam w sobie jeszcze dużo z dziecka...

Starym zwyczajem zostawiłam sobie na ostatnią chwilę dwie wizyty u dwóch różnych lekarzy w dwóch różnych punktach miasta. Przede mną jeszcze zakupy w którymś z hipermarketów (na samą myśl o tym dostaję gęsiej skórki). Przygotowanie prowiantu, czyli tzw. wałówki. Małe co nieco na drogę. I myśl o tym, co by tu na siebie wdziać na samą podroż, aby się nie przegrzać, ale i nie zmarznąć, jakie buty założyć (takie, które łatwo zdjąć, a jednocześnie nie klapki), czy lepszy sweter czy może kurtka.

Wyjazd -  jutro przed dziesiątą wieczorem. Cel: niemieckie Karlsruhe, stamtąd pociągiem do stolicy Alzacji. Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, będę tam około trzeciej lub czwartej po południu. Kilka dni w moim ukochanym nadreńskim mieście, jeden - w Nancy.

W notesie - wszystkie potrzebne adresy i numery telefonów. Dni zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, tak aby nie stracić czasu na bzdury. Będę m.in. szukać niedrogiego mieszkania. Czarno to widzę... I jeszcze wizyty w urzędach, biurach i innych ważnych przybytkach. Pracowity tydzień przede mną. Sama za siebie trzymam kciuki.

Jeśli się uda, na bieżąco relacjonować będę moje zmagania z l'administration française. I moje górskie przygody z pięknym brunetem w roli amanta. Jeszcze się nie żegnam, to jeszcze nie ostatnie słowo... ;-) A demain! Ciao!

16:50, reine_marguerite
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 sierpnia 2005
Dla porównania

Jeszcze o francuskich absurdach. Jak dla mnie - temat-rzeka.

1. Absurd pierwszy:

Droga Formo Przetrwalnikowa, w swoim komentarzu do jednego z moich wpisów wspomniałaś o tym, że starałaś się swego czasu o pracę w Lille. Dołączam i ja do tego "elitarnego klubu". Swego czasu postanowiłam złożyć podanie o studia doktoranckie na tamtejszym uniwersytecie im. de Gaulle'a. Odpowiedzi nie dostałam do dzisiaj. I pewnie już się nie doczekam. Bardzo możliwe, że jakiś liścik przybłąka się w okolicach września... Jak to wszystko wspaniale funkcjonuje!

W Strasburgu pani z biura ds. rekrutacji tłumaczyła się wielokrotnie na uczelnianym forum (w internecie), że jej zespół ma do rozpatrzenia ponad dwa i pół tysiąca podań. A tego nie da się zrobić w tydzień lub dwa... Skutkiem czego co niektórzy nieszczęśnicy do dzisiaj czekają na jakikolwiek odzew ze strony ww. biura, śląc dramatyczne apele pod hasłem: "Czy są tu jeszcze jacyś studenci, którzy - podobnie jak ja - jeszcze nie wiedzą, czy zostali przyjęci? Niedługo początek roku akademickiego. Co mam robić?"

Zastanawiam się, jak to jest. Dla przykładu - mój dawny UAM, uczelnia o pokaźnej liczbie studentów, radzi sobie całkiem sprawie z rekrutacją i informowaniem kandydatów o rezultatach owego concours d'entrée. "Za moich czasów" od pierwszego egzaminu do oficjalnego ogłoszenia wyników upłynęły może trzy tygodnie, góra miesiąc.

A w mojej lubej Francji egzaminów wstępnych jako takich nie ma. Z małymi wyjątkami. Tylko podania i dossier do rozpatrzenia przez władze wydziału. Czy to naprawdę niemożliwe, by dobrze wszystko zaplanować i zorganizować?

Oj, bo zacznę węszyć jakąś teorię spiskową...

21:34, reine_marguerite
Link Dodaj komentarz »
Kilka uwag o pakowaniu

Padre schował gdzieś w piwnicznych czeluściach i zakamarkach mój śpiwór i karimatę. Mam tylko nadzieję, że ojczulek włożył je do kartonu, a nie upchnął gdzieś luzem. Jeśli to drugie, to już niechybnie mój "wór do spania" stał się lokum dla różnych insektów, a kto wie - może i dla myszy. Jeśli w ogóle takowe żyją w naszej piwnicy.

Jutro początek wielkiego pakowania. Lubię tę chwilę - plecak ściągnięty z wyżyn szafy, ułożone na łóżku ubrania i kosmetyki zapakowane do szaszetki, przewodniki i mapy, aparat fotograficzny, dokumenty (zwłaszcza paszport), środek odstraszający komary, plastry na otarcia i odciski i całe mnóstwo innych bibelotów. Mniej lub bardziej potrzebnych do szczęścia... Plecak znów mało nie pęknie w szwach - ciężko i niewygodnie będzie go dźwigać podczas marszu po górskich szlakach... Ale co tam, taki to właśnie urok wędrowania.

"Komitet pożegnalny" na dworcu. Uściski i całusy, jak przed każdą większą podróżą. Kilka przestróg i porad wygłoszonych ustami Madre, słowa otuchy od Padre... i wreszcie odjazd. Dziwny lęk i żal, co ściskają serce. A jednocześnie sama jazda w nieznane (albo i nawet "znane"), która cieszy, bo oto znów jest się w swoim żywiole. W drodze. Między jednym a drugim punktem. Byle do celu.

Tyle już razy odgrywały się podobne sceny. Tak wiele było pożegnań, a nawet łez. Tak wiele ciepłych i serdecznych powitań...

Niepokój, gdy oto po raz pierwszy wysiada się na dworcu lub lotnisku w środku wielkiego (lub wprost przeciwnie - niedużego miasta), gdzie wszystko jest obce i jakby z innego świata. Krótka chwila zagubienia, przemijające szybko poczucie samotności... Jakoś trzeba sobie radzić w "dżungli".

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie... A jednak nie ma mowy o tym, by powiedzieć: "nie, nie wyjeżdżam, zostaję w domu". Coś w tym musi być, czyż nie?

21:19, reine_marguerite
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2005
Czy mogę wiedzieć, co o mnie piszesz? ;-)
23:24, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
Ja z moim życiem...

"Ja z moim życiem... Gdyby usunąć z dziennika Gide'a biżuterię nazwisk znakomitych, wątpię aby miał wielu nabywców... Gdzież są moje spotkania z d'Annunziem, albo rozmowy z Claudelem, ja widywałem się w kawiarni Rex z moim przyjacielem Eislerem, z którego miałem dochód bijąc go w szachy. Moje życie szare... Moje życie ukryte było niedociągnięte, nie miało ostrości, barwy, którymi tryskają pamiętniki autentycznych wlóczęgów. Musiałbym nadrabiać, sztukować. Czym tedy nafaszerować ten dziennik? Intelektualnymi smakołykami w rodzaju, dajmy na to, paraleli między św. Janem od Krzyża a Erazmem z Rotterdamu? Nie, to nie moja specjalność. Żeby chociaż to mogło być nihilistyczne, apokaliptyczne, albo polityczne... Ale nic. Pusty sklepik. "

"Niczego nie lękam się bardziej, jako pisarz. Naiwna, prostolinijna szczerość w literaturze jest do niczego. I oto znów jedna z dynamicznych antynomii sztuki: im bardziej jest się sztucznym, tym bardziej można być szczerym, sztuczność pozwala artyście na zbliżenie się do prawd wstydliwych. A co do Dziennika... Dziennik "szczery" to właśnie dziennik skłamany, ponieważ szczerość nie jest z tego świata. I przecież szczerość to nudziarstwo. To nieefektowne! (...) Pisałem na wariata. Nie miałem nic do stracenia. Mogłem wypisywać, co mi się zachciało, bo nikt się tym nie przejmował. (...) Byłem niczym, więc mogłem pozwolić sobie na wszystko."

(Witold Gombrowicz, Dziennik)

23:23, reine_marguerite , Cytatnik
Link Komentarze (5) »
Niusów część trzecia

3. Nius trzeci:

Mam ochotę wysadzić się jako kamikadze w pewnej instytucji. Francuskiej, rzecz jasna. Jej urzędnicy doprowadzają mnie do białej gorączki. Prowokują niedołęstwem umysłowym, nieżyczliwością i skrajnym "olewactwem". "Jesteśmy blisko was, studentów. Zawsze otwarci na wasze potrzeby, służymy radą i pomocą. Nic o was bez was".... Nie mam tu na myśli uczelni...

"Derekcja" owej instytucji otrzyma niedługo mój list. Bez pogróżek i ukrytej bomby w środku. Za to ja niewątpliwie eksploduję ze złości, obserwując ich niecne poczynania. ;-) Daję im tydzień na odpowiedź i uznanie moich roszczeń. Jest jeszcze czas, żebyśmy mogli się dogadać "po dobroci"... ;-)

PS. Jeszcze jeden idiotyczny mail autorstwa pewnej pani, zatrudnionej w "komórce" dla studentów zza miedzy, i nie zdzierżę...

PS.2 Proszę potraktować powyższy tekst z przymrużeniem oka... ;-) O, właśnie tak.

13:30, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
Niusy i fusy

2. Nius drugi:

Pewna osoba (Francuz, dodajmy), w swej uprzejmości i łaskawości, a także w przypływie dobrego humoru, zgodziła się podpisać różne papiery, by ułatwić mi dokonywanie manewrów w dżungli przepisów i zasad tak kochanych przez tamtejszą biurokrację.

Francuz powiadomił mnie o zaistniałych opóźnieniach. Powód: ów pan (z zawodu szanowany lekarz psychiatra) nie mógł odnaleźć we własnym domu żadnego dokumentu tożsamości (dodam: potrzebna jest kopia tegoż dokumentu, jako załącznik do pozostałych papierów). Ani dowodu, ani paszportu, ani prawa jazdy. Nic a nic. Przepadły jak kamień w wodę.

A czas leci. Papiery trzeba pokserować i wysłać na uczelnię. A pan doktor szuka dokumentów. Ciekawe, czy już je znalazł. Podobno jutro będzie już po wszystkim. Doktorek znajdzie swoje "dowody tożsamości" (a przy okazji pewnie jeszcze inne zguby), a papiery powędrują pocztą do dziekanatu i CROUS-a... Uff... Doprawdy, życie nie jest łatwe, oj, nie...

Panie doktorze, gdyby pacjenci się dowiedzieli... Ech...

PS. Ale i tak bardzo pana lubię! Merci mille fois!

Garstka niusów - cz. I

1. Nius pierwszy:

Udało mi się, po kilku tygodniach bezowocnego wiszenia na telefonie, dodzwonić do biura (czegoś w rodzaju dziekanatu) na uniwersytecie w N. Uczelnia ożyła po sezonie ogórkowym. Nareszcie.

Uczelnie we Francji lubią absurdalne przepisy. Jak choćby ten: student obcokrajowiec, który - po wielu perypetiach - otrzymał zgodę na tzw. immatrykulację, potrzebuje pewnego numeru (I.N.E.), z pomocą którego może dokonać zapisów na studia drogą internetową. Numer ten, przyznawany każdemu nowemu żakowi, pozostaje jednak nieznany do momentu, w którym ów student (choćby nawet mieszkał na drugim końcu świata) nie pojawi się osobiście na uczelni. Co tam! Mały pikuś... Grubo ponad tysiąc kilometrów - milutka podróż do okienka po numerek.

Gdyby się uprzeć i narobić rabanu u dziekana, można byłoby ów numer otrzymać listem albo pocztą elektroniczną. Mało kto jednak to robi, bo namiary na tzw. władze owiane są głęboką tajemnicą. Władzom nie należy przeszkadzać. "Nie karmić i nie drażnić".

Gdyby nie fakt, że i tak wybieram się za tydzień do Francji (także w celach rozrywkowo-rekreacyjnych), to stanęłabym wobec niemałego dylematu: rzucać wszystko, wysupłać oszczędności i ruszyć do owego francuskiego miasta po ów nieszczęsny numer, czy też do skutku użerać się z administracją w nadziei, że ktoś się ulituje i podaruje tajemniczy "kod dostępu".

Moje kochane żabojady... Potrzeba tęgiej głowy, by wymyślić podobny "tor z przeszkodami" dla żądnych nauki (i nie tylko) studenciaków z zagranicy... "Oczywiście, jesteśmy otwarci i tolerancyjni i bardzo lubimy obcokrajowców, ale zrobimy wszystko, żeby was zniechęcić do przyjazdu do naszego pięknego kraju, miodem i mlekiem płynącego. Dla tych, którzy nie chcą mimo wszystko zostawać w swej ojczyźnie, stworzyliśmy specjalny program "Do kariery przez bariery". Miłej zabawy! Do zobaczenia na mecie!"

12:57, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka