La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
poniedziałek, 31 lipca 2006
Ludzie listy pisza

Wycinki z mojej i Tatkowej korespondencji. Pol zartem, pol serio...

To ja:

Mialam nosa, ze wyjechalam z tego kraju. Ja kaczora za prezydenta nigdy nie uznam i nigdy nie popre jego chorych i poronionych pomyslow. A Romana i chamoobrone zostawiam bez komentarza.

A na to Papa:

Margot, takie wyznanie z Twoich ust (nigdy nie uznam tego prezydenta) brzmi jak bunt. Toż to prawie jak rokosz. A przynajmniej jak obywatelskie nieposłuszeństwo. Teraz widzę, że Twój wyjazd do Francji miał charakter polityczny. Jesteś, Margot, właściwie polityczną emigrantką. Jesteś zapiekła jak wroga Polsce Ludowej emigracja londyńska. Widzę, ze przesiąkłaś duchem internacjonalistycznej propagandy i gombrowiczowskiego nihilizmu. Mam nadzieję, że nie wyrzekłaś się zapyziałej rodzinki.

Z ojcowskim błogosławieństwem

Tata

PS. Z ostatniej chwili - Tatko donosi : Osa ukąsiła Micha w tyłek, ale nic sie nie stało, a mama zgniotła druga swoim pośladkiem tak skutecznie, ze nic sie jej nie stało.

Domyslilam sie, ze to mamma wyszla calo z tego miedzygatunkowego pojedynku, a nie osa. ;-)

16:03, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (2) »
Nadciaga nowe?

Pewne zmiany w programie szykuja sie na wrzesien. Zamierzam bowiem oderwac sie od glowkowania, ksiazek i aktywnosci umyslowej, a zamiast tego - rzucic sie - niczym prawdziwa proletariuszka w wir winobrania gdzies we Francji. :-) A niech tam, glowa juz zmeczona i wielka od filozofowania niczym dynia, a cialo sflaczale, ledwie musniete sloncem i obrosniete tluszczem. Nieduzym, co prawda, ale zawsze...  

Prowadze zatem poszukiwania w internecie, co by sie zalapac gdzies na vendanges, nachapac jak wol, stracic kilka kilo, pasc ze zmeczenia na pysk, ale za to puscic w ruch moje cialo, co malo do krzesla nie przyroslo i odzyskac utracona energie. :-) A zeby mi smutno nie bylo, to znajomy, ktorego czeka w pazdzierniku obrona doktoratu, zglosil sie na ochotnika, by mi towarzystwa dotrzymac. :-) Bez zadnych podtekstow, rzecz jasna. :-)

A i wakacje mi sie zamarzyly... Ot, na przyklad, kilka dni nad morzem w Normandii... A moze wizyta u znajomego w okolicach Mediolanu... Bretanie odkladam na przyszly rok, niestety.

Jesli plany nie spala na panewce, to niebawem pozegnam sie z moim dotychczasowym zajeciem, ktora - co ciekawe - nawet polubilam, nie mowiac o ludziach, z ktorymi przyszlo mi wspolpracowac. A jesli winobranie nie wyjdzie, to i tak niebawem zacznie sie odliczanie: juz tylko 61 dni... I zegnaj, Strasburgu. :-( Niech sie dzieje wola nieba...

A do tego wszystkiego wladze zapowiedzialy swoj przyjazd w ostatniej dekadzie wrzesnia. Nie tylko, by Alzacje i Lotaryngie pozwiedzac, ale przede wszystkim - by sie ze mna zobaczyc. Papa i mamma tesknia jak chyba nigdy przedtem, a i mnie brakuje ich obecnosci, choc przeciez nieraz stawalismy po przeciwnych stronach barykady, toczac zaciete i krwawe boje. :-)

Mnie przede wszystkim regeneracji trzeba. I to w pelnym tego slowa znaczeniu. Lato w pelni, a ja z depresja za pan brat, lykam prochy i czekam na lepsze czasy. Jak kania dzdzu wypatruje przeprowadzki do Lille. Do mojej "ziemi obiecanej". ;-) Ale za Strasburgiem i tak rzewnie zaplacze...

piątek, 28 lipca 2006
Parę lunet poproszę

Od czasu nadeslania mi przez wladze nowych soczewek (zamowionych przeze mnie via net) nareszcie widze wszystko nie w postaci rozmytych plam i rozlewajacych sie konturow, lecz tak, jak ogladaja swiat ludzie o sokolim wzroku. J Po dwoch miesiacach oczekiwania na wizyte u ophtalmo dostalam upragniona recepte na pare lunet, ktore to lunety w razie awarii oczu moich (tzn. zapalenia spojowek lub innych nieprzyjemnosci) zapewnia mi wlasciwa ostrosc widzenia. J A wstepny rekonesans okularowy zaplanowalam na przyszly tydzien z zamiarem nawiedzenia instytucji Les Opticiens Mutualistes zwanej.

Szanowna Mademoiselle,

W imieniu Parti de la Liberté et du Progrès niniejszym przesylamy odpowiednie soczewki, alby lepiej postrzegac swiat. Dolaczamy materialy ideologiczne (...). Pozostale materialy propagandowe – w nastepnej przesylce. (...) Papa et cala domowa Parti Ouvrier Polonais Unifié. J

Ot, caly papa i jego lisciki - wlasnie takie ;-)  

Pociag do pracy odjechal w nieznane

Poniewaz pogoda tylko na moment zmienila swoje oblicze, raczac nas tu - w Alzacyi - burza i deszczem, ktore nie przetrwaly nawet kilku marnych godzin, oznajmiam, ze z racji nadal panujacych upalow:

Je ne veux pas travailler
Je ne veux pas déjeuner
Je veux seulement oublier
Et puis je fume

Z jedna mala roznica: dziekuje, nie pale. Na paczuszkach klopow nie na darmo pisze: Fumer tue. ;-) I jeszcze sie mozna poduczyc slowek francuskich, jak chocby crise cardiaque, cancer des poumons, attaque cerebrale itp., nie zapominajac tez, ze les fumeurs meurent dans d'atroces souffrances, crachent du poumon saignant, des glaires opaques, étouffent, bleuissent, puent, salopent, ils faut les crever avant qu'ils ne nous ankylosent, il faut les crever avant qu'ils ne nous coûtent une fortune, il faut les crever, fumer tue, bordel !* Ot co. :-)

Travailler, c'est trop dur, et voler, c'est pas beau.
(...) Chaque jour que moi j' vis, on m' demande de quoi j'vis.

Oj, juz bardziej dur byc nie moze... Nawet zastrajkowac nie moge, nawet L4 wyludzic od Doktorka, symulujac jakowes globusy i inne przypadlosci, nawet jednego dzionka urlopu! Cierpliwosci, jeszcze tylko dwa miesiace, a jak sie przyloze - to juz tylko miesiac... :-)

*znalezione w sieci

PS. No, to Francuzom juz dziekujemy. ;-) Le tabac a été introduit en France par Jean Nicot sous François II et fut d'abord utilisé comme plante décorative et médicinale ("herbe à Nicot", "herbe à tous les maux"). Plus tard, on se mit à préparer ses feuilles pour être prisées, chiquées ou fumées.

czwartek, 27 lipca 2006
Jada, jada wagoniki...

(notka wyskrobana poznym wieczorem - dnia poprzedniego)

Od godziny (a jest juz po dziesiatej), a moze i dluzej, pod moim oknem jezdzi po torach tam i z powrotem zolwim tempem jakas piekielna maszyna, blyskajac ogniem spod kol. Machina sklada sie z czegos w rodzaju blaszanej minilokomotywy-budki i trzech blaszanych wagonikow, za ktora i obok ktorej spaceruja dwaj panowie w strojach roboczych. Piekielna machina nie tylko jedzie sama (bo w budce nikogo nie ma), ale do tego wydaje z siebie brzeczace odglosy, tryskajac wokol plomieniami przypominajacymi sztuczne ognie. Tory szlifuja czy co? A cisza nocna to pies? I to pod moimi oknami!  

I od razu przypomnialo mi sie, jak to w podstawowce na lawkach znalezc mozna bylo, nabazgrana napredce dlugopisem na lawce, lokomotywe z podpisem: „Jak sie nudzisz, to dorysuj wagonik.” Wagonikow nie bede jednak rysowac. Zamiast tego, dzisiaj przed snem bede liczyc owe wagoniki zamiast tradycyjnych baranow. Moze latwiej zasne. J Od jakiegos czasu miewam tak absurdalne, a czasem nawet koszmarne, sny nad ranem, w ktorych biora udzial znane mi osoby i nie tylko, ze juz sie zastanawiam, o kim by tu pomyslec dzis wieczorem? Kto tym razem wystapi w roli glownej? J W moich snach wzielo juz udzial dwoch moich dawnych absztyfikantow, od wiekow niewidziana kolezanka z podstawowki, moj najlepszy kumpel i cala rodzinka, a z miejsc znanych – moje pyrlandzkie osiedle. Juz dwa razy przewinal sie temat swiat bozonarodzeniowych (a przypominam, ze mamy srodek lata J).  A wczoraj na przyklad wystapilam na jakims szalonym balu (niczym prosto z wariatkowa) jako Madonna (a raczej jej marna i karykaturalna imitacja) w piosence „Material girl” (a zamiast pieknych panow we frakach tanczylo ze mna stadko drag-queen w rozowych baletowych „paczkach”. Istne Trocadero.) ;-) Nawet kiecke mialam rozowa jak trza i diamenty we wlosach. ;-) Totalna schiza... Barbie w rozmiarze 40. ;-) Sen mara, Bog wiara, jak mawiali przodkowie.  J 

W kazdym razie wczoraj obudzilam sie mocno po wyznaczonym czasie, z cieniami pod oczami, faktycznie jakby po calonocnej balandze, i tak polamana, jak gdybym przewalila kilka ton wegla. Kawa wypita w pracy ciut, ciut przywrocila mnie do rzeczywistosci... I chyba upal ciut zelzal... Przynajmniej w nocy...  

piątek, 21 lipca 2006
Jeki z glebin miejskiej dzungli

rys. L. Dahmani

* w wolnym przekladzie - "Tak, wiem... Ty tez chcialabys teraz byc na wsi..." ;-)

10:16, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 lipca 2006
Mydlo w promocji i kozaki na lato

Goraczka wyprzedazy zebrala juz pokazne zniwo. Mimo upalow po sklepach przewalaja sie tlumy zadne promocji i obnizek, niemalze wyrywajac sobie z rak co atrakcyjniejsze kaski. "Co kupilas na soldach?" - stalo sie niemal podstawowym pytaniem na powitanie, na rowni z "Comment ca va?"

A moze by tak do kazdego sprzedanego ciucha czy czegokolwiek innego dorzucic mydlo gratis? Czy nie mozna by bylo sprzedawac mydla i srodkow czystosci za grosze? Mydlo, pasta do zebow i proszek do prania. W promocji dla ludu, ktory - o dziwo - w te upaly zapomnial, do czego sluzy woda. Nie wystarczy w siebie wlewac plyny. Woda sluzy takze do mycia, o czym szanowni Francuzi chyba zapomnieli. Nie chce przez to powiedziec, ze caly narod to brudasy, ale na Boga, kraj bedacy niegdys synonimem elegancji cuchnie bez wzgledu na pore roku! Smierdza dzieci, nastolatki, mlodzi, starzy, panie i panowie. Smierdza glownie "kolorowi" (to z mojej strony zaden rasizm, tylko stwierdzenie faktu), ale i Francais de souche moglby czesciej zagladac do lazienki celem dokonania dokladnych ablucji.

Pasc mozna na zawal, wdychajac wszelkie mozliwe smrody - spod pach, wyziewy z otworow gebowych, aromaty ciagnace z butow i skarpet... Wszechobecny smrod. Na kazda moja podroz tramwajem czy busem przypada jakis smierdziel plci obojga. Smierdzielowi nie przeszkadza, ze smierdzi. Cieszy sie, ze tak wygodnie podrozuje. A pozostali pasazerowie tylko modla sie w duchu: "obys tak wysiadl na nastepnym przystanku". Ale nie, smierdziel jedzie z reguly 15 przystankow, a ludzie po drodze jada na wdechu, z trudem liczac mijajace sekundy.

Czy tak ciezko sciagnac z grzbietu przepocone ciuchy i wsadzic je do pralki? Czy tak ciezko jest wlezc pod prysznic, nie w celu ochlodzenia sie, ale zmycia z siebie kurzu i brudu? Czy tak ciezko jest wziac w lape mydlo i wyszorowac wszystkie strategiczne miejsca? Umyc tluste kudly, zapryszczona paszcze i wszystko inne? Uzyc dezodorantu po kapieli a nie zamiast niej?

Czy to jakis powrot do czasow wersalskich, gdy panie i panowie na krolewskim dworze za potrzeba udawali sie do kata, perfumami zabijajac smrod niemytych cial, a mloteczkiem - platajace sie tu i owdzie pchly i wszy? Czyzby mycie faktycznie skracalo zycie?

Zima mozna bylo jeszcze jakos opanowac odruch wymiotny. Ale w te upaly wdychanie trujacych wyziewow stanowi nie lada wyzwanie. Tak, wiem, w naszej kochanej Polsce tez smierdzi. Ale tu, w bogatej Francji, ludziom zal na mydlo? Zal wode zuzyc do mycia i prania? Lepiej ogrodek podlac albo wykapac sie w publicznym basenie?

Im wieksza kultura osobista, tym mniejszy smrod sie ciagnie. Autobus jadacy przez tzw. quartiers defavorises wiezie ze soba ladunek intensywnych aromatow, rozsiewanych przez zadowolonych z siebie pasazerow, ktorym zaden smrod niestraszny. Strach pomyslec, jak "pachnie" w ich wlasnych domach. Moze zamiast wietrzyc koldry i poduszki kazdego ranka, wystawiajac owe pakunki na balkonie, wsadzic owe koldry i posciele do pralki?

Z racji rosnacych od prawie dwoch miesiecy temperatur i palacego slonca w calej Francji prowadzi sie akcje pomocy ofiarom upalow. Jakis czas temu prefektura oglosila program walki z analfabetyzmem. A gdyby tak wylansowac akcje walki z brudem i smrodem? Przysylac do domow mydla i paste do zebow, proszki do prania wraz z instrukcja obslugi. Plus broszure "Obywatelu, umyj sie! Daj innym zyc!"

Ja tylko lekarzom wspolczuje w te upaly, gdy w drzwiach gabinetu staje taki "pachnacy" pacjent.. Bez maski i rekawiczek lepiej nie podchodzic... ;-)

Sa jeszcze i tacy, ktorzy w te upaly buty wraz ze skarpetkami zakladaja. I nie mam tu na mysli eleganckich panow, ktorym nijak do spodni od garnituru wlozyc sandaly. Coz, dress code obowiazuje... Ale gdy widze na ulicy faceta w zamknietym obuwiu (np. adidasy) i  w skarpetach na nogach, pukam sie w glowe. I az mnie ta glowa boli od nieustannego pukania. Panie i dziewczyny w sandalkach, klapkach, letnich pantofelkach, a panowie? Adidas to mus, niewazne ze za oknem 30 stopni. Skarpety gora! Ci, ktorym pozostalo jeszcze w glowie troche rozsadku, wietrza stopy w wygodnych sandalach i japonkach. Ladne meskie nogi w sandalach - az milo popatrzec... ;-) A jesli jeszcze do tego ich wlasciciel wszystko inne ma jak trzeba... ech, pomarzyc wolno. ;-)

Przypadki nieuleczalne to kozaki noszone latem. Widzialam kilka takich przypadkow. Panna - gora letnia koszulka, dolem - dzinsy i skorzane kozaki do kolan. Co sie music dziac z nogami w takich kozakach, nietrudno sie domyslic. Inny casus - panna w spodnicy i bialych kozaczkach na szpilce. W lipcu. Za to jesienia, a nawet zima, taka "elegantka" zaklada buciczki bez skarpet i w trzaskajacy mroz prezentuje sine z zimna stopy i nogi. Ma sie te fantazje, czyz nie? ;-)

Dzis wieczorem - podroz powrotna do domu. Juz sie szykuje na kolejna dawke smrodu. Czas rozejrzec sie za jakas tania maska gazowa. Albo - tanim samochodem. ;-)

PS. Moze kiedys uda mi sie "wysmazyc" pozytywny tekst o Francuzach. W koncu mieszkam tu juz od paru lat - wyglada wiec na to, ze mi sie tu podoba. ;-) Ludek da sie polubic, a kraj - co tu duzo mowic - piekny jest. :-)

30 i w gore

Dzisiaj – 35. Jutro – 34. W piatek – 35. W sobote – 36. W niedziele – 34... stopni Celsjusza. Wole nie myslec, co nas tu czeka w przyszlym tygodniu. Jak zwykle – w Bretanii najchlodniej. W Brescie – 19. Bywajcie zdrowi ludkowie, wy, co na wakacjach w Bretanii jestescie! Za rok mnie tam tez nie zabraknie... Za rok... :-/ A poki co, praze sie w sloncu, a razem ze mna wszyscy ci, ktorzy zostali w miescie. A turystom zjezdzajacym do Strasburga chyba te upaly rozum odebraly. Ludziska, uciekajcie stad! Na wies, nad morze, gdziekolwiek, byle dalej stad. Tegoroczne lato przypomina mi jak nic wakacje z 2003 roku. I nawet te upaly moglabym zniesc spokojniej, gdybym miala wolne... Ale nic z tego... W tym roku – lato w miescie.

sobota, 15 lipca 2006
Jak zabrac kotka na wakacje ;-)

Jedziemy na wycieczke, bierzemy kotka w teczke... ;-)

depart en vacances

Jeden z rysunkow niezrownanego Nicolasa Viala, znaleziony w ktoryms z czerwcowych numerow "Le Monde". Chapeau bas! Rysunek nosi tytul "Wyjazd na wakacje".

16:43, reine_marguerite , Innusie
Link Dodaj komentarz »
Lecz sie sam

Jako ze czerwone "jajo" na moim ramieniu (po ukaszeniu osy) utrzymuje sie bez zmiany od poniedzialku, wybralam sie do apteki celem zakupienia wapnia w tabletkach do rozpuszczenia w wodzie. Wchodze do apteki, witam sie z farmaceutka i mowie:

- Ma pani moze lek nasenny bez recepty, ktory sie nazywa tak i siak?

- Ano mam.

- To poprosze.

I ciagne dalej.

- Wie pani, osa mnie ukasila kilka dni temu i mam odczyn alergiczny na ramieniu (tu pokazuje dowod "przestepstwa"). Chcialabym kupic wapn w tabletkach do picia.

- Wapn? Na alergie? Pierwszy raz slysze... (tu aptekarka, elegancka i zadbana pani po 40-tce robi ironiczna-poblazliwa mine w rodzaju tych, ktore robi sie, slyszac o prastarych przesadach leczniczych jak ten o Rozalce, co ja do pieca wsadzono na 3 "zdrowaski", zeby jej choroba przeszla).

- Tak, wapn, zawsze tego uzywam i mi pomaga.

- U nas, prosze pani (naciska aptekarka na slowa "u nas", zeby podkreslic przepasc cywilizacyjna miedzy francuskim lecznictwem a lecznictwem ludzi z buszu, do ktorych wedle niej mialam sie zaliczac), przepisujemy leki antyhistaminowe, ktore maja zmniejszych obrzek i swiad. Ale wapn? Nie, to chyba jakas pomylka, cos sie pani pomieszalo... A zelu pani uzywa?

- Uzywam i nie pomaga.

Mowie sobie: Dobra kobieto, moze i ty jestes farmaceutka, ale chyba nie uwazalas na zajeciach."

- OK. To poprosze ten lek antyhistaminowy - mowie w koncu do kobity, ktora usmiecha sie z triumfem.

Ksiezna przyniosla lek, wstukala jakies dane do kompa i mowi:

- 8 euro sie nalezy.

Place, wychodze, choc moze powinnam przy tym moim wapniu obstawiac, ale juz mi sie nie chcialo z uczona aptekarka wyklocac. W drodze do domu czytam ulotke: lek moze powodowac sennosc. Nie zaleca sie prowadzenia pojazdow. To jeszcze mi tylko brakowalo leku usypiajacego w ciagu dnia. Merci! :-/

Nastepnym razem bede sie kurowac moimi metodami. Zeby sie upewnic (bo pamiec lubi figle platac), poszperalam w internecie. To o wapniu teraz bedzie. "Jest niezbędny w procesie krzepnięcia krwi. Zmniejszając przepuszczalność ścian naczyń krwionośnych, wapń działa przeciwwysiękowo, przeciwobrzękowo, przeciwzapalnie i przeciwalergicznie. Stymuluje mechanizmy obronne organizmu. (...) Stosowany w leczeniu chorob alergicznych." Nie twierdze, ze znam sie lepiej na lekach niz farmaceuta po studiach, pamietam jednak dobrze, ze przy roznych pokrzywkach i egzemach dostawalam od lekarza wapn. I nie lubie, kiedy robi sie ze mnie idiote, tylko dlatego, ze aptekarce korzystniej jest sprzedac lek antyhistaminowy (wcale nie taki tani, bo nie na recepte) niz wapn za grosze.

 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka