La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
niedziela, 31 lipca 2005
Czy aby zdążymy?

"[...] już tam coś się znajdzie do przekąszenia, zaraz, zaraz, tu jest stół, tu są stołki, czym chata bogata, tym rada, chociaż pewnie zbytków nie ma, nie przelewa się, alleluja, alleluja..."

Czekoladowo będzie i smacznie. I po francusku. Dużo francuzczyzny. I na afrykańską nutę... I trochę Burgunda. Może butelka, może dwie...

Menu na przyszły tydzień. Mała niespodzianka. Dla oczu. Blogowych.

Królowa M. skubie winogrona. Czekolada miała być już na niedzielny podwieczorek, lecz przecież Reine Marguerite fait son régime!

Mesdames et Messieurs, veuillez patienter, s'il vous plaît. Bonne semaine!

(Przygotowania w toku. Czy aby zdążymy?)

20:28, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 lipca 2005
Bo ja nie jestem maminsynkiem klasycznym. Jestem maminsynkiem świadomym.

Latek 30. Może ciut więcej. Piękny jak grecki posąg. Śliczny. "Jak budyń z soczkiem". Jak określiła jednego ze swych książkowych bohaterów Musierowicz. O uroczym włoskim imieniu, które litościwie przemilczę. Pewnego majowego popołudnia wpadł w moje życie - niczym lis do ogródka - i nieźle w nim namieszał. Pan ów miał na sumieniu wiele moich łez wylanych gorzko i obficie przed dwoma laty, jak również wysokie rachunki za telefon, gdy trzeba mi było do przyjaciół dzwonić, porad i pocieszeń słuchać. 

Piękny pan... O szerokim uśmiechu i bielutkich ząbkach. I te ciemne oczy... I te czarne włosy z granatowym połyskiem! I te rogowe oprawki okularów... Leciutkie drapanie modnie przyciętej bródki... Ach! Och!

Pan ów pochodził z włosko-marokańskiej rodziny osiadłej we Francji. Rodowód: mamma - ze słonecznej Italii, papa - "pays du Maghreb". Piorunująca mieszanka. Śliczny pan urodził się na południu Francji (w ukochanej przez różnej maści emigrantów M.) i wraz ze swą mamunią i siostrzyczką wyemigrował na północ kraju do jednego z większych miast. I tam na stałe osiadł.

I kiedy tak zagłębiłam się w lekturze pewnego arcyciekawego i zabawnego artykułu (http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,2841830.html), to stanął mi przed oczami - jako żywy - mój piękny Italiano. Bo choć człek był to zaradny - a jakże - z dobrą pracą, z dyplomem, z językami, towarzyski, sociable - to jednak pod opisaną kategorię "maminsynka" bez problemów można by go podciągnąć. A to mammie zakupy zrobić trzeba, a to towarzystwa wieczorami dotrzymać (bo jakże można mammę samą w domu zostawić), a to po mammę na dworzec wyjechać, bo niczym księżna pani powrócić raczyła ze swych wojaży... A to do mammy zadzwonić, bo się biedaczka na pewno już martwić zaczęła. A to bratu w przeprowadzce pomóc, bo mamma wzywa. A to z mammą na chrzciny do rodziny pojechać. A to z mammą i resztą rodzinki na wakacje nad morzem się udać. Ech! Ten to dopiero miał klawe życie!

Mamma była najważniejszą postacią w barwnym życiu owego pana. Czego zresztą nie omieszkał podkreślić już na pierwszej randce. "Mama to największa moja przyjaciółka i powierniczka. Wspaniała kobieta. Chodzący ideal", tłumaczył mi francuski Italiano nad talerzem z pizzą i sałatką.

A mnie, głupiej gąsce, tylko to na myśl przyszło: "Dobre to chłopię i o czułym sercu. Taki nawet musze krzywdy nie wyrządzi. Jakiż on słodki! Mamę nazywa przyjaciółką, z mamą mieszka..." Gdzieś tam w głowie zakołatało: - Dziwne to nieco, tyle lat, a wciąż z matką u boku. Ty lepiej, dziewczyno, uważaj, bo cudzej matki nigdy w cnotach i zaletach nie przewyższysz.

Ale - jak to w życiu bywa - głos rozsądku ucichł na dobre. Buuuuuuuu.... Ileż to łez wylałam przez pięknego pana. Oj, pokazał on nieraz pazurki! A jaki był przy tym obrażalski! "Hrabia", jak go do dziś nazywam.

Wracając do artykułu... Poezja tego pana, murarza i rzeźbiarza w jednym, jest po prostu porażająca w wolnym tłumaczeniu. Tekst w całości skopiowałam do swych komputerowych archiwów. Jeśli kiedyś najdzie mnie smutek i chandra, to chętnie do niego zajrzę i humor poprawię...

"Co rano mama budzi mnie do pracy, a wieczorem czeka z pachnącą kolacją. Jest moim lustrem i moim w nim odbiciem. Moją mamę bardzo kocham skrycie". Piękne! Aż się łza w oku kręci, czyż nie?

"Dzielę z nią zarobki swoje i życie z nią dzielę. Sny i myśli również z nią dzielę. Bo choć urosłem i wszystko się zmieniło, to z moją mamą wciąż jest tak, jak było". Idealne na "Rozmyślań sobotnich część I".

Zdjęcie mojego pięknego Italiano wciąż widnieje w albumie obok innych fotek. Zerkam tam nieraz i wzdycham, gdy wracają wspomnienia dni czarownych i nocy upojnych... Ech, mój piękny panie, niech ci się żyje długo i szczęśliwie z mamcią twoją!

piątek, 29 lipca 2005
Niech nikt się nie pomyli!

Królowa M. i jej Władze (w osobie matki, czyli Madre) uzgodniły już jakiś czas temu napis, jaki pojawi się na rodzinnym grobowcu. Epitafium. Żadna z nich nie zamierza jeszcze, co prawda, opuścić ziemskiego padołu, ale trzeba przecież zawczasu pomyśleć o tak przyziemnych (a raczej podziemnych) kwestiach.

Treść epitafium wzbudziła powszechną wesołość. Zamierzoną. Nie będzie płaczów, jęków i rozdzierania szat przy mauzoleum. Raczej czaszki z marcepanu i inne słodkie "makabreski", trochę jak w obrzędach funeralnych w Meksyku. (W Meksyku? Czy aby na pewno? Reine się nie pomyliła?)

Tu spoczywa żona

Za życia niedoceniona.

A obok - kot Bazyli.*

Niech nikt się nie pomyli!

Dyskusja – po której stronie kot, a po której Madre.

- Kot na lewo – decyduje rodzicielka. – Prawica będzie dla małżonka.

* Bazyli zwany inaczej "dzieckiem w futerku". Dorodny, choć już "bezjajeczny" czterolatek. Ostatnio trochę przypakował. Byczysław. Helmucik. Pulpecjusz.

14:39, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (2) »
Burżuj na kolei

   Przed oczami stanął mi dworzec we Wrocławiu przed pięcioma laty i tłum oczekujący na nocny ekspres do Przemyśla. Staruszka o kulach, z wielką torbą w ręku, tratująca stłoczonych na peronie pasażerów, ludzie wspinający się do okien pociągu, walizki i plecaki podawane z rąk do rąk ponad głowami. Szybciej! Wyżej! Dalej! Czy tamte dantejskie sceny będą miały tu swój remake? Widok elegancko odzianych mężczyzn i kobiet z parasolami i teczkami w dłoniach, szturmujących pociąg niczym Bastylię, wydał mi się absurdalny. Wszystko przecież powinno przebiegać zgodnie z zasadami bon tonu: panie przodem, panowie z tyłu, bez przepychanki, utarczek słownych, za to z uśmiechem przyklejonym, mimo zmęczenia, do twarzy oraz z typową dla Francuzów kurtuazją. “Ą ę bułkę przez bibułkę”, jak to się u nas mawia z przekąsem.

  

Nie uprzedzajmy faktów. Na dworzec kolejowy w Monte Carlo przybywamy z kilkunastominutowym wyprzedzeniem. Mamy jeszcze czas, by spokojnie zakupić bilety i bez pośpiechu udać się na peron do właściwego sektora. Imponujące, rzęsiście oświetlone i czyściutkie podziemne perony robią na nas niemałe wrażenie. Wykute w skale kilometry marmurowych ścian i betonowych chodników. Całkiem długi spacer na trasie peron – kasa biletowa – peron. Pilnujący porządku monakijscy policjanci w nienagannie odprasowanych granatowych mundurach przyglądają się nam jakby od niechcenia.

  

Z minuty na minutę rośnie liczba czekających. Zmęczonych tak jak my. To w większości ci, którzy do pracy dojeżdżają z niedalekiej Nicei. Drogie garnitury, eleganckie garsonki. “Le Figaro” pod pachą. Ubrani w dżinsy i bluzy z kapturem, czujemy się nieswojo w tym bankowo-korporacyjno-kancelaryjnym towarzystwie. Z głośników pada nagle wiadomość, że pociąg osobowy relacji Menton - Cannes la Bocca zostaje odwołany! Ospały i zmęczony tłum na chwilę ożywia się, po czym znów popada w odrętwienie. Nikt jednak nie klnie ani nie narzeka na obolale od stania nogi. Ot, odwołali. Następny przyjedzie przecież za około 20 minut. 

  

Po kolejnym kwadransie napięcie wzrasta niczym w sztabie wyborczym tuż przed ogłoszeniem pierwszych oficjalnych wyników. Zajmujemy strategiczne pozycje. Rzut okiem na sąsiadów: palce kurczowo zaciśnięte na uchwytach teczek, w oczach determinacja. Czekają, uzbrojeni w parasole, szpilki, komórki. Zwarci i gotowi. W sektorach. Już migają światła w tunelu! Jest! Nareszcie! Tymczasem na peron wtacza się krótki, zaledwie kilkuwagonowy “piętrus”,  który mija skłębiony tłum. Ogólny pomruk niezadowolenia jak w brytyjskim parlamencie. – Quel scandale! – krzyczy ktoś obok mnie.

  

 Skłębiona masa ludzka w mgnieniu oka rzuca się do przodu, a potem wlewa przez otwarte drzwi do wnętrza wagonów. Szczęśliwcy dopadli już miejsc siedzących. Dopiero po chwili dociera chyba do nich, że odnieśli pyrrusowe zwycięstwo, bo żeby wysiąść z zatłoczonego pociągu na którejś ze stacji między Monako a Niceą, trzeba być sztukmistrzem na miarę Davida Copperfielda.

  

Pechowcy, którzy czekali w dalszych sektorach, teraz z trudem miotają się w tłumie – od wagonu do wagonu, od drzwi do drzwi. “Królestwo za wolne miejsce!”, “Nicea albo śmierć!” – zdają się wołać ich zdesperowane twarze. Na próżno. Z wolna przesuwamy się do czoła pociągu, powodowani nikłą nadzieją na znalezienie ostatnich miejsc stojących. Docieramy zmachani i zrezygnowani aż do lokomotywy. Tu atmosfera jeszcze bardziej gorąca – jak w przededniu rewolucji.

  

- Do mnie to mówisz?!– irytuje się młody maszynista, kierując się ku jednej z pomstujących pasażerek, gdy ta daje upust swej złości. - A czy to moja wina, że pociąg odwołany?! Ja przecież pracuję! – broni się wąsaty konduktor, osaczony przez grupkę zdesperowanych podróżnych. Z burzą półdługich siwych włosów przypomina Króla Lwa z disnejowskiej kreskówki. Zarzuty odpiera zresztą z iście lwią zajadłością.

  

 - W Wielkiej Brytanii to byłoby nie do pomyślenia – wypomina mu jakiś wytworny jegomość, zbierając wokół siebie grono zwolenników – a tutaj? Żadnych zmian. Kolej wciąż państwowa. Nie mamy żadnego wyboru. A wy nas robicie w balona.

  

 - Darmozjady! Lenie! – wtóruje mu ktoś z boku, pomstując na kolejarzy. -  Putain de CGT! Podwyżek i strajków im się zachciewa. Urlopów i krótszego tygodnia pracy! I co jeszcze?! Może mamy stanąć na torach i pchać ten pociąg sami?! Do uczciwej roboty się zabierzcie!

   - Komu się jazda koleją nie podoba, ten może sobie taksowkę zamówić albo autobusem do domu wrócić – odparowuje kolejarz, wymachując przy tym złowrogo “lizakiem”, po czym ulatnia się, wzywany sygnałem z krótkofalówki.

 

  Nieliczni usiłują się jeszcze wcisnąć, dopychając tych, którzy stoją bardziej w głębi; bardziej rozsądni oddają pole bez walki i chwytają za komórki, by zamówić taksówkę albo chociaż wyżalić się przez telefon najbliższym. Pozostali przyglądają się ściśniętym w wagonach ludziom, rzucając od czasu do czasu ironiczne komentarze. Mnie przypomina to grę sytuacyjną “Uchodźcy”, którą zaproponowali nam – uczestnikom pewnego szkolenia w Polsce dla wolontariuszy – pomysłowi organizatorzy. Jeszcze tylko brakuje nam tobołów z ubraniami, gdaczącej kury pod pachą i wózka z jakimś niepotrzebnym gratem.

  

   - O której odjeżdża następny pociąg? – zagadujemy stojącego obok maszynistę. – Za jakieś pół godziny – odpowiada, zerkając do podręcznego rozkładu -  ale podobno też go odwołali. - A widząc nasze miny, dorzuca konfidencjonalnym szeptem: - Jesteście we dwoje? – Kiwamy głowami. – To chodźcie do mojej kabiny. Zaskoczeni ruszamy jego śladem. Ni stąd, ni zowąd wyrasta przed nami, jak spod ziemi, wąsacz. – A wy dokąd? – denerwuje się. - Tu nie wolno. – Daj spokój, niech wsiadają, pozwoliłem im – uspokaja go kolega. Szczęśliwi wspinamy się do środka kabiny.

 

  Kiedy pociąg rusza w mrok tunelu, my zanurzamy się w mrocznych tajnikach SNCF (czyli francuskich kolei państwowych). - Co my temu winni - żali się konduktor, zatrzaskując drzwi kabiny. - Ludzi nam do pracy brakuje. Chętnych nie ma, to i tabor stoi. Powiadają, że zarobki małe, to robić się u nas nie opłaca. Czemu pociąg odwołany? - czyta w naszych myślach. - Bo się maszynista rozchorował - dorzuca jego kolega znad kokpitu. - Jak maszynista chory, to na zastępstwo kogoś dają. Zawsze taki rezerwowy jest, co w domu pod telefonem siedzi. Jak go potrzebują, to jedzie. A dzisiaj akurat ten, co mógłby w trasę ruszyć, to już jedno zlecenie dostal. Przecież się nie rozdwoi.

  

Kiwamy głowami ze zrozumieniem. - Tym, co pracują, jak trzeba, świątek czy piątek, wiosna czy zima, zawsze wiatr w oczy wieje - dodaje sentencjonalnie wąsacz. - Panie, a mnie to się jeszcze za CGT oberwało, bo moją torbę z logo związku ten w garniturze przyuważył. Związków zawodowych będzie się czepiał, burżuj jeden!

 

czwartek, 28 lipca 2005

Reine miała już sobie stąd pójść i już nawet grzecznie "dobranoc" powiedziała. Ale siedzi twardo i z miejsca się nie rusza. A cieszy się przy tym, jak kura, która jajko zniosła.

Reine właśnie dziecię powiła. Wirtualne, co prawda, ale dziecko. O blogu mowa. I tak się w rolę królowej-matki wczuła, tak jej się ta nowa rola spodobała, że wszystko inne poszło w kąt.

U-za-leż-nio-na.

Reine ślicznie dziękuje za pierwsze komentarze. Kąpie się w blasku sławy. Puszy niczym paw.

Moi pierwsi czytelnicy!

Wy szedłemk za jentyk.

"Jeżeli musisz na moment wyjść, a spodziewasz się w tym czasie gości, roztropnie jest zostawić na drzwiach karteczkę o treści: WYSZEDŁEMK ZA JENTYK, czyli że wyszedłeśK(awałek) zajętyK(ompletnie)".

Reine lubi pisać. Ale ma też inne sprawy na głowie. Korzysta więc z bezcennych rad "towarzyskiego etykietnika" Kubusia P. I mówi wszystkim ślicznie: Dobranoc.

Choć pewnie i tak jeszcze tu dziś wieczorem zajrzy.

A jako że dziś czwartek... "Jeżeli niezręcznie ci odwiedzać przyjaciół bez specjalnego powodu, powiedz im, że przychodzisz życzyć im Bardzo Szczęśliwego Czwartku."

19:54, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (2) »
"Zamorskie" listy, czyli jak skrzynka pocztowa przyjacielem została.

Królowa M. od kilku tygodni "skacze jak osioł do skrzynki pocztowej". Reine czeka na listy z zagranicy. Francuskie listy. Oh, la la! Reine znów atakuje francuskie uczelnie. Doktoratów się zachciało, studiów podyplomowych, emigracji, francuzczyzny...

21 lipca Reine po raz kolejny zbiegła schodami na dół i ku swemu zdumieniu w skrzynce na listy znalazła niepozorną kopertę, adresowaną do samej siebie własnym pismem. Z pieczątką, francuską, a jakże. Universite Nancy II.

Chwila prawdy. Łomotanie serca jak przed rozdaniem Oscarów. Koperta rozdarta niestarannie drżącymi dłońmi. Pierwsze linijki tekstu... I proszę! Trafiło się ślepej kurze w ziarno!

"Mademoiselle".

Reine nie lubi tego protekcjonalnego "mademoiselle". Czyżby miała to wypisane na czole? Panienko. Proszę panny. Mościa panno.

"Mamy zaszczyt poinformować".

Słowa klucze. Istota. Sedno. Jakiż emocjonalny ładunek! Reine już wie, że list będzie miał pozytywny wydźwięk. Jaka ulga! To dopiero byłby płacz, gdyby zamiast tej formułki widniało: "z przykrością zawiadamiamy".

A zatem "mamy zaszczyt poinformować  szanowną Pannę, iż po rozpatrzeniu podania o przyjęcie na studia i innych stosownych dokumentów, komisja podjęła decyzję, by zaakceptować kandydaturę W.P. na drugi rok studiów podyplomowych na Wydziale Neofilologii". I tu nazwa kierunku.

Kilka dodatkowych linijek. Już nic ważnego.

I klasyka. Ulubione formułki na zakończenie. "Veuillez agréer..." "Mes salutations distinguées." Ą ę bułkę przez bibułkę.

Reine triumfuje. Ktoś ją wreszcie docenił. Dał szansę. Do serca przytulił. Mam za to po rękach całować?

A Strasburg milczy jak zaklęty. Listy podobno już ruszyły w świat. Reine znów miała dziś przed sobą czarną otchłań skrzynki. Królestwo za listonosza!

19:45, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (6) »
Zachciało się wspomnień...

Wczorajszy wieczór... Urocze spotkanie z przemiłą koleżanką. Poznański Stary Rynek. Rozmowa - nie taka o wszystkim i niczym, raczej o tym, co ważne, co nas inspiruje, popycha do działania. Trochę wspomnień. Gdyby nie zbieg okoliczności, pewnie nigdy byśmy się nie poznały.

A tyle jest spraw, które łączą. Strasburskie historie... Gdybym miała znaleźć cezurę dla mojego życia, powiedziałabym tak: był etap polski i był etap francuski. To, co przed Strasburgiem, i to, co po nim.

Magiczny czas. Tysiące wspomnień, które układają się w barwne historie. Nie ma dnia, bym do nich nie wracała. W dniu, w którym opuszczałam to miasto, w poczuciu klęski i konieczności dziejowej, postanowiłam: "Jeszcze kiedyś tu wrócę. Dokończę tę opowieść." Jakże to wówczas wydawało się odległe w czasie! Ileż musiało się wydarzyć, by tak się faktycznie stało!

Jedną nogą jestem już tam. Druga noga wciąż czeka.

A marzenia? Wciąż silne...

(zdjęcia: Reine M.)

Debiut

Bzdurnik królowej Małgorzaty? Pamiętniczek-powierniczek?

Skad ten cytat w opisie? Kłaniam się pięknie Gombrowiczowi. Bo gdyby nie on, nie byłoby dziś ani Reine Marguerite (czyli mnie), ani francuskich przygód, ani Belle Strasbourgeoise, ani nawet trzech magicznych literek przed nazwiskiem. To długa historia. Nie do opowiedzenia w kilku zdaniach.

Reine Marguerite jeszcze jednemu pisarzowi zawdzięcza swoją niepowtarzalność. A raczej jego listom. Listom do M. Starczy tych podpowiedzi. Panie Kafka, piję pańskie zdrowie!

Reine Marguerite nie wywodzi się, co prawda, z rodu Gombrowiczów, i nawet by jej przez myśl nie przeszło, by się tak brzydko podszywac za krewną Mistrza... Czuje z nim jednak  bliską więź...

Reine Marguerite zapomniałaby o jeszcze innej wielkiej postaci, która niewątpliwie miała swój wkład w ziemskie bytowanie R.M.: a jest nią sam  wieszcz polski, który "wielkim pisarzem był". Ale nie o Julka chodzi. Tylko o Adasia. Wieszcz ów towarzyszył Reine w różnych etapach jej życia: i patronem liceum był, i swój wiersz na maturze zinterpretować polecił, a w końcu pod strzechy swego uniwersytetu przyjął... i w zasadzie całym studiom ze szczerego serca patronował.

Reine wspomni jeszcze miło pana Samuela. Bez niego nie byłoby pierwszej fascynacji "pays des żabojades".

Piękne, piękne towarzystwo. Reine czuje się zaszczycona i wyróżniona... I - jak do tej pory - jeszcze przez nikogo nie rozpoznana.

P.S. Bonus. ;-)

Connaissez-vous Marguerite
Une femme ni grande ni p'tite
Qu'a des yeux troublants
Un teint rose et blanc
Une p'tite bouche d'enfant ?

(...) Si tu veux faire mon bonheur
Marguerite Marguerite
Si tu veux faire mon bonheur
Marguerite donne-moi ton cœur

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka