La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 28 czerwca 2011
Na dzień przed zupełnie wymiękam

«Quiconque a le malheur d'immigrer une fois - une seule ! - restera toujours métèque toute sa vie, et étranger partout, même dans son pays d'origine. C'est notre malédiction à nous, immigrants.» (P. Bouyoucas)

A la veille de mon départ pour la France j'éprouve déjà le mal du pays. Plus tout à fait ici, mais pas encore là-bas, j'ai peur... 

Jutro wylatuję do Francji. I choć takich wyjazdów było w moim życiu niemało, to boję się jak cholera. Najchętniej schowałabym się gdzieś z dala od wszystkich, nakryła głowę kołdrą i przeczekała, aż wszystko ucichnie. Nie lubię rozłąki, choćby tymczasowej, i nawet jeśli po swojemu cieszę się, myśląc o Prowansji, to i tak nagle przeszła mi ochota na jakąkolwiek podróż.

Może nie będzie mnie tydzień, może dwa, może miesiąc, a może trzy. Zawsze mogę wrócić, choć pierwotnie zaplanowałam sobie lato we Francji i intensywną pracę. 

Wciąż jestem w domu, a już odliczam czas do powrotu. 

Ja to faktycznie jestem jakaś dziwna...

13:33, reine_marguerite
Link Komentarze (2) »
środa, 22 czerwca 2011
Z Cambridge

Być może od lipca będę do Was przez jakiś czas pisywać z południa Francji. Ponieważ jednak nie mam jeszcze stuprocentowej pewności, wolę nie podskakiwać z radości, wykrzykując przy tym: Hurra! 

Być może więc niedługo będę się lansować w Awinionie, a być może zamiast w Prowansji będę siedzieć - jak do tej pory - na wschodzie Anglii. Jedno i drugie mnie zadowala, chociaż do Francji miałabym jechać sama, bez Pana Obrażalskiego i mojej kociej panny. No jak ja wytrzymam tak długo bez nich?

Choć nie kupiłam jeszcze biletu na samolot z Londynu do Marsylii, to zdążyłam już sprawdzić prognozę pogody. Uff, jak gorąco! I choć po swojemu lubię każdą z pór roku, to jednak słońce i upały są dla mnie stworzone. 

W Anglii zaś, po staremu, leje. Ulewę też da się lubić.

Czekając na dalszy rozwój wydarzeń i popijając winko (o godzinie czternastej!), zabieram Was na małą wycieczkę po ogrodzie botanicznym i palmiarni w Cambridge. 

Kilka dodatkowych informacji: 

http://www.botanic.cam.ac.uk/Botanic/Home.aspx

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

15:35, reine_marguerite , Anglia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 czerwca 2011
Po bretońsku, ale nie fasolka

Zaplanowałam sobie, że następnym razem zdam Wam relację z moich majowych wakacji w Bretanii. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. 


16:19, reine_marguerite , Bretania
Link Komentarze (8) »
czwartek, 16 czerwca 2011
Uwaga! Przyznaję się!

Kiedyś, dziecięciem jeszcze będąc, zdawało mi się, że jestem optymistką. Błąd. Nie jestem i pewnie nigdy nie byłam. 

Jeśli istnieje jakieś ryzyko porażki, nawet minimalne, to w moich oczach urasta do rangi międzygalaktycznej katastrofy. Co zresztą nie przeszkadza mi, bez względu na ryzyko, rzucać się na oślep, lub z minimalnym tylko zastanowieniem, w nieznane. Co będzie, to będzie, JAKOŚ się ułoży. Jednak zgodnie z ponurą wizją, jaką zazwyczaj rozpościeram wszem i wobec, jakoś się nie układa. Nie zawsze, ale jednak. 

Moja rodzicielka z uporem wypomina mnie, przy dogodnej okazji (tj. dość często), że równie niedojrzałej, niekonsekwentnej, marudnej i niezdecydowanej osoby jak ja ze świecą by szukać. "Bo ty wciąż nie wiesz, czego chcesz. Nic ci się nie podoba. Myślałam, że się zmieniłaś, dojrzałaś i zmądrzałaś. Ale nie. Ty wciąż jesteś taka sama". 

Nie powiem, by ziarna prawdy w tym nie było. Długie lata nie wiedziałam, czego chcę. Po drodze uświadomiłam sobie, że realizuję nie swoje marzenia, że podążam drogą, którą wyznaczył mi ktoś inny. Uległam sugestiom i namowom. Nie, nie żałuję tamtych lat, ale też zdałam sobie sprawę, że nie da się iść tym szlakiem na obczyźnie. Ha, obczyzna brzmi jakoś patetycznie i żałośnie w tym kontekście, ale też ta "zagranica" nie jest już ta sama: raz Francja, raz Anglia. Takie nie wiadomo co. O stabilizacji nie ma nawet co marzyć.

Zacznijmy od początku. Nawet studia wybrałam jakoś tak bez głębszego namysłu. Przecież "od dawna" było wiadomo, że skończę polonistykę. Jak mama nauczycielka i tata dziennikarz i redaktor wydawnictwa. Przecież od dawna było wiadomo, że ja też pójdę w dziennikarstwo tudzież edytorstwo, a dla mojej mamy byłam kolejną nauczycielką polskiego, najlepiej w jej szkole. 

Na psychologię się nie dostałam, ale też nie przyłożyłam się specjalnie do egzaminów wstępnych. Na pierwszym roku zastanawiałam się, czy nie przenieść się na jakąś filologię obcą: może wybrać romanistykę albo filologię serbsko-chorwacką (tak, tak, miałam wtedy takie dziwne pomysły). "Nie bądź śmieszna. Po co ci to?" I na tym się skończyło. 

Ja, przykładna i pilna studentka, zawsze z wysoką średnią i stypendium naukowym, z praktyką w wydawnictwach i gazecie, po drodze olałam specjalizację wydawniczą, uznając, że niczego mądrego i potrzebnego i tak się tam nie nauczę. Wytrwałam może jeden semestr. Zamiast tego wybrałam kilka zajęć z europeistyki, w tym francuski z Jean-Michelem na Wydziale Prawa. A potem, na czwartym roku, dostałam wymarzone stypendium Socratesa w Strasburgu. Z przymrużeniem oka mogę powiedzieć, że historia mojego życia dzieli się na trzy etapy: przed Francją, we Francji, i po Francji (czyli w Anglii).

Nie żałuję moich polonistycznych studiów. Nie będę z łezką w oku wyliczać przeczytanych książek, godzin przesiedzianych w bibliotekach, mniej lub bardziej ciekawych zajęć, ani rozwodzić się, jak bardzo wzbogaciły one moją osobowość i wiedzę. Nie żałuję również romanistyki we Francji. Nie żałuję rządowego stypendium, napoczętego doktoratu z Gombrowicza i porzuconych planach o książce, która miała powstać w czasie studiów doktoranckich. Trudno również żałować lat spędzonych we Francji. Strasburg, Nancy, Dijon, Lazurowe Wybrzeże, Lille, Valenciennes... No, i Paryż oczywiście, z doskoku. 

Swego czasu, parę lat temu, wróciłam nawet do Polski za namową rodziców i półtora miesiąca później miałam już pracę. Asystentka dyrektora generalnego w dużej fabryce należącej do znanej międzynarodowej firmy. Mieścina w Polsce klasy B, jakieś 120 km od Poznania: zbyt daleko, by dojeżdżać samochodem, ale żyć tam? Na tej zatęchłej prowincji? Nie, to nie było dla mnie. Zrezygnowałam. Obiecano mi znaleźć mieszkanie, do czego nie doszło, i to jakoś stało się pretekstem, żeby powiedzieć im: Chrzanię was (oczywiście w złagodzonej wersji).

Znów wróciłam do Francji, ale uświadomiłam sobie, że nie dla mnie posady sekretarek i asystentek, i choć niewątpliwie tego typu zajęcie było czymś daleko bardziej interesującym i lukratywnym niż jakieś typowo studenckie dorabianie, to jednak w głębi duszy czułam, że to nie dla mnie. To nie byłam ja. Po rozstaniu z pewną organizacją, gdzie pracowałam jako sekretarka, poczułam, że stoję przed grubą ścianą i na nic będzie tłuc w nią głową, choćby i z rozbiegu.

Trudno w kilku zdaniach streścić 9 lat mojego życia, bo tyle czasu upłynęło od mojego pierwszego wyjazdu do Francji. Czasami po głowie kołacze mi myśl, że część tych lat poszła na zmarnowanie, prawdą jest jednak, że gdyby nie pobyt we Francji, nigdy nie zaczęłabym tłumaczyć książek, nigdy nie poznałabym tej "obczyzny", która mimo wszystko różni się od polskiej rzeczywistości, nigdy też nie znalazłabym się w Anglii. Nie byłoby mnie tu, gdzie jestem teraz. Zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nigdy nie wyjechała z Polski, gdyby nie targała mną tęsknota za czymś nowym i nieznanym. Czy byłoby lepiej? Czy byłabym szczęśliwa i spełniona? 

Od ponad dwóch lat chodziła mi po głowie pewna myśl o zmianach. Przypomniały mi się dawne plany z czasów, gdy zdawałam egzaminy do liceum i kiedy myślałam o przyszłej karierze. Miało być zupełnie inaczej, ale wkrótce okazało się, że nie mam szans, aby dostać się na medycynę. Orłem z przedmiotów ścisłych nigdy nie byłam, czego się wstydzę. O wiele łatwiej brylować na polskim, pisywać wiersze i bywać na teatralnych premierach.

Już w Anglii snułam plany: zostanę rok, odłożę trochę gotówki i pojadę na studia do Belgii. Jakoś to będzie. Jednak po roku zdałam sobie sprawę, że może by tak jeszcze poczekać z rok, a i z większym funduszami będzie łatwiej w zupełnie nowym miejscu. I wtedy poznałam Pana Obrażalskiego. I zostałam. I nawet dałam się namówić, żeby z nim zamieszkać i złożyć papiery na studia w Anglii. No cóż, udało się, choć póki nie rozpocznę nauki, wciąż będę żywić obawy, że nic z tego nie wyjdzie. Prawdę mówiąc, nie jestem najlepsza w tworzeniu planu B. Rzadko bowiem miewam plan B. Tak więc trochę się waham, czy Wam powiedzieć, czy się przyznać, jaką sobie karierę na resztę życia wybrałam. Czyż nie mówią, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca?

Mimo wszystko myślę jednak, że nie ma co czekać, i że przyszła pora, by się ujawnić: dostałam się na pielęgniarstwo. Zamierzam zostać "pigułą". Amen. 

P.S. Teraz nie mam wyjścia: musi się udać. Oby. 

16:53, reine_marguerite , Anglia
Link Komentarze (12) »
środa, 15 czerwca 2011
Alleluja i do przodu!

Jak zwykle zapomniałam: miało być o zmianach. 

Parę miesięcy temu wspominałam o planowanej już od dawna rewolucji.

I jak wyszło?


Z angielskim za pan brat 

Pamiętacie, jak pisałam o przygotowaniach do egzaminu z angielskiego?

Pan Obrażalski niemal zmusił mnie, bym zamiast czekać do maja lub czerwca, przystąpiła do testu jak najszybciej. I tak się stało: 12 marca spędziłam uroczy dzionek na uniwersytecie Anglia Ruskin w Cambridge, po czym zmachana jak wół po całodziennej harówce wróciłam do domu z przekonaniem, że "wcale tak źle nie było".

Wyniki przyszły pocztą niecałe dwa tygodnie później.

Średnia: 7,5 punktu na 9 możliwych, co odpowiada wynikom uzyskiwanym na egzaminie CPE (Certificat of Proficiency in English). 7 punktów to ekwiwalent CAE lub C1 (poziom ustalony przez Radę Europy).

Test IELTS składa się z czterech części: pierwsza obejmuje rozumienie ze słuchu (Listening), druga - rozumienie tekstów pisanych (Reading), trzecia - zadania pisemne, a ostatnia - rozmowe z egzaminatorem. 

Dla chętnych więcej tu: http://www.ielts.org/default.aspx

I po polsku tu: http://www.britishcouncil.org/pl/poland-ielts.htm

Wynik uzyskany na teście to średnia z wszystkich czterech części. W moim przypadku było to 7,5 punktu za część 1 (listening), 8 za rozumienie tekstów pisanych (reading), oraz 7 punktów za częśc pisemną i ustną. Czyli tak naprawdę jestem, moim zdaniem, między poziomem C1 a C2 i wciąż staram się doskonalić mój angielski. Nie jest to takie trudne, bo w domu i pracy rozmawiam wyłącznie w tym języku, poza tym w samochodzie słucham BBC4 (dużo gadania) i oglądam TV (z czego w zasadzie nie jestem dumna, bo to strata czasu). 

Ach, byłabym zapomniała: egzamin kosztuje 110 funtów plus ewentualnie materiały do przygotowania - 20 funtów, plus dla chętnych - praktyczny i niemal niezbędny (moim zdaniem) kurs przygotowawczy, za który zapłaciłam 45o funtów (10 tygodni, 2x tydzień, czyli 4 godziny). I nie były to pieniądze wyrzucone w błoto, gdyż ze względu na specyfikę testu warto poznać odpowiednie techniki, które pozwolą nam później z mniejszym stresem poradzić sobie z każdą częścią egzaminu. 


Wieczna studentka

Nieco wcześniej, bo w styczniu, złożyłam papiery na studia w Ipswich. 

W maju, dzień przed wyjazdem na wakacje do Francji, zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną.

Zostałam przyjęta.

A teraz zagadka: jakie to studia? 3-letnie, zawodowe (BSc with honours degrees), z niezbędnymi stażami. Do wykonywania zawodu potrzebna jest rejestracja.

Tylko proszę, nie piszcie, że jestem już za stara na studia, bo i takie myśli miewałam. To był mój dobrze przemyślany wybór i częściowo także chęć realizacji dawnego marzenia jeszcze z czasów licealnych. 

Czy się uda?

Chciałabym zawołać z entuzjazmem, że owszem, ale wrodzony pesymizm mi na to nie pozwala. 

13:09, reine_marguerite , Anglia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Ona takie piękne oczy ma...

 

 

18:03, reine_marguerite , Knociątko
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 czerwca 2011
Wszystkie odcienie zieleni

Znowu się rozpadało, więc zamiast pięknych słonecznych dni, do których tak bardzo przyzwyczaiłam się w kwietniu i maju, za oknem deszcz, a do tego zrobiło się chłodno i wietrznie.

Całe szczęście wczorajszy spacer po lesie Elveden i przechadzka po niewielkim, ale pięknie utrzymanym ogrodzie i parku (którego nazwy, niestety, nie potrafię sobie przypomnieć) wypełnił mnie pozytywną energią, czego ostatnio tak bardzo mi brakuje.

Swoją drogą, lasów w Anglii jak na lekarstwo... Do tej pory jedyne większe skupiska leśne, które było mi dane zobaczyć na własne oczy, to Ashdown Forest (czyli Puchatkowy Stumilowy Las) i New Forest w pobliżu Southampton. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

19:23, reine_marguerite , Anglia
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 czerwca 2011
Tempus fugit, czyli angielska wiosna

Co roku najbardziej irytuje mnie fakt, że najbardziej ponure, szare, zimne i krótkie dni "ciągną się jak makaron", a wiosna i lato przechodzi niczym burza. I tyle je widzieli. 

Sama nie wiem, jakim cudem kalendarz pokazuje datę 10 czerwca, choć jeszcze niedawno odliczałam dni do wakacji w Bretanii na początku maja. 

Co roku więc z zachwytem przyglądam się pierwszym pączkom na drzewach i pierwszym kwiatom, a także z czułością śledzę małe puchate łabędziątka pod czujną opieką pary białych, dostojnych skrzydlatych rodziców. Nawet jeśli to głupie i naiwne, to bez wątpienia na te chwile czekam, gdy nadchodzi zima.  

Ba, radość czerpię również z ogródkowych prac. Mam więc nie tylko kwiatowe klomby, ale też krzew malin (jak na razie bez owoców) i świeże truskawki (w liczbie może dziesięciu), do tego miniaturową marchew, a na parapecie w kuchni - świeże zioła: bazylię, dwa rodzaje mięty, oregano, tymianek, pietruszkę i szczypiorek. 

Po dość długim okresie suszy zrobiło się lekko zimnawo, wietrznie i deszczowo, co niewątpliwie dobrze wpływa na stan nowego trawnika i całej ogródkowej plantacji. 

Kota w ciepłe dni (a zwłaszcza wieczorami) szaleje w ogródku, przełażąc przez płot do sąsiadów i przesiadując na drzewach albo na nieco dziurawym daszku drewnianej chatki na narzędzia. 

A ja lubię przesiadywać przy stoliku, sącząc wino i słuchając ptasich świergotów. 

Ostatnio parze gołębi zachciało się amorów, czego nawet pies nie przegapił, a jakże...

Niby jest tak spokojnie, ale szykują się zmiany. O tym w następnym odcinku. 

 

 

 

 

 


21:39, reine_marguerite , Anglia
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka