La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
sobota, 28 czerwca 2008
Kura nie do konca udomowiona

Od wtorku siedze w Valenciennes i juz po trochu stracilam rachube czasu. Dzis chyba jest sobota, prawda? Czesc moich bambetli wciaz "zimuje" w Lille, ja natomiast duchem i cialem jestem juz w Valenciennes. Bylam przekonana, ze jak w przypadku wielu miast na polnocy Francji bedzie to jakis architektoniczny koszmarek, a tu tymczasem wielkie zaskoczenie... ba, prawie ze milosc od pierwszego wejrzenia. Zreszta pierwsze zachwyty dopadly mnie juz w drodze pociagiem - krajobrazy plaskie niczym w Pyrlandii, ale za to jakie widoki! Wszedzie pola, a i lasy tez sie znajda, do tego laciate krowy na lakach, siwe konie, kozy i owce na pastwiskach, malownicze wioski i miasteczka z domami z czerwonej cegly... I samo Valenciennes, ktore od razu przypadlo mi do gustu.

Do grona francuskich zon jeszcze nie dolaczam, ale do Valenciennes sprowadzila mnie wlasnie... milosc. Co za wielkie slowo. Jak przystalo na posluszna jeszcze-nie-zone, podazam za moim przyszlym panem i wladca zgodnie ze starozytnym porzekadlem "Gdzie ty, Kajusie, tam i ja, Kaja". W zasadzie jeszcze nie do konca jestem pewna, czy zostane tu na dluzej, bo - jak wiadomo - mezczyzna zmienna istota jest, a ja przeciez nie moge zyc pod mostem.

Siedze wiec w domu - ja, ktora zarzekalam sie, ze nie dla mnie rola kury domowej - i czekam na swojego mezczyzne z kolacja albo wychodze do sklepu po zakupy. Siedzenie w domu polega raczej na pracy przed komputerem, a nie na ogladaniu TV i chrupaniu czipsow, niemniej czuje sie nieco dziwnie. Wolalabym zamiast tego pelnoetatowego w zasadzie sleczenia przed komputerem chodzic jak kazdy normalny czlowiek do pracy od poniedzialku do piatku... I nawet najciekawsza ksiazka do przetlumaczenia nie sprawi, ze poczuje sie jak "normalny czlowiek". Bo z reguly - gdy na pytanie "a czym wlasciwie sie zajmujesz" - odpowiadam zgodnie z prawda: "jestem tlumaczka (choc nie tylko), ale pracuje w domu", slysze poblazliwe "to ty nie pracujesz, tylko sie obijasz". Obijam sie, jasne...

Tak wiec obijam sie, z wyrzutami sumienia czekajac w domu na "normalnie pracujacego" Samuela, a przy okazji spelniam sie jako poczatkujaca femme au foyer. Uwijam sie w nowym gniazdku niczym swiezo upieczona malzonka, choc wciaz jeszcze spora czesc moich ubran i rzeczy mam w Lille. Nie da sie ukryc, ze od polozonej tuz przy wielgachnym szpitalu klitki w Lille (ach, te syreny karetek pogotowia co piec minut, do tego linia kolejowa prawie pod oknami i jakies roboty drogowe od samego switu) wole przytulne mieszkanko w Valenciennes. Jedyne odglosy, jakie tu do mnie docieraja, to spiew ptakow (mamy taki miniogrodek, ktory nazywam "wybiegiem") i szczekanie miejscowych kundelkow, choc dom znajduje sie w samym centrum na starowce, doslownie kawalek od glownego placu, tyle ze przy bocznej, w dodatku slepej uliczce. Na samym jej koncu znajduje sie bowiem brama prowadzaca do zabytkowego budynku, w ktorym miesci sie szkola. A jako ze sa wakacje, to i spokoj jest. 

Glowna atrakcja mieszkania sa jednak drewniane belki przecinajace sufit - jak w starym domostwie. Z kolei na drewnianej klatce schodowej pachnie jak w starym drewnianym kosciolku. Niesamowite uczucie dla kogos, kto w zasadzie cale zycie spedzil albo w brzydkim bloku, albo w roznej masci "nowych" budynkach. W kazdym razie zdazylam sie juz tutaj zadomowic i oby tylko "nie wychlodlo" mojemu mezczyznie, bo kolejnej przeprowadzki juz chyba nerwowo nie wytrzymam.

Poniewaz dom jest stary, czasem mam wrazenie, ze zyje wlasnym zyciem. Chocby dzisiaj. Od strony lodowki doszlo mnie jakies chrzeszczenie i chrobot. Pomyslalam najpierw, ze moze cos z lodowka jest nie tak i zaczal sie nam rozpuszczac lodowiec z zamrazarce. Otwieram lodowke - cisza. Mowie wiec sobie: moze woda gdzies cieknie... Ale nic, podloga sucha. Jest wiec jeszcze jedna mozliwosc: myszy. Zajrzalam do szafki pod zlewem - faktycznie, cos tam chrobocze. Nie, zebym miala wpasc w histerie na widok malej myszki, ale wizja podgryzionego i nieco spaskudzonego jedzenia nie wydaje mi sie zbyt zachecajaca.

Jako ze oboje z Samuelem jestesmy kociarzami, wiec pewnie futrzana kulka rozwiazalaby problem gryzoni, jednak poniewaz mamy (chyba juz czuje sie jak u siebie, skoro uzywam liczby mnogiej ;-D) cos w rodzaju miniwybiegu, kot prawdopodobnie latalby wszystkim sasiadom po mieszkaniach, jesli oczywiscie nie trzeba byloby ktoregos dnia wzywac pompiers, zeby wyciagneli kota z komina lub rynny albo zdjeli zwierza z dachu.

Przymierzam sie do kupna pojazdu jednosladowego napedzanego noznie, bo chociaz po miescie kursuja tramwaje i autobusy, to jednak rower wydaje mi sie calkiem przyjemnym srodkiem transportu. Co prawda bulanzerie mam zaraz na rogu, a wszystkie mozliwe sklepy prawie w zasiegu reki, niemniej rower wlasciwy dla mojej postury bylby niezlym rozwiazaniem. Rower Samuela nie wchodzi w rachube, bo pewnie potrzebowalabym drabiny, zeby na niego wsiasc.

Pogoda w kratke: czyli czasem slonce, czasem deszcz. Nic nadzwyczajnego: jestesmy przeciez chez les chti's.

Bon weekend!

poniedziałek, 23 czerwca 2008
Pierwsze wrazenia

Et voilà, je suis de retour à Lille. Upal niesamowity niczym w tropikach, ja zmeczona, ale szczesliwa. Internet padl, wiec siedze w kafejce i przestawiam sie na francuska klawiature.

Ciesze sie, jak gdybym co najmniej los na loterii wygrala - kto by pomyslal, ze radosc sprawi mi powrot do miasta, z ktorego kiedys chcialam uciekac, gdzie pieprz rosnie. ;-)

Dopadla mnie taka migrena, ze ledwo dotargalam sie do apteki. Poprosilam o cos najmocniejszego, co nawet slonia wybawiloby od bolu glowy, gdyby sloniom przytrafialy sie gigantyczne bolesci tej wlasnie czesci ciala. Aptekarz, jakby przeczuwajac moje intencje, poinformowal mnie, ze przysluguje mi tylko jedna tabletka na 6 godzin. Wieksza ich ilosc grozi bowiem malo ciekawymi sensacjami zoladkowymi. A ja juz chcialam gdzies w zaciszu lyknac od razu jakas konska dawke, ale nic z tego...

Tak poza tym miewam sie dobrze, tyle ze padam na pysk ze zmeczenia po podrozy. Jestem blada od niewyspania i oprocz polowy pudelka "ptasiego mleczka", ktore opylilam po poludniu, nic jeszcze nie jadlam, bo nie mam na nic ochoty w taki upal. No, moze poza slodyczami. :-)

Moj wspollokator jutro rano wyjezdza na caly miesiac z Francji. Juz zacieram rece z radosci, bo bede miala swiety spokoj, a takze czysta chate, oczywiscie dopiero wowczas, kiedy doprowadze calosc do stanu uzywalnosci. Juz dawno nie widzialam takiego syfu... Cale szczescie, ze to tylko tymczasowe rozwiazanie, inaczej musialabym tu sprowadzic cos w rodzaju Sanepidu na kontrole. ;-)

Jutro wieczorem wybieram sie do Valenciennes (50 km od Lille). Tak sie zastanawiam, czy to wlasnie tam sie nie przeprowadze. Ale o tym na razie cicho sza. :-)

Jeszcze tylko telefon do "wladz" i mozna spac spokojnie.

Dzis jest poniedzialek. Kiedy zobaczylam dzis okolo 11h przed poludniem dosc pustawy dworzec Lille Flandres i jakies takie spokojne srodmiescie, zadalam sobie pytanie: Czy dzis aby nie sobota? ;-)

Co tez ta pogoda i Francja robia z czlowiekiem. ;-)

 

20:14, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
środa, 18 czerwca 2008
Marsylia





Natrafilam na jedyne zdjecia z Marsylii sprzed czterech lat... Zrobilam je w okolicach dworca kolejowego - mialam jedynie godzine do odjazdu pociagu w kierunku Nicei, wiec w zasadzie pokrecilam sie tylko w poblizu i na tym skonczyla sie moja przygoda z tym miastem... ;-) Moze kiedys znow tam sie wybiore...
wtorek, 17 czerwca 2008
Pakuje walizki, czas wracac do Francji...

Bilet lezy spokojnie w szufladzie, walizka wciaz stoi pusta i juz sie powoli niecierpliwi, w szafie gory niewyprasowanych ubran, do tego trzeba jeszcze odniesc buty do szewca, pozalatwiac tysiace waznych spraw... a tymczasem wyjazd juz w niedziele.

Wracam do Lille.

Moj przyszly wspollokator juz czeka na mnie. Mam nadzieje, ze sie dogadamy i nie dojdzie ktoregos dnia do rekoczynow. ;-)

Ulubiony absztyfikant wzdycha za rychlym spotkaniem, a pozostali grzecznie czekaja na swoja kolej. ;-) Zartuje oczywiscie - jak na razie tylko jeden piekny pan zaprzata moje mysli od pazdziernika i pewnie jeszcze porzadnie zawroci mi w glowie. Kto wie... ;-)

Paradoksalnie, tak sie do tej Francji przyzwyczailam, tak sie z nia zzylam, a tu prosze - wystarczy miesiac lub dwa w Polsce i juz zaczynam sie bac powrotow do Lille...

A jednoczesnie w glebi duszy czuje zwyczajna, prosta radosc... Z jednego domu jade do drugiego, takiego tylko "mojego", w ktorym zycie toczy sie podlug mojej miary, moich przyzwyczajen, dziwactw i guscikow. Mialam pomieszkac w Lille tylko rok, a tymczasem siedze tu i siedze, zbieram sie do przeprowadzki niczym sojka za morze... i nic, wciaz zyje chez les Chti's.

I tylko powtarzam sobie niczym mantre: bedzie dobrze, t'inquiete pas. ;-)

P.S. Ktos zaproponowal mi zartem zmiane gazetowego pseudonimu na Reine Margarine. Prosze bardzo, pisze wiec do Was nie kto inny, tylko sama Reine Margarine. ;-)

 

środa, 11 czerwca 2008
Stare zakatki Lille...

Grand' Place, czyli place du General de Gaulle

 

rue Saint-Etienne

rue Esquermoise i najstarsza cukiernia w Lille

 

rue Esquermoise

 

 

 

 

 

 

w głębi - kościół św. Katarzyny (eglise Sainte Catherine)

 

rue Leonard Danel

 

rue Royale - budynek Banque de France

Banque de France jak zawsze "obsadza" najlepsze "chalupy" w miescie. W Strasburgu budynek Banque de France miesci sie na placu Broglie naprzeciwko merostwa (l'hotel de ville) - jak glosi pamiatkowa tablica, to tam po raz pierwszy odspiewano Marsylianke. Z kolei w Lille naprzeciwko Banque de France znajduje sie... palac biskupi (Eveche). Bogu, co boskie, a cesarzowi.... ;-)

 

kościół św. Andrzeja (eglise Saint Andre)

To w tym kosciele, w czasie rewolucji zamienionym na magazyn i spichlerz, zostal ochrzczony najslynniejszy obywatel Lille: general de Gaulle. :-) Dom, w ktorym przyszedl na swiat w 1890 roku, znajduje sie przy rue Princesse. Obecnie miesci sie tam muzeum (oczywiscie poswiecone generalowi).

http://www.maison-natale-de-gaulle.com/

rue Princesse... Nie, to nie jest dom, w ktorym urodzil sie de Gaulle. ;-)

 

niedziela, 08 czerwca 2008
Colmar czyli perelki Alzacji

Centrum pięknego miasta Colmar to prawdziwy labirynt brukowanych deptaków dla pieszych, przy których stoją odrestaurowane budynki w stylu alzackim, zbudowane u schyłku średniowiecza i w okresie renesansu. Ulice ożywiają śmiałe kolory - niebieskie, pomarańczowe, czerwone lub zielone - jakimi pomalowano pruski mur, z którego wzniesiono domy. Słynne w świecie Musee Unterlinden ma w swoich zbiorach przepiękny Ołtarz z Issenheim.

 

 

 

 

 

 

 

W Colmarze bylam kilkakrotnie - po raz pierwszy dopiero na poczatku czerwca 2003 roku (czyli po osmiu miesiacach pobytu w Alzacji), ostatnim razem - we wrzesniu 2006 roku, kiedy przyjechala do mnie w odwiedziny najbliższa famuła. Zdjęcia pochodzą jeszcze z czasów, gdy dysponowałam w miarę dobrym sprzętem fotograficznym - zeskanowałam także kilka pocztówek (mam nadzieję, że Patekku się nie obrazi, bo to od niej ściągnęłam ten pomysł).

Do Colmaru można z łatwością dostać się pociągiem - trasa jest naprawdę malownicza, wzdłuż pól i wioseczek, z widokiem na góry i winnice... Można też dojechać autostradą (bezpłatną) ze Strasburga w kierunku Miluzy. Szczerze mówiąc, choć samochód wydaje się daleko praktyczniejszym środkiem komunikacji, dużą przyjemność sprawiły mi moje wyprawy pociągiem - przynajmniej ze spokojem można się pogapić przez okno.

Z dworca na starówkę, czyli tzw. Małą Wenecję, prowadzi bodajże Avenue de la Republique (przechodzi się obok parku z fontanną, który mnie zawsze kojarzy się - nie wiem czemu - z cours Leopold w Nancy, choć podobieństwo nie jest jakoś specjalnie uderzające). Ot, wspomnienia... Miejsce to nosi swojską nazwę Pól Marsowych (czyli Champs de Mars).

Dzielnica Petite Venise rozciąga się wzdłuż rzeki Lauch i południowego skraju starówki. Centrum miasta, w dużej mierze wyłączone z ruchu kołowego, można zwiedzać pieszo. W pobliżu starówki znajduje się co najmniej jeden podziemny parking, nie ma więc problemu ze znalezieniem miejsca do zaparkowania samochodu.

Na tym mostku (ponizej) po obu stronach rozposciera sie bodajze najpiekniejsza panorama Malej Wenecji, najchetniej chyba fotografowane miejsce w Colmarze. :-) Zwlaszcza przy pieknej pogodzie robi fantastyczne wrazenie. Mialam to szczescie, ze przyjechalam do Colmaru przed poludniem, kolo dziesiatej, gdy jeszcze nie bylo zbyt wielu turystow, a i pozniej jakos nie zaroilo sie od tlumow. Moglam wiec bez przeszkod spacerowac po waskich uliczkach i delektowac sie ich urokiem. Im bardziej poznawalam Alzacje, tym wieksze stawalo sie moje przywiazanie do tych okolic i samego Strasburga.

 

Ten sam widoczek, ale trzy lata pozniej - famula zachwycila sie Alzacja, co mnie zreszta nie dziwi. Objezdzilismy waskimi drogami pol Alzacji, z jej winnicami, malowniczymi wioseczkami i miasteczkami, dotarlismy do zamku Koenigsburg, wdrapalismy sie na Mont Sainte Odile, byly spacery brzegiem Renu, dzielacym Francje od Niemiec... Zalowalam tylko, ze nie moglam pokazac moim bliskim Lotaryngii, mojej drugiej milosci po Alzacji. Zabraklo niestety czasu...

 

I znow powtorka. Colmar najlepiej zwiedza sie wiosna i latem, co wydaje sie oczywiste. Wpadlam kiedys z wizyta do Colmaru w lutym i wszystko wydalo mi sie takie smutne i uspione. Poznikaly przepiekne klomby i kwietniki, a nieoswietlone slonecznymi promieniami kolorowe kamieniczki wydawaly sie przyblakle... Urok tego miejsca pozostaje taki sam bez wzgledu na pore roku, lepiej jednak wybrac sie tam wowczas, gdy miasto prezentuje sie w calej swojej krasie.

 

A tu pocztowka - i zupelnie bajkowe kolory. :-) Mozna sie skusic na przejazdzke (przeplywke?) lodzia kanalami - kto byl w Brugii, wie ze czekaja tam podobne atrakcje, ale w zwielokrotnionym wymiarze. :-)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na średniowiecznych ulicach starówki, takich jak rue des Clefs, Grand' Rue i rue des Marchands, można zobaczyć wiele domów wzniesionych z pruskiego muru. Godny uwagi jest zbudowany w 1537 r. Maison Pfister (na pocztówce poniżej), przy rue des Marchands naprzeciw numeru 36. Architekturę tego budynku urozmaicają delikatnie malowane panneaux, wymyślne okno wykuszowe i rzeźbiony, drewniany balkon.

Musee Bartholdi (Muzeum Bartholdiego), rue des Marchands 30, poświęcone jest życiu i twórczości rodowitego mieszkańca Colmaru, Frederica Augusta Bartholdiego (1834-1904), twórcy nowojorskiej Statuy Wolności. W domu, gdzie urodził się artysta, można zobaczyć niektóre jego prace oraz pamiątki po nim.

 

Wejście do muzeum

 

 

Przy placu Dominikańskim (place des Dominicains) stoi gotycki kościół dominikanów (Eglise des Dominicains), kiedyś zdesakralizowany i wykorzystywany jako targ zbożowy. Znany jest ze swych XIV- i XV-wiecznych witraży oraz słynnego tryptyku La Vierge au buisson de roses (Madonna z różanym krzewem - mnie bardziej podobałby się tytuł: Madonna wśród róż, 1473) pędzla Martina Schongauera. To arcydzieło, przedstawiające postać Maryi o łagodnych oczach, tulącej w ramionach małego Jezusa, dostało się na czołówki gazet, gdy zniknęło na 18 miesięcy po kradzieży w styczniu 1972 r.

 

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka