La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 26 czerwca 2007
Prawie rok temu...

Od ostatniego wpisu minely lata swietlne. Zabraklo mi czasu, ochoty i serca do dalszych zapiskow. Jeszcze przez co najmniej dwa tygodnie moje zycie bedzie jednym wielkim oczekiwaniem...
Nic mi sie nie chce.

A poniewaz w koncu kupilam skaner, swiat ujrza dzis (wreszcie) moje foty z zeszlorocznych wakacji w Fecamp w Normandii. Spedzilam tydzien w uroczym nadmorskim miasteczku i choc pogoda nie dopisala, to jednak udalo mi sie zachowac dobre wspomnienia...





Uwielbiam dlugie spacery po plazy i przyjemny chrzest piasku pod stopami. Jednak na kamieniach w Fecamp mozna bylo sobie polamac nogi. A zejscie do wody przypominalo tortury. Podwojne tortury - jak dotrzec do wody i nie poranic sobie golych stop, a po drugie - jak powoli "oswajac sie" z zimna woda, a jednoczesnie nie pasc paszcza prosto w morskie odmety, straciwszy uprzednio rownowage na jakims kamlocie? ;-)

Mimo wszystko zapach morskiej wody, przyjemna cisza (kiedy akurat plaza swiecila pustkami) i szum morza wprawily mnie w wyjatkowo dobry nastroj... I nawet kamienie przestaly mi przeszkadzac...

Zreszta, zgodnie ze swoim zwyczajem, spedzilam niemalo czasu, wyszukujac kamieni o ciekawych ksztaltach, ktore moglabym pozniej zabrac ze soba do domu w celach czysto dekoracyjnych. Do plecaka trafil wiec kamyk w ksztalcie zeba, z dziura na wylot, wywiercona zapewne przez jakies cierpliwe i zdeterminowane stworzonko. Kolejny okaz znaleziony na plazy przypomina jajko. Oba egzemplarze pomalowalam w jakies esy floresy. Trzeci natomiast wyglada za to jak skamienialy kotlet - stoi na polce, podtrzymujac ksiazki przed niechybnym upadkiem. ;-)





Niestety, pogoda we wrzesniu raczej nie dopisala. Po dwoch slonecznych dniach nastala pora deszczowa, ktora ustala w dniu naszego powrotu do Strasburga. Jak pech, to pech...

Do tego zapomnialam zabrac z domu aparat fotograficzny (ktory w owym czasie jeszcze jako tako funkcjonowal). Skonczylo sie wiec na tym, ze za pare euro kupilam w supermarkecie aparat-zabawke na korbke i przy pomocy tego jakze skomplikowanego sprzetu najwyzszej klasy pstryknelam kilka fotek.




Przyznam szczerze, ze chcialabym tam jeszcze kiedys pojechac. Nie tylko ze wzgledu na przepiekne pejzaze i wysokie klifowe wybrzeze w okolicach Fecamp. Takze i normandzka wies zasluguje na uznanie - ze swoimi brazowymi i bialymi krowami, stadami owiec, soczysta zielenia, barwnymi domkami, kretymi drogami wsrod pol i lasow itp. ;-)





Sztormu nie udalo sie zobaczyc, ale i tak fale rozbijajace sie o brzeg byly naprawde imponujace. A wskutek przyplywu nie mogam niestety odbyc dlugiego spaceru wzdluz brzegu, ktory sobie zaplanowalam na samym poczatku.









Na sama gore tez sie wspielam, co zajelo niemalo czasu... Najprostsza i wcale nie najkrotsza trasa wiedzie niestety wzdluz domostw polozonych przy asfaltowej drodze.






Jeden z nielicznych slonecznych dni...









środa, 06 czerwca 2007
Smieja sie z ciebie, biedaku...

Czy ty kiedys przestaniesz molestowac mnie tymi zdjeciami jak jakis namolny paparazzi? Nawet przy komputerze nie moge spokojnie posiedziec, zeby poczytac ksiazke, na ktorej wlasnie sie usadowilem!



Miala babulenka... nie, nie kozla rogatego, tylko wscieklego kota.

To cos na szyi kocieja, to nie antena satelitarna, tylko kolnierz od weta, zeby sie kot nie lizal w miejscach posmarowanych mascia. W poprzednim kolnierzyku, duzo mniejszym, kociej wygladal jak babusia w czepeczku, z kokardka zrobiona z bandaza na szyi. Niestety, dla kocieja kolnierz okazal sie za maly, w zwiazku z czym zakupiony zostal nowy, wiekszy egzemplarz, ktory bardziej pasowalby do sredniej wielkosci psa niz sredniej wielkosci kota. Niestety, kociej jest duzy, wiec i kolnierz musi byc duzy...



Nowy model lampy na biurko. Brakuje tylko zaroweczki w kocim pyszczku. ;-)



Egipska statuetka na parapecie okna. Statuetka pokryta jest czarnym futrem i wazy okolo siedem kilo. Wiek znaleziska: szesc i pol roku. Prosimy nie dotykac eksponatu! Gryzie!





Kocie zwloki na stole.



Teatrzyk cieni - akt I.



Teatrzyk cieni - akt II.




Firanka jeszcze nie rozdarta? Juz sie robi, szefowo! To tylko drobne niedopatrzenie!




16:28, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 czerwca 2007
Za sciana, za drzwiami

Dzisiejszy wpis dedykuje moim sasiadom. Tym zza sciany i tym z najblizszej okolicy. Jak wiadomo (pisalam juz o tym kiedys, a nawet wkleilam foty), mam przyjemnosc i zaszczyt mieszkac tuz przy uczelni, w akademiku, za to z wlasnym mieszkankiem. Takim z kuchennym kacikiem, duza lazienka itp. Nic nadzwyczajnego - no, moze poza uciazliwym brakiem niektorych potrzebnych mebli, jak chocby drugiego stolu i jakichs kuchennych szafek. Od samego poczatku bylo jednak jasne, ze dla rocznego nawet pobytu nie oplaca sie kupowac zadnych "ruchomosci". Bo co mialabym pozniej z nimi zrobic? Zabrac szafe do pociagu? Wynajac tira do przeprowadzki? Coz, brak niektorych mebli (lozko, na szczescie, stoi cale i zdrowe) bywa uciazliwy i sprzyja powstawaniu balaganu, ktorego usuwanie zajmuje sporo czasu i energii. A i to na nic.

Co maja do tego sasiedzi? Sa i daja o sobie znac. Mniej lub bardziej halasliwie. Mam jednak to szczescie, ze ewentualnych sasiadow moge miec tylko obok siebie z jednej strony, nad moim mieszkaniem i naprzeciwko. Pode mna nie ma nic. Obok tez nic, za to mam sciane frontowa budynku. Nie po raz pierwszy zreszta. Co sie tyczy sasiadow, to obok mnie mieszka niezydentyfikowany Murzyn (przepraszam, Afrykanczyk), a naprzeciwko - Murzynka. Mowimy sobie "dzien dobry", tzn. ja - dobrze wychowana panienka z dobrego domu - mowie pierwsza, a Murzyn odburkuje cos pod nosem. I tyle. Zadnych blizszych kontaktow. Kontakty towarzyskie Afryka ma jednak bardzo rozbudowane, o czym swiadcza liczne wizyty zarowno u Murzyna, jak i mojej czarnoskorej sasiadki z naprzeciwka.

Swiadcza o tym roznego rodzaju odglosy:
- rozmowy o sile decybeli takiej, jak gdyby rozmawiali miedzy soba przyglusi i jeden musial drugiego przekrzykiwac, zeby cos zrozumiec;
- smiechy, ktore trudno zaliczyc do normalnych, skoro slysze je z drugiego konca korytarza (sprawdzilam na sobie - jakkolwiek glosno bym sie nie smiala, nie slychac mnie zza zamknietych drzwi: chyba powinnam pocwiczyc rechot na cale gardlo i wprawiac sie w smiechu, ktory okreslam mianem zapiewajacego);
- muzyka, ktora przypomina disco polo, ale w wersji afro; celuje w tym glownie Murzyn zza sciany, ktory zapodajac mi kolejne kawalki swoich ulubionych zapiewajlow, umila mi w ten sposob niedzielne poranki;
- rozmowy na korytarzu przez telefon komorkowy - mieszkania nie sa dobrze wyciszone i naprawde dobrze slychac, co dzieje sie na zewnatrz. Nie wstajac od stolu, doskonale wiem, o czym rozmawia przez 45 minut kolega Murzyna, ktory wlasnie przyszedl do niego w odwiedziny i w ramach uprzejmosci wobec owego kolegi rozmowe przez telefon przeprowadza na korytarzu;
- nocne pogaduchy przy otwartym oknie - nie ma to, jak ploty o pierwszej nad ranem, kiedy czlowiek musi sie wyspac, a tu mu gdacza nad uchem, bo im sie nawet na spacer wyjsc nie chce. A park tuz obok.

W nocy z soboty na niedziele w ktoryms z mieszkan odbyla sie glosna imprezka, przerywana trzaskaniem drzwiami i biegami po calym akademiku. Rozrywka dla wszystkich pozostalych lokatorow na pietrze. W niedziele wieczorem impreze urzadzili Murzyni, ale zabawe - o dziwo - zakonczyli w przepisowym terminie, czyli kolo 22. O dalszych losach uczestnikow imprezy prasa milczy.

W weekend Murzynka jak zwykle wystawila na korytarz swoje worki ze smieciami, w ktorych to workach znajdowaly sie m.in. wydzielajace aromatyczne wonie resztki jedzenia. Kontener na smieci znajduje sie parenascie metrow od budynku. Murzynka mieszka na pierwszym pietrze w budynku z winda. I chyba bardzo chcialaby miec u siebie karaluchy. I nie tylko u siebie. Co tam, niech inni tez maja u siebie te przesympatyczne stworzonka.

Aby nikomu nie wydawalo sie, ze jest za cicho, sasiad z jednorodzinnego domku znajdujacego sie tuz kolo akademika, postanowil w niedziele po poludniu nie tylko skosic trawe w ogrodku, ale i pila elektryczna podciac galezie drzew i porabac drewno. Co za wspanialy mezczyzna!

Ale nie narzekam. Za oknem rozciaga sie bowiem duzy park. Teraz, gdy liscie drzew zaslaniaja okoliczne budynki, mam wrazenie, ze przed domem rozciaga sie olbrzymi ogrod. Wieczorami, gdy nie jezdza juz tak czesto samochody, nie ma nic przyjemniejszego niz posluchac spiewu ptakow. A jest ich tu naprawde mnostwo, w tym moje ulubione kosy. Zadnej ulicy tuz pod oknem, zadnych ohydnych blokow naprzeciwko... zyc, nie umierac. Nawet z takimi sasiadami...

Jedynym minusem owego parku sa trzy sztuczne wybetonowane stawy, ktore kiedys - owszem - byly stawami i moze nawet wygladaly atrakcyjnie. Dzis juz tylko w jednym zostalo troche wody i choc nie wydziela ona zadnych przykrych wyziewow, to jednak stanowi cudowne miejsce dla rozmnazania sie ukochanych przez wszystkich owadow, zwanych komarami. Kiedy ostatnio ucieszylam sie, ze do tej pory nie widzialam tu ani jednego ssaco-klujacego paskuda, wczoraj o drugiej w nocy zbudzilo mnie znajome bzykanie kolo ucha. Owiniecie sie koldra niczym mumia nie przynioslo spodziewanych rezultatow. Zamiast tego po kilku minutach malo sie nie udusilam. Po paru chwilach desperackiego poszukiwania winowajcy, skapitulowalam: "A niech tam! Chcesz mnie gryzc, to prosze bardzo, ale tylko w nogi!" Nalozywszy koldre na glowe, wystawilam swoje piekne konczyny dolne na wierzch i zasnelam. Komar wzgardzil jednak moimi wdziekami, poniewaz rano na moim ciele nie odkrylam ani jednego sladu ukaszenia. Chryste Panie, ja to juz nawet komarom przestalam sie podobac... ;-)

Ach, bylabym zapomniala: jest jeszcze meloman z mieszkania na parterze. Biedny Murzyn, ktory mieszka tuz nad nim... Meloman odtwarza u siebie wszystkie mozliwe tubes d'été, nawet te z polowy lat 90, jak rowniez roznej masci hiphopy, modne umpa-umpa i wszytko to, co wywoluje cudowne wrecz wibracje w sasiednich mieszkaniach i rownie wspanialy, charakterystyczny gluchy lomot.

Obecnie rozgladam sie za nowym lokum. Zarowno tu, w Lille, jak i w Nancy. Jeszcze nie jestem pewna, czy zostane na polnocy Francji, czy moze jednak na jakis czas zadomowie sie w Lotaryngii. Z nowymi sasiadami na pewno jednak nie bede sie nudzic. Juz teraz jestem tego pewna... ;-)

poniedziałek, 04 czerwca 2007
Kocie powiastki

A skoro juz przy kotach jestesmy... Kupilam dzis sobie u bukinisty, ktory rozstawia czesto swoje stoisko przed budynkiem uczelni, zabawna i przesympatyczna ksiazke:




17:59, reine_marguerite , Innusie
Link Dodaj komentarz »
Balast zrzucony

Taak, z cala pewnoscia poprzedni wpis byl nie tylko sensacyjny, ale i wybitnie interesujacy dla przypadkowego czytelnika. O czym swiadczy komentarz pod tekstem. :-) A jakze, nudy na pudy. Albo moze inaczej: nie potrafie pisac "z zyciem". Tant pis pour moi.

A propos zgubienia kilku kilogramow: dieta zwana kopenhaska jest do bani. Schudlam na niej moze ze dwa kilo, ale tez nie przestrzegalam sumiennie litery prawa: tj. zamiast czerwonego miesa jadlam rybe, zamiast dwoch jajek - jedno, zamiast kostki cukru w kawie - slodzik. Krotko mowiac, w nosie mialam "grozby" adresowane do potencjalnych "glodujacych" w rodzaju: "jesli w czasie trwania diety zjesz chocby tik-taka, to cala dieta na nic". ;-) A gdy juz naprawde nie moglam wytrzymac z glodu, to chrupalam marchewke. W kazdym razie oduczylam sie jesc chleb, makaron i ryz, zarzucilam tez slodkie platki sniadaniowe na rzecz otrebow, no i najwazniejsze - nie ciagnie mnie juz do slodyczy. Taak, na pewno... Przyznam sie bez bicia, tydzien temu zzarlam w przeciagu 48 godzin cala torebke pysznych, kruchych smietankowych krowek, ktore przywiozlam z Polski na otarcie lez. W szafie lezy jeszcze pudelko ptasiego mleczka. ;-) I tez je zjem - sama albo i nie sama. :-) A prawdziwe polskie krowki mozna tez kupic w tutejszym Carrefour, o czym dlugo, dlugo nie wiedzialam...

Wspomnialam przedwczoraj o wyjezdzie do Nancy, ale zapomnialam dodac, ze bilety nabylam za grosze: tylko 15 euro w jedna strone. Prezent od SNCF z racji otwarcia nowej linii TGV Est. Jeszcze tylko piec dni i z Lille do Strasburga bedzie mozna jezdzic, omijajac Paryz. To mi sie podoba. :-) Bilety mozna kupowac prawie do konca sierpnia, ale co z najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem. Gdybym chciala wybrac sie do Nancy w innym terminie, musialabym wydac pewnie co najmniej 150 euro, jesli nie wiecej. Trafila sie okazja...

Ciagnie mnie do Nancy jak mojego kota do waleriany. A propos mojego kota: kocisko takze schudlo i to prawie cale dwa kilo, co w przypadku zwierzecia o masie 9 kilo stanowi calkiem pokazny balast. Kociej odzyskal jako taka forme przystajaca kotu i zamiast futrzanej kuli z brzuchem w ostatniej fazie ciazy spozywczej mamy sporego i "przypakowanego", ale juz nie tak grubego, zwierza. Choc oczywiscie kociej nadal porusza sie glownie na linii kanapa - fotel - kuweta - miska z jedzeniem - miska z woda. Wszystko przezornie rozstawione w roznych miejscach mieszkania, zeby nie zapomnial, po co ma lapy. :-) Kotkowi trzeba bylo jednak zamontowac kolnierz wielkosci abazura od lampy. Poprzedni byl mniejszy i wygodniejszy, ale nie zdal egzaminu. Kociejowi trzeba bowiem smarowac mascia lapke i brzuszek. I choc masc ponoc jest nieszkodliwa dla kociego zoladka, to jednak nie po to bawilam sie w siostre milosierdzia, zeby kot lizal sie przez nastepne dwie godziny. W nowym kolnierzu kot wyglada, jakby zalozono mu na szyje antene satelitarna. I choc dzwiga te obrecz tylko przez godzine, co dwa dni, to jest mi biedaka zal, a jednoczesnie nie moge sie powstrzymac od smiechu. Kocieja zaprezentuje jutro - wyglada naprawde przekomicznie. :-) No i nie ma mowy o gryzieniu, kiedy abazur znajduje sie juz na kociej szyi. Po ostatnim ukaszeniu przez tego malego potwora wciaz mam kilkucentymetrowa blizne na dloni, ktora pewnie niepredko zblaknie. Tak jak dosc glupia blizna, ktora mam tuz nad lewym kolanem. Czy jest bowiem cos glupszego niz przypadkowe przypalenie nogi goracym zelazkiem? ;-)

sobota, 02 czerwca 2007
Bon weekend

Moj blog, porzucony na czas blizej nieokreslony, domaga sie kolejnych wpisow.
Sobota, 2 czerwca 2007:
Pogoda jakas taka rozmyta. Przedwczoraj upaly, wczoraj deszcz i jesienna aura, dzis - takie byle co na niebie, moze bedzie ladnie, a moze znow bedzie lalo. A mnie potrzeba duzo slonca i duzo zieleni - oby jak najdluzej. :-)

Konca harowki jak nie widac, tak nie widac. Pojechalam na sesje naukowa, napracowalam sie nad referatem, zeby publika nie posnela z nudow i udalo sie. Nie usnela. Siedze i dlubie nad moim doktoratem, czas leci, maj sie skonczyl, czerwiec przeleci lotem ptaka i tyle go bede widziec... a pracy ubylo tylko troche, za to przybylo mi siwych wlosow na glowie i dodatkowych zmartwien.

Nie moge sie za to doczekac wyjazdu do Nancy. I po raz pierwszy nie bedzie to podroz przez Paryz, ale prosciutko nowa linia TGV Est z Lille w kierunku Strasburga. Kupilam bilet na 13 czerwca. Pierwszy pociag na nowej linii TGV wyruszy 10 czerwca, mam wiec zaszczyt byc jedna z pierwszych pasazerek testujacych kolejna trase szybkiego pociagu. Wyjazd z Lille (dworzec Lille Europe) o dziewietnastej, przyjazd na miejsce - dwie godziny pozniej. Jeden minus - trasa z Lille do Strasburga omija Nancy i Metz. Pociagi zatrzymuja sie na dwoch nowych dworcach: Meuse TGV i Lorraine TGV. Czyli krotko mowiac, gdzies w polu. :-) W moim przypadku: na terenie gminy Louvigny. Gdyby nie to, ze przyjezdza po mnie przyjaciel, musialabym sie niezle natrudzic, zeby dotrzec do stolicy Lotaryngii.

W Nancy spedze kilka dni, do poniedzialku 18 czerwca wlacznie. A wlasciwie nie w Nancy, tylko w rownie uroczym Luneville, tym samym, w ktorym cztery lata temu czesciowo spalil sie przepiekny zabytkowy palac Leszczynskiego (obecnie w trakcie rekonstrukcji). Nie wybieram sie jednak na wakacje, lecz w sprawach "sluzbowych". I nie tylko... Moze juz niedlugo bede nowa mieszkanka Nancy. Ale o tym na razie cicho sza, bo jeszcze zapesze i nic z tego nie wyjdzie. :-)

Ze spraw bardziej przyziemnych: na ostatnia chwile, czyli pol godziny przed zamknieciem merostwa Villeneuve d'Ascq, zlozylam oswiadczenie o dochodach za ubiegly rok. A i tak w poniedzialek musze jechac do urzedu skarbowego z zapytaniem, czy aby nie nalezalo mojego stypendium wpisac do dochodow. Na tak postawione pytanie do tej pory nikt nie dal mi jednoznacznej odpowiedzi. A w internecie trudno znalezc jakies konkrety.

Jeszcze nie wiem, czy spelnia sie moje male wakacyjne marzenia, czyli podroz na poludnie Francji (w lipcu) i miesiac we Wloszech (w sierpniu). On verra...

Zycie w biegu bywa meczace, wole jednak stres, ciagle wyjazdy, intensywna prace od nudy i rutyny. W najgorszym razie, jesli nic sie nie powiedzie, zostane w Lille. Skoro po osmiu miesiacach pobytu w tym miescie jeszcze nie umarlam, to znaczy, ze jestem odporna na "polnocne bakcyle" i moge spac spokojnie. :-)

Jeszcze jedna dobra wiadomosc: od mniej wiecej 10 kwietnia stracilam piec kilo. Drugie tyle i osiagne nirwane. ;-)


11:41, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka