La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 27 czerwca 2006
Z magnolia w roli glownej
Magnolie na placu Republiki kwitna dwa razy w roku: w kwietniu i w lipcu. Place de la République to takze adres innych, niemniej interesujacych mieszkancow, sposrod ktorych zasluguja na wzmianke: gingko biloba i figowiec.
Mnie udalo sie "dopasc" magnolie pod koniec kwietnia, zanim jeszcze przepiekne kwiaty o miesistych platkach ustapily miejsca lisciom.





Dites-lui que je pense à elle
Dans un grand champ de magnolias
Et que si tout's les fleurs sont belles
Je me brûl' souvent souvent les doigts
Des magnolias par centaines
Des magnolias comme autrefois
Je ne sais plus comment faire
Les magnolias sont toujours là

Godot wiecznie zywy, a cyklisci znowu wszystkiemu winni

Marzyly mi sie dluzsze wakacje we Wloszech, a tu tymczasem czeka mnie pracowite lato w Strasburgu z niewielka szansa na chwilke przerwy we wrzesniu. Rowniez we wrzesniu – przyjazd moich rodzicow z wizyta kontrolna plus pomoc w przeprowadzce na polnoc kraju. Lato uplynie pod znakiem sleczenia nad ksiazkami (to w ramach mojego doktoratu) i tlumaczeniami; nie tylko dlatego, ze musze uporac sie przez tych kilka miesiecy ze sprawami nie cierpiacym zwloki, lecz rowniez ze wzgledow czysto ekonomicznych.

A ja nie o tym chcialam...

Stypendia, ktore dla Francuzow sa dobrem ogolnodostepnym, dla obcokrajowcow (a konkretnie – dla Polakow) okazuja sie towarem scisle reglamentowanym i luksusowym. Przeszedlszy przez geste sito eliminacji, znalazlam sie na liscie rezerwowej stypendystow rzadu francuskiego. Krotko mowiac, mam stypendium i nie mam jednoczesnie. Czekaj, tatka, latka. Coz, nie jestem krewna i znajoma krolika, nie mam poparcia arcywaznych instytucji i roznych eminencji, a na polce w segregatorze - setek rekomendacji i referencji. Zrobilam wszystko, co mozliwe, zeby zaprezentowac sie od jak najlepszej strony, wysmazylam calkiem niezly projekt, zaswiecilam oczami przed arcywazna komisja... a teraz czekam, niczym na Godota, na ostateczna decyzje owej arcywaznej komisji z siedziba w ambasadzie Francji.

Coz, bez laski. Nawet jesli tego roku bede sie musiala obejsc ze smakiem (tzn. bez stypendium), to moje losy nie ulegna nagle jakiemus gwaltownemu pogorszeniu i raczej nie zanosi sie na to, by moj dalszy pobyt we Francji byl w jakis sposob zagrozony. Ot, trzeba sie bedzie nieco wysilic, laczac drugi, nielatwy dla doktorantow, rok studium z praca, lecz coz – nie pierwszyzna to dla mnie.

W zwiazku ze zmiana adresu powinnam byla juz dawno udac sie do wszystkich mozliwych urzedow, a glownie do prefektury, w celu zarejestrowania owych zmian. Przypominanie sie prefekturze juz po otrzymaniu niezbednych dokumentow (tzn. karty pobytu) jest jak wsadzanie kija w mrowisko albo grzebanie gola reka w ulu. Predzej czy pozniej trafi sie jakas niemila niespodzianka. Biorac pod uwage powyzsze, jak rowniez moje wrodzone lenistwo, pomyslalam, ze: primo - nie chce mi sie wstac wczesnie rano, zeby zalatwic te sprawe jeszcze przed pojsciem do pracy; secundo - na mysl o tlumach, ktore kazdego dnia okupuja urzad, trace ochote na wstawanie; tertio - czy faktycznie prefekturze potrzebny jest moj nowy adres? ;-)

Francja, biorac pod uwage jej zamilowanie do rozdetej biurokracji, jest jak PRL, tylko na wyzszym poziomie gospodarczym, jak to ujal trafnie jeden z moich znajomych. Od pazdziernika otrzymuje regularnie dodatek mieszkaniowy, co pozwala mi zaoszczedzic nieco na czynszu. W zwiazku z przeprowadzka udalam sie do CAF-u, by uzupelnic moje dossier. Jak sie okazalo, cala procedure nalezy powtorzyc od poczatku. Jeszcze raz kilka formularzy do wypelnienia, papier z akademika, dane z banku, kopia paszportu i karty pobytu (ktore rzeczony CAF juz posiada), zaswiadczenie o dochodach za ubiegly rok. Ach, i rzecz jasna – odstanie w kolejce do okienka w urzedzie. Drukujemy bilecik z automatu – w kolejce przed Pania jest: 13 osob. Dobrze chociaz, ze to okienko wylacznie do skladania podan, a nie do udzielania informacji. Ludziska maja bowiem tendencje przychodzic do urzedu w godzinach szczytu i w ramach hasla "sto pytan do..." zapuszczac korzenie przed okienkiem ku przerazeniu urzednika.

A z innej beczki: my tu za kilka dni mamy rozpoczecie Tour de France. Jako ze wstyd byloby pokazac calemu swiatu dziury i koleiny, w wielu punktach miasta, ktore nawiedza kolarze, owe uliczne dziury zalatano, a nawet polozono nowy asfalt. A co tam! Raz sie zyje! Zastaw sie, a postaw sie! ;-) A kochane wladze miasta, w ramach letniego prezentu dla mieszkancow, chlubia sie mianem "letniej stolicy sportu", jest tylko jedno "male ale". Przez trzy dni miasto pozostanie w zasadzie zablokowane. Mam to szczescie, ze nie mieszkam na trasie przejazdu kolarzy (1:0 dla mnie). Jednak aby przemieszczac sie po miescie, korzystam z uslug miejskiej komunikacji, zamiast wsiasc do wlasnego samochodu (ktorego nie mam - 1:1). Jest oczywiste, ze w ciagu tych trzech dni rozklad jazdy tramwajow i busow ulegnie powaznym zmianom (przegrywam 2:1). Pytanie za 100 punktow: jak mam dojechac w sobote i poniedzialek do pracy? Przegralam 3:1. 8 km na piechote w upale? Rozumiem, ze lato to pora pieszych pielgrzymek, ale moja firma do swietych sanktuariow nie nalezy, a mnie jakos nie ciagnie do poswiecen. Tour de France interesuje mnie rownie mocno, co mundial, czyli wcale. :-) Wiem, jestem nudna i marudna, wiecznie narzekam i ciagle mi zle. I za kare zabiora mi tramwaj. Niech sie dziewczyna troche pogimnastykuje i sport pouprawia. Jak raz czy drugi obroci w te i we wte po 8 kilometrow, to jej przejdzie ta niechec do cyklistow. :-)

wtorek, 20 czerwca 2006
Leniwe zapiski
Nie mam czasu na pisanie. Nie mam czasu na sprzatanie. Nie mam czasu na umycie naczyn. Na zrobienie porzadnych zakupow. Na wypranie gory ciuchow. Nie mam... Nie, czas moze by sie znalazl, tylko ochoty brak. Leniwa sie stalam i rozmemlana. Wracam z pracy, biore prysznic, wale sie na lozko z ksiazka i albo czytam, albo odkladam ksiazke (dobre kryminaly na zmiane z Maupassantem), zamykam oczy i zasypiam. A kiedy juz budze sie pod wieczor, to lenistwo pozwala mi laskawie ruszyc sie i przekasic cos w rodzaju kolacji, ale juz wlaczenie komputera i zrobienie notatek z ostatniej waznej lektury przerasta moje mozliwosci. Kawy nie pije (a chyba powinnam, bo przysypiam w ciagu dnia, ziewajac niczym hipopotam), zrzucilam od poczatku czerwca kilka kilo, a moje codzienne menu sklada sie z platkow na sniadanie, dwoch jablek na obiad i platkow albo salatki na kolacje. A w miedzyczasie soki i cola, od ktorej niestety sie uzaleznilam.

W pracy nie jem, pije za to jak smok wawelski wode z kostkami lodu. Szef mnie stresuje i za kazdym razem, gdy pojawia sie w polu widzenia (a niestety, dzieje sie to prawie co dzien z wyjatkiem poniedzialkow), w mojej glowie zapala sie czerwona lampka z napisem: Uwaga! Niebezpieczenstwo! :-) Szef ma dosc dziwny zwyczaj nachodzenia mnie w trakcie mojej pracy. Podchodzi do mnie z mina, ktora mowi: "wiesz, musimy pogadac", po czym staje obok i po chwili ciszy wypala (gdy ja tymczasem - z dusza na ramieniu niczym zajac w potrzasku kontra zblizajacy sie mysliwy - czekam na najgorsze): "ça va? En forme?" I szeroki usmiech rozjasnia mu twarz. A ja tymczasem zastanawiam sie, czy wygladam na kogos, kto wlasnie zapadl na ciezka chorobe i wkrotce zejdzie z tego swiata. Szefa "bratanie z ludem" wydawaloby sie nawet dosc sympatyczne, gdyby nie fakt, ze dziesiec minut pozniej potrafi w sposob uprzejmy, ale dosc wymowny, ochrzanic i czepiac sie najmniejszych drobiazgow. A mnie kazda taka jego "szpila" wyjatkowo mocno kluje i w takich chwilach wydaje mi sie, ze moje dni w tej firmie sa juz policzone. Obym sie mylila. :-)

Pogoda mnie rozbraja. Raz sa upaly takie, ze chwile po wyjsciu z domu wszystkie ubrania kleja sie nieprzyjemnie do ciala, innym razem zachmurza sie i pada. Jak chocby dzisiaj. Upal nie puszcza, ale co tam - wole to od przenikliwego chlodu i "trzesionki" w zimie. W niedziele przypalilam sobie czesc plecow i ramiona, siedzac na tarasie kawiarni z glowa i plecami w sloncu, a reszta ciala pod parasolem. Marzy mi sie kapiel w jakims czystym i chlodnym jeziorze, a tu - jak na zlosc - poza kilkoma wodnymi "zbiornikami", w ktorych czystosc smiem powatpiewac (biorac pod uwage tlumy, ktore sie tam gromadza), nic takiego w najblizszej okolicy nie ma.

Ostatnio malo nie padlam ofiara ulicznej "lapanki". Wychodze sobie z uczelni pod wieczor (po osiemnastej) i raznym, dziewczecym krokiem, stukajac obcasikami moich letnich sandalkow, podazam w strone przejscia dla pieszych. Jako ze czerwone swiatlo sie zapalilo, przystanelam, majac nadzieje, ze w tym czasie nie wyprzedzi mnie autobus (ktorym chcialam dojechac do domu) i nie zniknie za najblizszym zakretem. Samochody przejechaly, ludzik z sygnalizatora uparcie swiecil na czerwono, pogalopowalam wiec radosnie przez pusta ulice, podgryzajac zielone jablko. A gdy juz dotarlam do chodnika, kawalek jablka malo nie utkwil mi w gardle. Pare metrow dalej ujrzalam bowiem dwa znajomo wygladajace motocykle, a stojacy obok jednego z nich kierowca jakos dziwnie mi sie przygladal. Po malej chwili dotarlo do mnie, ze blekitna koszule, granatowe portki i skorzane kozaki nosza zazwyczaj panowie z drogowki. Brawo za spostrzegawczosc i refleks! Tego tylko brakowalo, bym dostala mandat za przechodzenie na czerwonym swietle. Ominelam wiec policjanta szerokim lukiem (calkiem niczym moj kot, ktory kiedy tylko cos przeskrobie, omija domownikow z daleka, w kazdej chwili gotow schowac sie pod szafa), majac nadzieje, ze on i jego kolega beda wystarczajaco zajeci wypisywaniem mandatow jakiemus zatrzymanemu pare minut wczesniej winowajcy. Dotarlam wiec czym predzej na przystanek i tam, pod oslona wiaty, uwaznie sledzilam dalsze poczynania flikow. Nie minal moment, a jadaca samochodem mloda panna wpadla w zastawiona pulapke. "Masz, czego chcialas", pomyslalam zlosliwie ("ha, ha, a mnie sie upieklo, a tobie nie" ;-)), obserwujac poczynania panny, ktora za wszelka cene probowala ukryc komorke, z ktorej przed chwila z kims rozmawiala. Bedzie mandat czy nie bedzie? Policjant w tych obcislych portkach i w blekitnej koszuli prezentowal sie calkiem calkiem... :-) Panna tez ten tego, wiec pewnie sie dogadaja. :-) Czy sie dogadali, tego nie wiem, bo przyjechal moj autobus, konczac tym samym moje obserwacje. Potem przypomnialo mi sie, ze we Francji w zasadzie nie daje sie mandatow pieszym, a latanie po ulicach, wyskakiwanie na jezdnie, wymuszanie pierwszenstwa przez ludzi to cos normalnego. Kierowcy nawet sie grzecznie zatrzymuja przed pieszym, chociaz maja zielone swiatlo i klakson w sam raz do uzytku w podobnych sytuacjach.

A internetu w nowej chalupie jak nie mialam, tak nie mam. Na 90 mieszkan gniazdko musialo "pasc" wlasnie u mnie. A ze - jak to we Francji - serwis tzw. informatyczny nie spieszy sie z naprawa, czekam wiec i czekam jak na Godota. Pewnie juz zdazyli o mnie zapomniec...

Jutro, jak co roku, "swieto muzyki". Dojade do pracy czy nie? ;-) Pol miasta znow bedzie zablokowane, ale co tam, raz do roku... Sie przezyje. Nie swietuje, nie ide na popoludniowe i wieczorne koncerty, bo pracuje. A po pracy jade na uczelni, by w zaciszu pustego biura dumac nad nieukonczonym tekstem. Szykuje sie pracowite lato... :-/ Marze o tygodniu wakacji z dala od miasta. Czyzby tylko mrzonki?
16:48, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 czerwca 2006
Jak piskle z gniazda

Dochodze do siebie po przeprowadzce (troche to dlugo trwa, ale coz – przeprowadzki to w koncu rzecz niecodzienna). Od dwoch tygodni oficjalnie zajmuje nowe lokum, ale wciaz jeszcze czuje sie zmeczona i spiaca. I choc jeszcze w Dzien Dziecka lalo jak z cebra i powiewalo jak na polu w listopadzie, to juz nastepnego dnia powrocilo, z poczatku niesmialo, lato (no, jeszcze tak niezupelnie lato). Cierpliwie znosze wiec upaly, z jednej strony – teskniac za odrobina chlodu, a z drugiej – cieszac sie, ze po deszczowym zimnym maju nastal sloneczny i cieply czerwiec.

Sprawy lokalowe potoczyly sie z poczatku nie po mojej mysli, ale ostatecznie udalo mi sie uporac ze wszystkimi problemami natury administracyjnej i finansowej. Pozegnalam swoje dawne mieszkanko na „hubach moraskich”, wysprzatane na blysk i dziwnie puste, pstryknelam kilka ostatnich zdjec, aby wspomnienia nie zatarly sie i nie zamglily z uplywem czasu. Pozostalo jeszcze tylko zwrocic klucze do mieszkania, zdjac z tabliczki przy dzwonku i ze skrzynki na listy kartke z moim nazwiskiem, zapakowac ostatnie drobiazgi... i to wszystko.

Etap strasburski powoli dobiega konca. Kto by pomyslal, ze zrealizuje swoje stare marzenie sprzed kilku lat, gdy siedzac pewnego dnia w moim pokoju w akademiku razem z najlepszym kumplem (wowczas studentem w Nancy), ukladalam plany na przyszlosc. A bylo to w wakacje, moze w lipcu. Jednym z tych "zadan do zrealizowania" mial byc powrot do Francji i dalsze studia. Erasmusowe przygody mialy sie niebawem zakonczyc, czekal nas wyjazd do Polski, obrona pracy magisterskiej i... wielka niewiadoma pod haslem: „Co dalej?” Nie sadzilam, ze tak szybko wroce do Francji; kraju, ktory w moich oczach – w ciagu naprawde niewielkiego ulamka czasu – ulegl ogromnym przeobrazeniom. Od mojego poczatkowego leku przed nieznanym po fascynacje, od jednych skrajnych emocji po drugie. Moja wedrownicza natura okazala sie jednak silniejsza od obaw, niecheci i tesknoty za dawnym domem: moje miejsce jest tutaj. Przynajmniej na razie. Jeszcze rok temu obawialam sie, czy dam sobie rade, czy znajde prace, czy bede w stanie pogodzic studia doktoranckie z praca. W glebi duszy obawialam sie porazki, powrotu do domu po dwoch, trzech miesiacach z dziura w kieszeni i poczuciem kleski. „Dziecko, ty lepiej siedz w domu i tu szukaj dla siebie jakiegos zajecia. Nie dla ciebie zycie na obczyznie.” Fakt, nie bylo latwo, wiem jednak, ze ludzi takich jak ja sa tysiace, rozsianych po calym swiecie, majacych podobne problemy i troski. Wiekszosci, jak mniemam, udaje sie z nimi uporac. Mnie, o dziwo, tez sie udalo.


I co dalej? Dobre pytanie, ktore zadaje sobie od kilku miesiecy. Dalszy pobyt w Strasburgu wydaje sie raczej niedobrym rozwiazaniem. Odpadla rowniez opcja Nancy. Paryz to raczej mrzonki. Moze kiedys... Wybralam Lille. Nie jest to, jak wydaje mi sie na dzien dzisiejszy, najszczesliwsze rozwiazanie, byc moze jednak za jakis czas uznam te decyzje za zbawienna dla moich losow. :-) Jako ze pozostalo mi juz w sumie niewiele czasu, jakies trzy i pol miesiaca (niby sporo, a tak naprawde – biorac pod uwage zadziwiajaco szybki uplyw czasu – nic), moja uwage przykuwaja wszystkie mozliwe formalnosci zwiazane z kolejna przeprowadzka. Strasburg – Dijon – Nicea – Strasburg – Lille. Prawie cztery lata wedrowek. Troche zwariowane i pokrecone jak moje wlasne zycie. :-) W Lille trzeba mi bedzie pomieszkac, o ile jakis kolejny szalony pomysl nie przyjdzie mi do glowy, mniej wiecej dwa lata, gora trzy. Zeslanie na polnoc kraju do zimnego i wietrznego regionu Nord-pas-de-Calais, gdzie ponoc nic tylko zimno, brzydko i deszczowo. Zegnaj, ukochana Alzacjo. ;-)

A co dalej? Z upragnionym dyplomem doktora w kieszeni zaczne sie rozgladac za jakims ciekawym zajeciem, ktore przykuloby moja uwage na dluzszy czas, przynajmniej na jakis moment odrywajac mnie od ciaglego tulania sie w poszukiwaniu „un vrai chez soi”. Gdzies w glowie kolacze sie mysl, ze moze by tak sprobowac kiedys szczescia w Italii? Kto wie...

Wrocilam do Francji. Wiekszosc znajomych, dawnych wspoltowarzyszy niedoli z czasow erasmusowych, pozostalo w Polse. Odnalezli sie w tej nielatwej dzis dla mlodych rzeczywistosci, niektorym udalo sie znalezc calkiem niezla prace (ba, nawet swietna jak na polskie warunki), inni znow zenia sie albo wychodza za maz... jak to w zyciu bywa. Niedobitki rozsialo po swiecie (choc nadal w poblizu Francji), a calkiem nieliczni – z mniejszym lub wiekszym powodzeniem toruja sobie sciezki w obrebie l’Hexagone.

Piskle wyfrunelo z gniazda w daleki swiat”, jak mawia czasem zartobliwie, choc z nuta smutku, moja mama. Ja, ktora jako dziecko trzymalam sie dosc dlugo maminej spodnicy (czasem nawet w sensie doslownym), ktora dlugo, dlugo spedzala wakacje razem z rodzicami, ja, ktorej maly swiat ograniczal sie niegdys do jednego miasta (gdzie urodzilam sie, wychowalam, skonczylam szkoly, uniwersytet...) – pretenduje teraz do szumnego i nieco na wyrost miana Europejki. :-) Obywatelki swiata. :-) W pojedynke przecieram szlaki na nie zawsze goscinnej galijskiej ziemi.

A tak naprawde wciaz czuje sie niczym podrosniete juz mocno piskle, jeszcze nie calkiem opierzone, latajace niemrawo i niepewnie, z twardym niekiedy ladowaniem gdzies w krzakach, z dala od rodzinnego gniazda.

Mimo ze czuje sie bardzo zwiazana ze Strasburgiem, zdaje sobie sprawe, ze aby nie tkwic nieruchomo jak kolek bez szans na zmiany, musze rozejrzec sie za jakims innym miejscem do zycia. Piskle podroslo, opierzylo sie (choc wciaz jest takim brzydkim kaczatkiem), zmadrzalo (czy aby?) i rusza w dalsza droge.

wtorek, 13 czerwca 2006
Prosto z Alp
Wywolalam film z zeszlorocznych wakacji (warto bylo czekac tyle miesiecy). Parenascie zdjec z Alp. Val d'Allos - wrzesien 2005. Jest co powspominac...
Swojej szanownej facjaty nie zaprezentuje. Moze innym razem. ;-)

Gdzies tam w dole - nasza baza wypadowa.



A kiedy juz sie wspielam na sama gore, to zrobilo sie zimno, rozpadal sie deszcz, a slonce wyjrzalo zza chmur dopiero nastepnego ranka, zeby po poludniu znow zniknac. To sie nazywa miec nosa do dobrej pogody.












W drodze do Zabiego Jeziora (Lac des Grenouilles). Dotarlszy do celu, zorientowalismy sie, ze nie tylko nie ma w nim zab, ale nawet wody. Jezioro zniknelo. :-( A po drodze malo nas nie zzarl pies pasterski. Lazenie po chaszczach i sliskich skalach to nie moja specjalnosc. A niestety, trzeba bylo nadlozyc drogi - piesek okazal sie raczej malo tolerancyjny i raczej nieprzyjaznie nastawiony do turystow.



Widok z okna naszego "apartamentu". O tej porze roku bylismy chyba jedynymi goscmi w pensjonacie. I jednymi z nielicznych turystow. Na gorskich szlakach jedynymi wspoltowarzyszami byli: pasterze (zazwyczaj niezle wstawieni), owce, psy pasterskie, swistaki i... swistaki. Tylko pogoda nie dopisala, niestety...





wtorek, 06 czerwca 2006
Zmieniamy punkt widzenia

Spojrzmy w prawo... zielono mi...

.... potem ciut na lewo (hm... w tle, niestety, Mc Donald's)...

... i jeszcze bardziej w lewo... Gdzies tam w glebi, na prawo, slabo widoczny most, po ktorym bimba wspina sie na swoj ostatni przystanek.

A na linie A "rzucili" nowa bimbe, hej! ;-) A przystanek mam tuz pod domem. Jaki przywilej! ;-) Jazda do centrum zajmuje 20 minut. Sama przyjemnosc. Nowa bimba z "klima" w srodku, wygodne siedzenia, ladne widoki za oknem. To mi sie podoba. :-)

Trzecie pietro. Zadnych sasiadow u gory (bo pieter tylko trzy), sasiedzi po bokach juz chyba na wakacjach. Windy brak, wiec codziennie mam swoja mala porcje sportu. ;-) Cisza i spokoj.

Odslona czwarta czyli: Niech zyja przeprowadzki!

Udalo sie. Lokum na "hubach moraskich" stoi puste. A moje nowe mieszkanko, choc mniejsze o 6 metrow, jest cieple, przytulne i kolorowe. Przeprowadzka, ktorej towarzyszyla deszczowa i mocno jesienna pogoda, nadszarpnela nieco moje sily i nerwy, ale oplacilo sie. Swoja droga, nie sadzilam, ze przez niecaly rok nazbieralam takie mnostwo gratow, nie mowiac o ciuchach, dziesieciu parach butow i tonach ksiazek.

Fatalnie sie czulam w swoim starym mieszkaniu i tak naprawde chyba nigdy nie zdarzylo mi sie powiedziec: "Lubie moj dom. Jestem jak u siebie, calkiem jak w Polsce." Biale sciany, biale meble, ohydne bure zaslony, biala lazienka, biale swiatlo... krotko mowiac: szpital. Jedyny kolorowy akcent: stol, szafy i lozko. Kacik kuchenny tez caly na bialo. Brzmi jak zaproszenie do depresji.

Krotko przed przeprowadzka pstryknelam kilka fotek (marnej jakosci - wiadomo, zdjecia z "komorki").

Jeszcze jeden widoczek na "basen" sasiada i okoliczne domki...

"Basen" na stale wpisal sie jako element miejscowego krajobrazu ogladanego z okien budynku... w trakcie telefonicznych pogaduszek z rodzinka i nie tylko...

Widoczki niby takie spokojne i sielskie, niczym w malym miasteczku... a tu figa. Halas i rejwach jak w centrum. Obok trasa przelotowa przez "huby", a calkiem niedaleko - autostrada.

A przy tym biurku przepracowalo sie tyle wieczorow...

"Kuchenny" stol i pomaranczowe szafy. Na scianie - rodzinno-przyjacielskie zdjecia. Fotka z pazdziernika. Wkrotce potem zdjecia powedrowaly w inne miejsce. Na stole - jak zwykle balagan.

A tedy sie wchodzi i wychodzi... :-) Po prawej (niewidoczny na zdjeciu) kacik kuchenny. Co to za glupi pomysl - kuchnia obok drzwi wejsciowych? Medal dla projektanta.

Lazienka - calkiem spora jak na tak male mieszkanie... ale okropnie szpitalna. Biala, zimna i nieprzytulna. A do tego nieogrzewana. W lustrze odbija sie kabina prysznica.

Reszta fotek - w nastepnych odcinkach. ;-)

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka