La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
środa, 28 maja 2008
To ci dopiero niusy!

No to sie wreszcie doczekalismy... Koniec z lataniem po prefekturach, koniec z tlumaczeniem sie w DTTP, koniec tej calej bieganiny zwiazanej z papierami i zastanawianiem sie, czy i kiedy rozpatrza wnioski...

Francja otwiera swoj rynek dla Polakow

http://wiadomosci.onet.pl/1757424,11,item.html

Juz moge isc sie upic czy jeszcze poczekac z okazywaniem entuzjazmu? ;-)

Po tym wszystkim, co przezylam od 2002 roku we Francji, zaczynam wierzyc, ze moze byc ciut lepiej. :-) Trzymam kciuki. :-)

13:49, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 maja 2008
Gdy kwitna kasztany, zdaja mature barany...

Swietowanie roznych rocznic ma swoja dluga tradycje. Chyba kazdy z nas ma jakas mala rocznice, ktora lubi celebrowac i do ktorej przygotowuje sie z polrocznym wyprzedzeniem. ;-) Ja mam takich rocznic naprawde wiele, a dzisiejszy wpis sponsoruje... matura rocznik 98. Moja, rzecz jasna. Dokladnie dziesiec lat temu, bedac osiemnastoletnim dziewczeciem, przystapilam do tzw. egzaminu dojrzalosci, ktory wowczas jeszcze cos soba reprezentowal. :-) Przejrzalam sobie tegoroczne arkusze maturalne z jezyka francuskiego (poziom rozszerzony) i szczerze sie usmialam, bo cos takiego mozna byloby napisac z palcem w nosie. O ile sobie dobrze przypominam, moja pisemna matura z francuskiego byla o wiele trudniejsza ("samochwala w kacie stala...), ale coz - czasy sie zmienily. :-)

Dziesiec lat temu rownie mocno swiecilo majowe slonce, tak samo kwitly kasztany, tylko matura byla inna i inni maturzysci. :-) Jak pozostali nieszczesnicy, zdawalam pisemnie jezyk polski, jezyk francuski oraz ustnie biologie. Bylo to bowiem w czasach, gdy jeszcze roilam sobie studia z nauk scislych. ;-) 5 maja przypadl dzien matury z polskiego, a nastepnego dnia - z jezyka francuskiego.

W komisji zasiedli: fizyk doktor Iksinski, romanistka magister Ygrekowa i doktorowa L. (czyli byla dyrektorowa szkoly i nasza niezapomniana francuzica w jednym). Nie wiem dlaczego, ale magistrowa Ygrekowa jakos nie zapadla mi w pamiec, mimo ze to ona odczytala jeden z dwoch tekstow nazywanych potocznie odsluchami (czyli inaczej les documents sonores).

Doktorowa zapowiedziala na sam poczatek: "O godzinie czternastej zero zero zamykam drzwi z drugiej strony. Radze wiec dobrze gospodarowac cennym czasem." ;-) Zazwyczaj nauczyciele dorzucaja jeszcze jakies slowa otuchy, zycza powodzenia etc. Doktorowa byla zwiezla. Spojrzawszy na zegarek, obwiescila ze znanym nam usmieszkiem: "Czas start". :-)

 

Mniej wiecej o godzinie 11h20 doktorowa przemowila do ludu piszacego mature:

- Chce wam powiedziec, ze pan doktor Iksinski zauwazyl, ze jestescie wyjatkowo dobrze przygotowana grupa. Do tej pory nikt z was nawet nie zajrzal do slownika...

Gdyby w tym momencie ktos uwiecznil na zdjeciu nasze szeroko otwarte oczy i zdumione miny, bylby to niewatpliwie "kadr roku"...

- A to mozna korzystac ze slownikow?! - padlo pytanie z konca sali.

Od godziny 9.00 na stoliku obok kazdego piszacego lezal duzy slownik polsko-francuski. Majac w pamieci probna mature (tzw. bac blanc), podczas ktorej nie mozna bylo poslugiwac sie zadnymi slownikami, nikomu nie starczylo odwagi, by w trakcie normalnej matury chocby spojrzec w ich kierunku... ;-) Po tymze obwieszczeniu ze strony doktorowej kazdy z piszacych z nieopisana ulga siegnal po tak przydatna pomoc naukowa... Aby nikomu nie bylo zbyt latwo, strony z odmiana czasownikow w roznych czasach zostaly zaklejone... :-) Jesli komus wylecial z glowy jakis participe passé albo inne subjonctify, mogl liczyc jedynie na wlasne sciagi... Choc sciaganie u doktorowej bylo w zasadzie niemozliwe i w trakcie czteroletniej kariery ucznia liceum chyba nikomu nie przyszlo do glowy, by skorzystac z jakichkolwiek "pomocy". :-) Doktorowa miala bowiem nie tylko rentgen w oczach, ale i sluch godny nietoperza. :-)

Ze wspomnien maturalnych: jeden z moich przyjaciol (pozniejszy towarzysz niedoli we Francji) zastanawial sie, jaki participe passé posiada czasownik rire. "Ri", "ru" a moze "rit"? Stanelo na "ri" i byl to strzal w dziesiatke. :-)

Do tego nalezy jeszcze dodac, ze w ubikacji znajdujacej sie na koncu korytarza w poblizu sali, w ktorej odbywal sie egzamin (pracownia biologiczna), w jednej z kabin zainstalowana zostala prawdziwa ksiegarnia jezykowa. "Nowela" by sie nie powstydzila takim ksiegozbiorem... ;-)

Dalsza czesc matury z francuskiego przebiegla juz bez zaklocen... Egzamin pisemny z francuskiego zdawalo dwanascie osob z mojej klasy i jedna z klasy rownoleglej. Wszyscy zdali. Kilka osob wybralo pozniej romanistyke, czesc dziewczat zaraz po maturze wyjechala do Francji jako "operki", a czesc wyladowala w czasie studiow na stypendium Erasmusa we Francji. Czteroletni wysilek niewatpliwie nie poszedl na marne. Biorac pod uwage, ze jedynie dwie osoby na prawie 30 mialy w podstawowce kontakt z francuskim, doktorowa dokonala prawdziwego cudu. I choc wielu lzami, stresem i wrzodami zoladka okupilo lekcje francuskiego, to jednak nie da sie zaprzeczyc, ze koncowy efekt przeszedł najsmielsze oczekiwania.

Mialam to szczescie, ze francuski zaczelam w piatej klasie podstawowki. Moim nauczycielem byl pan zwany przez uczniow Bonżurem, ktory obecnie uczy francuskiego w "odziezowce" (a moze juz tam nie pracuje), jest rowniez autorem slownika tematycznego i jakiegos kompendium. Co prawda, w slowniku sa bledy, a w kompendium mozna przeczytac, ze "przychodnia" to un dispensaire*, nie zmienia to jednak faktu, ze to dzieki tym lekcjom liznelam wowczas nieco jezyka i postanowilam kontynuowac przygode z francuskim. I nie zaluje ani troche... :-) Bonżur okazal sie naprawde dobrym nauczycielem...

Pamietam, jak kiedys - wrociwszy po miesiecznym pobycie w sanatorium (chyba w piatej klasie) - nie potrafilam zrozumiec, o co wlasciwie chodzi z tym passé composé... ;-) A Bonżur mi wyjasnil, voila

Jak na dzisiejsze standardy, gdy angielskiego ucza sie juz przedszkolaki, a pewnie i co niektore dzieci w zlobku ;-))), to jestem wyjatkowo zapozniona. Angielskiego zaczelam uczyc sie dopiero w liceum, a i to nie przynioslo wiekszych rezultatow, gdy co roku zmienial sie nauczyciel tego jezyka i tak naprawde angielski stal na wyjatkowo marnym poziomie. Zaleglosci nadrobilam na studiach i dzis radze sobie z angielskim, choc moim faworytem juz od lat jest niezmiennie francuski.

Niespecjalnie martwi mnie fakt, ze w Polsce francuski wciaz znajduje sie na marginesie. :-) Ot, mniejsza konkurencja i tyle. ;-)

Do matury z francuskiego uczylam sie wspolnie z moim najlepszym przyjacielem P., ktory obecnie urzeduje w Brytfanii. W owych czasach mialam jeszcze nawyk palenia papierosow, z ktorym na dobre pozegnalam sie ponad dwa lata temu, tak wiec w przerwach wyskakiwalismy na "fajke", zeby sie nieco dotlenic i odstresowac. ;-) Poniewaz wowczas malo kto slyszal o internecie (ja mialam dostep do sieci dopiero od konca 2001 roku), do nauki wykorzystywalismy telewizje kablowa. W jej ofercie byly m.in. programy francuskiej TV i to tam ogladalismy wiadomosci, a takze duperele w rodzaju "Mody na sukces" (w wersji francuskiej "Amur, gluare boteeeeeeee" i z napisami), zeby nieco podszkolic jezyk. ;-)

* Dispensaire to przeciez nic innego jak przychodnia, w ktorej osoby najubozsze, nie majace pieniedzy na leczenie (a czesto i bez ubezpieczenia), moga otrzymac podstawowa pomoc lekarska, najczesciej udzielana przez lekarzy - ludzi dobrej woli (placowki czesto prowadzi Czerwony Krzyz). Nijak wiec okreslenie dispensaire nie pasuje do naszej polskiej przychodni. Chyba lepiej brzmialoby w tym znaczeniu centre de soins, o ile oczywiscie sie nie myle. Przynajmniej tak wynika rowniez z pobieznego przegladu stron internetowych pod haslem "dispensaire".
 
Z matura z biologii wiaze sie za to inna historia. Spodziewalismy sie, ze matury ustne z takich przedmiotow, jak historia, geografia czy historia przypadna na pozniejszy termin, tj. po 20 maja. Tak sie jednak nie stalo. 5 maja wyrok brzmial nastepujaco: wszystkie egzaminy ustne (oprocz jezykowych) odbeda sie 14 maja, czyli dzien po ogloszeniu wynikow matury pisemnej... Miny mielismy nietegie... Cztery wielkie dzialy do powtorzenia (a przynajmniej do calosciowego ogarniecia po badz co badz dlugich przygotowaniach)... :-) Noc przed egzaminem spedzilam bezsennie nad botanika (ktora i tak mialam najlepiej opanowana z calego materialu), po czym nad ranem rabnelam ksiazka w sciane i poryczalam sie. :-) W szkole bylam juz chyba przed siodma rana, a wszystko to z nerwow, chociaz egzamin mialam dopiero kolo dziesiatej.
 
Pytania mialam z pozoru proste, ale dosc hardcorowe (nie wiem dlaczego, ale na ciekawa w koncu zoologie poswiecilam najmniej czasu). Pierwsze: omow budowe, srodowisko zycia etc. porostow (tu blysnelam wiedza z botaniki). Drugie: przedstaw roznice w cyklu rozwojowym tasiemca nieuzbrojonego i uzbrojonego (rany boskie, mialo byc tylko po jednym pytaniu z kazdego dzialu, czyli co tu robia az dwa pytania z zoologii???). Trzecie, ktore powalilo mnie na kolana: wymien i omow podstawowe grupy okrzemkow. :-) Dziewczyna przede mna miala cos o rozmnazaniu owych okrzemkow, wiec skorzystalam co nieco z jej okrzemkowej wiedzy i jakos wybrnelam. :-)
 
Modly, ktore wowczas odmawialismy, wygladaly mniej wiecej tak. Dwa-trzy miesiace przed matura: "mysle, ze bedzie piatka, w koncu tyle umiem, trudne przeciez nie bedzie..." Miesiac przed: "no, piatka to moze nie, ale czworke chyba dostane?" Dwa tygodnie do matury: "kurka wodna, tyle jeszcze do powtorzenia, na pewno nie zdaze. Chce chociazby troje!" Tydzien przed i mniej: "Boze, chociaz ten mierny mi daj, o nic wiecej nie prosze!" ;-)
 
Obylo sie bez placzu. Mature zdalam, swiadectwa nie musze sie wstydzic, choc i tak - szczerze mowiac - kogo to dzis obchodzi, co mialam z polskiego, a co z geografii? Czy bylam orlem z matematyki czy totalnym matematycznym debilem? Kogo to obchodzi, czy mialam kiedys swiadectwa z paskiem, czy nie? Czy ma jakies znaczenie, ze francuskiego ucze sie od polowy podstawowki, a angielskiego dopiero od czasow licealnych, a nie od zlobka? ;-)
sobota, 17 maja 2008
Chaos w glowie, chaos na biurku

Mam ostatnio wrazenie, ze spadly na mnie niczym egipskie plagi tak liczne obowiazki, ze trudno im podolac w pojedynke, majac do tego ledwo 24 godziny kazdego dnia (a w zasadzie o osiem godzin mniej, bo kiedys przeciez musze spac). Do konca czerwca przesiadywac bede w Polsce, tradycyjnie juz w stolicy Pyrlandii, bo gdziezby indziej. :-) Tak wiec spedzam dlugie godziny przed biurkiem, wgapiajac sie na przemian w ekran komputera i rozniste teksty... i tlumacze, poprawiam, redaguje... Krotko mowiac, udzielam sie tfurczo. :-)

W zwiazku z tym blogopisanie wyglada jak wyglada - czyli zrywy raz na pol miesiaca i trzy wpisy dziennie, a potem cisza przez nastepne dwa tygodnie. Od listopada mniej wiecej powtarzam sobie niczym mantre: "to nie potrwa dlugo... za dwa miesiace znow bede miala nieco wytchnienia". I tak minal styczen, luty, marzec etc., a konca nie widac. Z cala pewnoscia do konca czerwca pracy nie bedzie mniej, wprost przeciwnie... Do tego wszystkiego nalezy jeszcze dorzucic stany psychiki, ktore trudno zaliczyc do normalnych. ;-) Oprocz "ciasteczkowej choroby" cierpie rowniez na inne schorzenie, zwane chronicznym lenistwem, a ktore fachowo okresla sie bodajze mianem prokrastynacji. :-) Im wiecej pracy, tym wiekszy chaos w mojej glowie i na biurku. Im wiecej pilnych terminow, tym wieksze przerazenie, ze nie zdaze, ze trzeba cos poprzesuwac w w czasie, cos "odkrecic", przed kims zaswiecic oczami... Na chorobliwy perfekcjonizm polaczony z brakiem wiary w siebie chyba nie ma metody...

Postanowilam w koncu zdobyc certyfikat z jezyka angielskiego - egzamin mam w polowie czerwca i juz czuje sie jak przed laty, gdy zblizala sie czerwcowa sesja. :-) Juz chyba zapomnialam, z czym to sie je i ze nie taki diabel straszny, jak go maluja.

Dziekuje za komentarze w poscie dotyczacym jezykowych lamancow, czyli francuskich virelangues. :-) Zdarza mi sie wyszukiwac rozne roznosci w internecie, skrzetnie gromadzone w tzw. zakladkach. Virelangues to tylko jedna z takich ciekawostek, ktore kazdy szanujacy sie frankofil znac powinien. ;-)

Co sie tyczy kocich ksiazek, to polecam takze male co nieco dla kocich psychologow. :-) Na polce kazdego porzadnego kociarza moga więc znalezc sie takie dzielka, jak:

Tout sur la psychologie du chat (Joel Dehasse)

Swietna ksiazka, grube tomiszcze (prawie 600 stron), ale naprawde niezle. Zaczynam lepiej rozumiec wlasnego kota. ;-)

Les neuf vies émotionnelles du chat : À la découverte de l'âme féline

Un chat heureux en appartement (Laetitia Barlerin)

La chat : Coach de son humain de compagnie

Mode d'emploi de mon chat : Conseils de dépannage et instructions de maintenance pour la 1e année d'utilisation

Psychologie et mystère du chat

Mon animal a-t-il besoin d'un psy ?

Le chat et ses 10 leçons de sagesse à l'usage de son maître

Testez l'intelligence de votre chat

Pour en finir avec tout chat

Terminus, tout le monde descend ! Ras-le-bol des croquettes ! Je vomis mon herbe à chat sur leur moquette. Et alors ? Assez ! Marre des weeks-ends solitaires devant la télé ! Et s'ils ne veulent pas que j'fasse mes griffes sur les pieds de la table, z'ont qu'à s'acheter un kangourou ! Je suis pas jaloux... Je suis pas jaloux, mais quand même... Quelque part, je déprime. La solution ? Y en a pas trente-six : duo, exit, point final, ni fleurs ni couronnes. Oui, mais comment ? Le valium-whisky, c'est pas ma cup of tea. Le tuyau d'arrosage, en revanche... Vous connaissez ?

Tout mais pas chat

La face cachée des chats, celle que la plupart des maîtres n'ont jamais vue : des fauteurs de troubles, des délinquants, des fous furieux pris en flagrant délit, de sales chats avec de mauvaises intentions, de mauvaises habitudes et de mauvaises manières. Alors, la prochaine fois que votre adorable petite boule de poils fait à côté de sa litière... Demandez-vous si c'était vraiment un accident ! Aucun chat n'a été maltraité pendant la réalisation de cet ouvrage, on n'a même pas osé les caresser!
 
W wolnych chwilach odkrywam na nowo uroki Pyrlandii. Odfajkowac moge nastepujace zakatki: Zakrzewo z jego palacem, dworek w Koszutach (za Kornikiem), Cichowo z jeziorem i skansen Soplicowo, Lubiń z przepieknym klasztorem benedyktynow (wsrod pol), Lednica... Od wczoraj pogoda raczej nie zacheca do podrozy, wiec nastepne wyprawy odkladam na kiedy indziej.

 

wtorek, 06 maja 2008
Nic o nas bez nas, czyli kot ma glos

 

1. Literackie (i nie tylko) spacery z kotem pod reke... eee... pod lapke

Dictionnaire amoureux des chats
Frédéric Vitoux

Plon (2008)

 

Au hasard de l’ordre alphabétique, Frédéric Vitoux nous invite à :

- Une promenade littéraire, de La Fontaine à Céline, de Chateaubriand à Colette, de Baudelaire à Malraux etc. etc., auprès de tous ceux qui ont aimé les chats, ont écrit sur les chats ou vécu en leur compagnie…
- Une évocation des chats dans l’art ou des chats en musique, des chats peints par Picasso ou chantés par Rossini…
- Des souvenirs personnels, car peut-on parler des chats si l’on n’est pas depuis longtemps l’un de leurs intimes ?
- Une recherche de l’origine des chats dits domestiques qui se sont rapprochés de l’homme il y a près de dix mille ans et sont apparus en Égypte il y a près de cinq mille ans…
- Des évocations historiques sur la place des chats dans nos sociétés, parfois adulés et parfois martyrisés comme représentants du diable…
- Les plus belles citations inspirées par les chats
- Un portrait des différentes races de chats.

L'auteur aimerait que le lecteur ouvre le livre un peu au hasard, pour aller de surprises en surprises, de portraits en anecdotes. Qu'il devienne complice en somme de cette promenade qui relève aussi de la plus haute civilisation car l'homme ne s'est vraiment civilisé que quand il a accepté le chat à ses côtés.

2. Dlaczego kot mruczy?

Pourquoi le chat ronronne-t-il ?
F
rançois Moutou

Editions le Pommier ( 2004)

59 stron

Pourquoi le chat ronronne-t-il ? Est-il le seul félidé à ronronner ou ses cousins lions, ocelots, jaguars... en sont-ils capables eux aussi? Mais d'abord, qu'est-ce que le ronronnement ? Comment le chat produit-il ce petit bruit que nous, humains, affectionnons tant ? Et pourquoi ?

O autorze: Docteur vétérinaire, François Moutou est épidémiologiste à l'Agence française de sécurité sanitaire des aliments et président de la Société française pour l'étude et la protection des mammifères.

3. Sztuka masazu dla kota, panci i pana

(... w programie zajec zapewnie slynne "ciasteczka milosci").

Massages pour chats (Album)
Claire Gaudin, J-M Gaudin, Christian Gaudin

Editions du Relié (2005)

42 strony

Découvrez l'essence du bien-être : respiration subtile, massage harmonieux, conscience accrue du corps physique, éveil énergétique, détente
profonde. L'Académie de Massages pour chats vous dévoile son enseignement millénaire simple et facile à pratiquer.
Comme votre chat, devenez un adepte de la relation et apprenez à masser vos proches avec aisance. Massages pour chats, le guide indispensable pour les chats éveillés !

W tej samej serii: "Joga dla kotow", "Tai-chi dla kotow", "Kocia lekkosc bytu"... dla pana i panci tez. ;-)

4. Chat zen

Histoires de chats zen
Christian Gaudin

Editions du Relié (2005)

47 stron

Maître, quelle est l'essence du zen des chats ?
- Pratiquer le bien, éviter le mal pour le bonheur de tous les êtres.
- Mais tous les chatons savent cela !
- Peut-être, mais même un vieux matou peine à le mettre en pratique.
Découvrez dans Histoires de chats zen l'enseignement millénaire des chats zen du temple de La Chatonnière, transmis de maître à disciple depuis le Bouddha Chat-Kyamuni.

 

5. Kocie opinie polityczne (moj kot wie swoje)

Vies et opinions politiques d'un chat

Hippolyte Taine

Rivages (2008)

51 stron

Vie et opinions philosophiques d'un chat est un texte court, cynique et plein d'humour, que l'historien, philosophe et critique littéraire, Hippolyte Taine (1828-1893), rédige, comme entre parenthèses, pour reposer et amuser le lecteur, dans la seconde édition du Voyage aux Pyrénées, ouvrage paru en 1858 à la Librairie Hachette. Considéré comme un texte rare, souvent cité, mais introuvable, c'est un petit classique de la littérature sur les chats.

 

6. Kocia madrosc (wbrew pozorom koty to mysliciele)

La sagesse des chats
Julia Deuley

Editions du Rocher (1999)

158 stron


Les chats cachent bien leur jeu. Avec eux, il ne faut jamais se fier aux apparences. Par exemple, ils disposent de neuf vies. Mais savez-vous pourquoi ? Leur ronronnement est-il vraiment ce que vous croyez ? Est-il naturel qu'ils retombent toujours sur leurs pattes ? A quoi faut-il attribuer leurs étranges pouvoirs, ce mélange de mystère, de grâce et de distance ? Ces contes répondent à toutes ces énigmes, en remontant le cours des mythes et des fééries, parfois à rebrousse-poil. Ce livre vous aidera aussi à mieux comprendre votre compagnon félin par son signe astrologique. La sagesse des chats est insondable. Elle est magique, imprévisible et malicieuse. Julia Deuley vous dira que ces pages lui ont été dictées par son chat. Faut-il la croire ? Les chats, cest bien connu, sont de fieffés menteurs.

7. Kocia madrosc, chinska madrosc i spadanie na cztery lapy

Sagesse chinoise, mettez du chat dans votre management: Savoir bouger, sauter, atterrir et se relever
Faure Sophie

Eyrolles (2007)

211 stron

 

La présence des entreprises chinoises sur la scène mondiale est aujourd'hui incontournable. Et pourtant, nous ne les avons pas vu venir... Comme le chat, elles ont cette aptitude à bouger très vite, à sauter et à retomber sur leurs pattes, quelle que soit la hauteur de la chute. D'où tirent-elles leur force ? Pouvons-nous nous en inspirer ? À travers des allers-retours continus entre Chine et Occident, entre pensée chinoise et philosophie occidentale, l'auteur développe la métaphore féline. Les qualités indispensables à cultiver dans l'environnement actuel, marqué par l'ambiguïté, l'incertitude et la complexité, sont justement celles qui définissent le mieux les entreprises chinoises. Loin des considérations habituelles sur le " péril jaune " ou le " miracle chinois ", ce livre nous invite à nous interroger sur chacune d'elles : l'audace, le lâcher prise, la persévérance, la perspicacité, la fluidité, le sens de l'équilibre, l'intelligence mouvante, le discernement... Toute personne désireuse de mieux manager trouvera ici des clés précieuses pour explorer d'autres voies, en changeant de regard et en osant une pensée plus mobile, plus adaptable.

 

 

 

 

11:06, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 maja 2008
A moj kot powiedzial...

Czesc pierwsza: a moj kot powiedzial... 

1. Miau miau, czyli o tlumaczeniu z kociego na "nasze"

Dico Miaou : Traduisez enfin ce que votre chat essaie de vous dire
de
Nathalie Szapiro-Manoukian

Leduc. S Editions (6 juin 2006)

205 stron

 

 

Même si on pardonne tout à son chat chéri, on n'est pas obligé d'apprécier qu'il se fasse les griffes sur le canapé tout neuf, qu'il joue à Tarzan avec les rideaux ou qu'il prenne le paillasson pour un urinoir... Grâce à ce dictionnaire "Chat-mot", il va enfin être possible de vivre avec Lui (ou Elle) une idylle sans nuage. Enfin, vous allez pouvoir décoder ce que miauler veut dire. Et ce sera bien mieux pour tout le monde ! Parce que, c'est bien connu, un chat ne se dresse pas ! La preuve : il n'y a pas de chat policier, ni de chat d'aveugle... Mais ce n'est pas une raison pour fuir le dialogue ! Alors, fini les scénarios-catastrophes, troubles du comportement et visites à répétition chez le vétérinaire. Adieu les questions sans réponses ! Le Dico-Miaou est le guide franco-chat qui a réponse à tout.

O autorze:

Nathalie Szapiro est médecin. Depuis 15 ans, elle collabore à la presse santé / environnement (Avantages, Marie-France, Télé-Loisirs, etc) et la presse animalière (Trente Millions d'Amis). Elle est l'auteur de Guérir du cancer, ça n'arrive pas qu'aux autres (Albin Michel, 1997), Manger sans danger (Prat , 2001) et Docteur on m'a dit que... (Flammarion).

2. Co chce powiedziec moj kot?

Que veut dire mon chat ?
de Gwen Bayley

 

Gründ (19 août 2002

96 stron

 


* Pourquoi les chats n'arrivent-ils pas, parfois, à redescendre des arbres ?
* Pourquoi frottent-ils leur tête contre leurs amis ?
* Pourquoi les chats viennent-ils s'asseoir sur les gens qui ne les aiment pas ?
N'aimeriez-vous pas avoir des réponses à ces questions et savoir ce que votre compagnon dirait s'il pouvait parler ?
Est-il heureux, en colère, enjoué ou bien inquiet ?
Il y a probablement des moments où vous aimeriez connaître l'état d'esprit de votre chat. Le but de cet ouvrage est de vous y aider, en vous expliquant ce qu'exprime un chat qui ronronne, qui crache, ou encore qui urine à tel endroit plutôt qu'à tel autre.
Que veut dire mon chat ? aborde six grandes thématiques du comportement félin :
* le comportement social,
* le territoire,
* la chasse et la forme,
* la reproduction,
* la sécurité et l'intégrité physique,
* les rapports avec l'homme.

O autorze: Comportementaliste de renom en Grande-Bretagne, Gwen Bailey dirige depuis douze ans le département Comportement animal de la Blue Cross, l'équivalent anglais de notre SPA (Société Protectrice des Animaux). Une expérience de premier ordre acquise au contact de centaines de chats lui a permis de comprendre le sens de leurs actes. Elle nous fait aujourd'hui profiter de son savoir-faire en nous expliquant ce que nos chats veulent nous dire.

3. Gdyby twoj kot umial mowic...

Si votre chat pouvait parler...

de Bruce Fogle, Véronique Dreyfus

Larousse (6 février 2008)

159 stron

 

 

 

Ce guide visuel vous aidera à mieux comprendre le langage de votre chat et à décoder toutes les facettes de son comportement, afin de construire une relation harmonieuse avec lui et de mieux communiquer. Toutes les attitudes, toutes les activités, aux différents âges de la vie, sont montrées, étape par étape, avec des réponses, des conseils, des exemples : l'accouplement, la gestation, l'éducation des chatons, les jeux, la chasse, les repas, la toilette, le sommeil, le dressage... Tout au long du livre, un dialogue s'instaure entre vous et des chats rendus vivants grâce à des photos très expressives, légendées dans des bulles, à la manière d'une BD. Un tableau à remplir pour évaluer la personnalité de votre chat.

4. Co mowi twoj kot?

Que dit votre chat ? (Poche)
de Jean-Luc Renck (Auteur)

Comment se fait-il que je comprenne aussi bien mon chat ? A-t-il appris mon vocabulaire ou ai-je compris son dialecte ? Miauler et ronronner sont-ils deux moyens équivalents de s'exprimer ? Mon Mistigris peut-il communiquer avec un cousin chinois ? Et avec un chien ? Finalement, ai-je raison de bavarder avec mon chat ?

5. Czy mowisz po kociemu?

 

 

Parlez-vous chat?

de Claire Bessant, Jacqueline Lemay

Editeur Le Jour (1 juin 2004)

251 stron

 

 

Le chat est incontestablement notre animal de compagnie favori. Pendant des milliers d'années de cohabitation comme animal domestique, une réelle compréhension s'est établie entre lui et son homologue humain. Écrit par une journaliste vétérinaire renommée et spécialiste dans le domaine, ce livre constitue le guide par excellence pour vous aider à forger des liens profonds avec votre petit compagnon - et pour vous rendre tous deux la vie plus heureuse ! Il explique comment et pourquoi les chats sont ce qu'ils sont - ce qu'ils aiment, ce qu'ils n'aiment pas, leur comportement - et utilise cette connaissance pour vous permettre de construire jour après jour une relation épanouissante avec lui. Cet ouvrage vous fera également découvrir les causes de certains problèmes et surtout plusieurs moyens de les résoudre. En connaissant mieux votre chat, vous l'apprécierez davantage non seulement pour son comportement naturel et ses talents, mais aussi pour son aptitude à partager avec les humains sa vie de façon si agréable et si gratifiante.
22:02, reine_marguerite , Innusie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 maja 2008
Sjesta z pszczola kolo ucha

 

Le repas s’achève, deux heures sonnent à l’église du coin de la rue, la flemme monte lentement le long du corps. C’est un de ces jours miraculeux où l’on n’a pas à retourner au travail après le déjeuner, jour férié, sabbat ou repos dominical. Le lit est là, tout près, qui vous tend les draps. Vous cédez à la position horizontale. La tête sur l’oreiller moelleux, vous voyez des images défiler, en douceur. Contrairement à la nuit où le sommeil vous happe tout entière, vous entraînant dans les bas-fonds de l’inconscient, l’assoupissement de l’après-midi est celui qui donne le sentiment de pouvoir maîtriser ses rêves. Avec douceur, vous orientez vos pensées vers des sensations agréables en les sentant peu à peu vous échapper. Dans une demi-conscience, vous vous dites Je suis en train de m’endormir. C’est délicieux, les images sont plus nettes, à fleur d’esprit, parfois même, elles racontent une histoire. Très brève. Au bout de quelques minutes, un vague sursaut vous alerte. Il est temps de revenir à la réalité. Vous vous relevez, fraîche, avec cette sensation du repos accompli, et riche d’un petit morceau de conte qui s’est écrit à votre insu durant ce léger voyage. C’est à cet instant que vous pouvez remercier le hasard : cette sieste miraculeuse vient de vous offrir une idée romanesque. (STÉPHANIE JANICOT)

 

20:28, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 maja 2008
Marszalek, minimki, maj

Aby dojsc do tego urokliwego miejsca (przynajmniej latem sprawia ono pozytywne wrazenie), czyli az do quai du Wault (o maly wlos nie napisalam Walut ;-)), nalezy prosto z Grande Place skrecic w rue Nationale, a nastepnie - jesli sie nie myle - w czwarta ulice w prawo (avenue Foch), tuz obok Statue du P'tit Quinquin (o ktorym to Pti Kękę bedzie kiedy indziej), a dalej skwerem Focha (marszalka - tego, ktory kiedys nawiedzil Poznan i przy okazji dowiedzial sie, ze jest "najwiekszym zerem ludzkosci, poniewaz zbudowal Niemcy"*) az do kanalu. Wspomniany skwer to w zasadzie takze maly park z pomnikiem marszalka siedzacego dumnie na koniu. :-)

Po dotarciu do quai du Wault przed naszymi oczami rozposciera sie taki oto widoczek (na zdjeciu ponizej). Latem - z nieodlacznymi palemkami. :-) Mozna tam sobie przysiasc na laweczce, ale nie na dlugo, poniewaz zapach dobiegajacy ze zbiornika wodnego nieco zniecheca do dlugich lawkowych medytacji. A szkoda, bo miejsce jest ladne i gdyby nie ta stechla woda z plywajacymi gdzieniegdzie smieciami, mozna byloby posiedziec tu dluzej, oddajac sie np. lekturze ciekawej ksiazki albo flirtujac z jakims absztyfikantem. ;-) Nie musze chyba dodawac, ze w Strasburgu (moim ulubionym miescie) kanalow jest mnostwo, a smrodkow niet. W zwiazku z tym spacery brzegiem kanalu naleza do codziennych obowiazkow kazdego szanujacego sie strasburczyka. :-) Lecz coz, Lille to nie Strasburg. ;-) Nie wymagajmy zbyt wiele. ;-)

Moze zapachy nie naleza do najwonniejszych, za to widok z okien tych budynkow musi byc calkiem, calkiem. W kazdym razie nie pogardzilabym mieszkankiem w tych okolicach - blisko centrum, zabi skok na Pola Marsowe, do parku Vaubana i na cytadele... zyc, nie umierac. Tylko pewnie ceny mieszkan jak z ksiezyca. ;-)

To zdjecie zrobilam, siedzac tuz nad brzegiem. Niezbyt dlugo jednak trwal moj odpoczynek "nad woda" z powodu owych niezbyt przyjemnych dla nosa zapachow, o czym juz wspominalam. A szkoda, bo miejsce jest naprawde ladne... Smialo moge natomiast polecic spacery brzegiem kanalow w stolicy Alzacji. :-)

Nie wiem dlaczego, ale widok "ceglanych domow", czesto nawet tych najladniejszych, przyprawia mnie o jakies przygnebienie. Moze dlatego, ze "polnocne" domy w tak niewielkim stopniu kojarza sie z typowym francuskim budownictwem. I kiedy tak sobie nieco zerknelam na programy brytyjskiej TV i ujrzalam te wszystkie domy z cegly prawie w jednym stylu, to zrozumialam, czemu tu w Lille nie mam najweselszych skojarzen. :-) Za kazdym razem gdy jade autobusem (albo rowerem, albo czymkolwiek innym) przez ladna skadinad willowa czesc Villeneuve d'Ascq, czuje sie jak w Brytfanii, a nie jak we Francji. :-)

 

 

Budynek, ktory widac w glebi (na zdjeciu ponizej), to dawny klasztor - le Couvent des Minimes - a obecnie jeden z najdrozszych (o ile nie najdrozszy) i najbardziej luksusowych hoteli w miescie. Za noc spedzona w jednym z 83 pokoi nalezy zaplacic co najmniej 250 euro, za apartamenty pewnie trzy razy tyle ;-)).

Zartobliwie nazywam go "klasztorem Minimkow", choc z filmowymi Minimkami nie ma on oczywiscie nic wspolnego. ;-) Slowo "minime" oznacza "cos bardzo malego, niewielkiego", "o niewielkim znaczeniu". Zakon "minimkow" to po prostu zakon "braci (naj)mniejszych" (tak chyba najlepiej mozna przetlumaczyc te nazwe), zalozony przez sw. Franciszka a Paulo w XV w.

Wydaje mi sie, ze najlepszym okresleniem beda wlasnie "bracia najmniejsi" (zakon zebraczy). Bracmi mniejszymi okresla sie bowiem franciszkanow (tych od Franciszka z Asyzu). Regula zakonna "minimkow" odznaczala sie wyjatkowa surowoscia. Do zwyczajowych wieczystych slubow ubostwa, czystosci, pokory i posluszenstwa dochodzil jeszcze jeden - przyrzeczenie zachowania scislego postu wieczystego. Zakonnikom wolno bylo jesc jedynie chleb i warzywa z dodatkiem oliwy, a z napojow pic jedynie wode.

Habit mnichow (siegajacy az do piet) uszyty byl z prostego sukna w kolorze czarnym, zwiazywany w pasie lnianym sznurem (na piec wezlow). Zakonnicy musieli nosic go zarowno w dzien, jak i w nocy. Nie wolno im tez bylo zakladac pelnych butow (z wyjatkiem podrozy) - drewniaki i sandaly stanowily przypomnienie, ze zakonnicy naleza do najubozszej czesci spoleczenstwa. W podroz mnisi udawali sie na piechote lub na grzbiecie osla. Gdy takowego nie bylo, mogli rowniez dosiadac mula lub nawet konia.

Mimo ze zakon istnieje do dzisiaj, po "minimkach" w Lille nie ma juz sladu. Jest za to hotel "nie dla holoty". ;-) A sam sw. Franciszek a Paulo, tak bliski wszystkim najubozszym i zepchnietym na margines spoleczenstwa, zapewne przewraca sie w grobie na wiesc o tym, do jakich celow sluzy klasztor nalezacy niegdys do jego zgromadzenia. ;-)

 

Po przyjezdzie do Lille dowiedzialam sie od miejscowych, ze jeszcze w XIX w. (a byc moze nawet pod koniec stulecia) w miejscu wielu obecnych ulic plynela kanalami woda. Kanaly zasypano, zbudowano chodniki i ulice, a to, co pozostalo - mozna sobie gdzieniegdzie zobaczyc, jak chocby tutaj, przy quai du Wault.

Kamienice po obu stronach nabrzeza byly jeszcze w latach 70. zaniedbane, a wiele z nich chylilo sie ku upadkowi. Niektore nadawaly sie pewnie juz tylko do rozbiorki. Patrzac na dzisiejsza starowke w Lille, gdzie znalezc mozna sklepy znanych projektantow, a ceny domow i mieszkan osiagaja zawrotne ceny, trudno uwierzyc, ze dopiero w latach 80. ubieglego wieku przystapiono do renowacji zabytkowych domow (z ktorych wiele pochodzi nawet z XVI w.). Tym samym uratowano je przed ruina i sprawiono, ze tutejsze zakatki porownuje sie do przepieknych zabytkowych uliczek belgijskiej Brugii. Zdjecia starowki sprzed renowacji mozna obejrzec tutaj (link znajduje sie rowniez w zakladkach mojego bloga):

http://www.vieuxlille1975.com

 

Zastanawiam sie, czy w tym miejscu (zdjecie ponizej) znajdowala sie kiedys sluza, czy moze woda przeplywala swobodnie pod mostem. Obecnie zbiornik wodny jest zamkniety (co nie sprzyja czystosci wody). Z tylu (tzn. z pozycji osoby, ktora wykonywala zdjecie) znajduje sie szeroki bulwar.

 

Prosto z quai du Wault docieramy do square Ramponneau i tutejszej Esplanady. Stad juz tylko kilka krokow przez pont de la Citadelle na Pola Marsowe i oczywiscie na sama cytadele. A nieco dalej - opisywany juz Jardin Vauban... Budynki, ktore widac na zdjeciu, w rzeczywistosci prezentuja sie duzo ladniej i korzystniej, mimo ze z wygladu przypominaja raczej smetne bloki, jakich wiele w naszych polskich miastach.

 

Stojace przy brzegu kanalu stateczki (slabo je widac na tym zdjeciu) to w przewazajacej wiekszosci przycumowane barki zamienione na restauracje lub puby. :-) Podobne "jednostki plywajace" znalazly swoje miejsce w krajobrazie Strasburga przy quai des Bateliers.

Śluza, czyli Ecluse de la Barre. W tym oto miejscu kanal nosi nazwe Canal de la Moyenne Deule, a trasa spacerowa nad woda - Promenade du Rempart. Po prawej stronie, tuz za drzewami, znajduje sie male wesole miasteczko i minizoo (a w nim m.in. rozne gatunki mniejszych malp, do tego latwe w hodowli zwierzeta - lamy i inne, jest takze maly pawilon zwierzat nocnych). A w zoo - jak w warszawskich Lazienkach - dostojnie spaceruja pawie. Pewnego razu widzialam jakiegos mlodziana z calym nareczem takich pawich pior i zastanawialam sie, czy ptak te piora po prostu pogubil, czy tez mlodzian wlasnorecznie pozbawil pawia jego powszechnie podziwianych atrybutow meskiej urody. ;-)

 

Alejka spacerowa ciagnie sie wzdluz parku Vaubana (po lewej). W poblizu sluzy mozna wypozyczyc latem rowery wodne i chyba takze male lodki. Milo jest posiedziec sobie na laweczce pod rozlozystymi kasztanowcami i przygladac sie spacerowiczom. :-) Albo - jak niektorzy - po prostu wyciagnac sie pokotem na lawce i uciac sobie drzemke, niekoniecznie poobiednia. :-)

Alejka spacerowa to tak naprawde avenue Leon Jouhaux, zamieniona w deptak. Takich pieszych stref nie ma w Lille zbyt wiele, o czym mozna sie przekonac, przegladajac chociazby plan miasta z zaznaczonymi strefami dla niezmotoryzowanych. :-)

 

* Pzygody francuskiego marszalka w stolicy Pyrlandii cytowalam juz kiedys na blogu. Warto jednak przypomniec w tym miejscu, co sie wowczas wydarzylo. Otoz slynny marszalek nawiedzil Poznan w 1923 roku. Moge sie jedynie domyslac - na podstawie cytatow i ksiazkowych opisow - co tak naprawde uslyszal gosc z Francji z ust przejetego Heliodora Swiecickiego, owczesnego rektora poznanskiego uniwersytetu. ;-)

Tak wiec zdanie "jest pan najwiekszym zerem ludzkosci, zbudowal pan Niemcy" mialo w rzeczywistosci brzmiec: "jest pan najwiekszym bohaterem ludzkosci, pobił pan Niemcy". Roznica pomiedzy obydwoma zdaniami w jezyku francuskim wyglada nastepujaco (prosze mnie poprawic, jesli cos pokrecilam):

Mialo byc tak (pieknie):

"Vous êtes l'un des plus grands (lub: le plus grand) héros de l'humanité, vous avez battu l'Allemagne".

A tymczasem wyszlo:

 

"Vous êtes le plus grand zéro de l'humanité, vous avez bâti l'Allemagne."

 

Héros / zéro - wyszlo na jedno i to samo. Peu importe. :-) Battu / bâti - komus przydalyby sie kursy fonetyki. ;-)

I tym optymistycznym akcentem zamykam wpis, przypominajac jednoczesnie, ze wczoraj byl 1 maja i z tej okazji nalezalo nabyc bukiecik konwalii. ;-)

 


Niech zyje 1 Maj?

Niech zyja konwalie! ;-)

Na deser: stare pocztowki z Lille.

http://pagesperso-orange.fr/zeurg/cartes_postales_anciennes_nord_59.htm

http://www.vieuxlille.com/cartespostalsanciennes/cartesanciennes.htm

 

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka