La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
środa, 17 maja 2006
Odslona trzecia



A tak oto prezentuje sie z zewnatrz moje pierwsze lokum jeszcze z czasow "erasmusowych". Cite Universitaire Alfred Weiss. Toz to dopiero byl meliniarski akademik. :-) Ot, studenckie zycie...

Pamietam dobrze, ze zanim jescze otrzymalam decyzje o przyznaniu akademika (a bylo to gdzies latem 2002 roku), zeglowalam po stronach internetowych w poszukiwaniu zdjec studenckich "rezydencji" w Strasburgu. I kiedy ze zgroza przyjrzalam sie pierwszej od gory fotce (wycietej ze strony CROUS), to cos mnie tknelo i pomyslalam sobie: "Jak znam zycie, to na pewno zakwateruja mnie w tym wiezieniu". Takie bowiem bylo moje pierwsze skojarzenie - poprawczak albo wiezienie. ;-) Nie pomylilam sie. CU Weiss - budynek B - pokoj nr 260. Ech, to byly czasy... ;-)

Ostatnio w zartach doszlismy wspolnie ze znajomym do wniosku, ze moze nalezaloby zalozyc stowarzyszenie kombatantow Weissa (tzn. wszystkich bylych i obecnych mieszkancow tego jakze uroczego akademika. L'Association des anciens de la CU Weiss. ;-) Po roku 2003 liczni kombatanci otrzymali kwaterunek w innych "domach studenckich", czesc z nich opuscila Strasburg (a nawet Francje), a czesc z nich - jak chocby ja - zamienila spartanskie warunki na burzujskie wygody. :-)

Lista zadan specjalnych ;-)

Do szalonej przeprowadzki pozostaly juz tylko dwa tygodnie. Mam jeszcze 14 dni, aby:

- uprzatnac kurz zalegajacy spora warstwa na parapecie pod oknem;

- odkupic garnek przypalony w trakcie kuchennych eksperymentow (garnek wchodzil bowiem w sklad tzw. inwentarza ruchomego);

- wyszorowac lodowke, ktora obecnie swieci pustkami w ramach programu "Oszczedzam i chudne" ;-)

- dokonczyc pranie ubran upchnietych w glebi szafy (w plociennym worku);

- zaplanowac i przemyslec zapakowanie i przewoz m.in. trzech kolder (podarek od belfra z Nancy w ramach akcji "Zima w wielkim miescie" ;-))), gory recznikow (systematycznie dodawanych przez Madre przed kazdym wyjazdem z Polski) i poscieli na zmiane, a takze proszkow, roznej masci plynow czyszczacych i scierek, szczotek i innych akcesoriow;

- oproznic szuflady ze sterty papierow i smieci, posrod ktorych gdzies znajda sie tez materialy do pracy, rachunki i inne niezbedniki;

- materialy naukowe spakowac do teczek (i posegregowac, na wszelki wypadek);

- i na deser: proba generalna, czyli pakujemy ciuchy i reszte do dwoch duzych walizek i plecaka;

- deser dodatkowy: sprzatanie, wielkie sprzatanie chaty przed tzw.  l'etat des lieux (oddajcie mi moja kaucje!);

Przewoz inwentarza - jak na razie gwarantowany wisniowym samochodem znajomego. :-)

A w miedzyczasie: pojsc do pracy (jak zwykle), posiedziec w bibliotece nad ksiazkami, spotkac sie z dawno nie widzianym promotorem (wypadaloby bowiem odswiezyc znajomosc z tym milym panem). Dzien za dniem. Jak codzien.

wtorek, 09 maja 2006
Odslona druga

A tak wyglada nowe lokum na nowych "hubach". Dojazd tramwajem z centrum zajmuje dwadziescia minut. Okolica calkiem przyjemna. Choc w tak deszczowy dzien jak dzisiejszy budynek zrobil na mnie dosc przygnebiajace wrazenie. A cisza w srodku chyba jeszcze wieksza niz u mnie na "hubach".

Najpozniej do piatku musze wplacic chocby polowe kaucji, zeby "zaklepac" miejsce w owym akademiku. Nie ma to jak dodatkowe wydatki. Jak mozna sie bylo domyslic, moja umowa o prace czy wyciag z banku to dla administracji zwykle swistki, ktore mozna wywalic do kosza. Jak mi oswiadczyla pani z administracji, "ze studentami to sa same problemy, nie placa i wyjezdzaja, wiec zaostrzylismy przepisy". Jako ze gwaranta zadnego nie znajde, bede musiala wystawic czeki z oplata za czynsz (realizowane na poczatku kazdego miesiaca). To i tak lepsze rozwiazanie niz obowiazek zaplaty czynszu za 4 miesiace z gory.

Idea przeprowadzki wydala mi sie - przez chwile - wyjatkowo glupia. Ale coz, czynsz nizszy, okolica ladniejsza, dogodny dojazd... Nie ma rady, slowko sie rzeklo. Przeprowadzam sie. I oby do piatku moje przyszle lokum wciaz pozostalo wolne.


poniedziałek, 08 maja 2006
Odslona pierwsza
Obraz jak na ekranie telewizora (z czarna obwodka wokol)? No coz, to tylko kiepskiej jakosci fotki "pstrykniete" w maju przy uzyciu telefonu komorkowego marki Sony Ericsson. ;-) Czarna obwodka to nic innego jak tylko ciemnobrazowa rama dzielaca okno na dwie polowki. Fotki ponizej - taki mniej wiecej rozposciera sie widok z mojego okna... Nic pieknego. Moje "huby moraskie". Za to choinke mam wlasna... :-)



W tle, przy zoltym domku (obok domku blekitnego) - przystanek mojego autobusu. Przynajmniej nie musze sie "tluc" daleko. ;-)



A gdy tak sobie stoje na korytarzu, rozmawiajac przez telefon, to widze... Ten zbiornik po lewej stronie to basen sasiada, w ktorym przez cala zime kisila sie ta sama woda (czasem zamarznieta, czasem nie) z jakimis kolami ratunkowymi i innym wodnym ekwipunkiem. Sasiad ma tez okrutny syf na podworku zagraconym jakims zelastwem.





piątek, 05 maja 2006
Wspominki

Mialo byc o maturze... Mojej, przed laty zdawanej z biciem serca i skrzypieniem piora (bo to wlasnie tym narzedziem przyszlo mi sie posluzyc w owym czasie). Jeszcze troche, a stuknie dziesiatka. Dziesiec lat. Jeszcze troche. :-)

5 maja - polszczyzna. 6 maja - francuski. Tydzien pozniej - biologia.

Ach, leca latka, leca... Ach, przezyc to jeszcze raz. :-)

Swiadectwo dojrzalosci nosi date 27 maja. Taka sama - moj dyplom ukonczenia studiow. Taki maly zbieg okolicznosci. Egzamin magisterski przesunelam o tydzien (mial byc to 20 maja). Poltorej godziny w ogniu krzyzowych pytan, z ktorych zadne nawet nie otarlo sie o zawartosc mojej pracy. A do tego wszystkiego promotor, ktory promotorem (a raczej promotorka) byl tylko z nazwy i recenzentka-profesorka, ktora po pieciu latach studiow ujrzalam po raz pierwszy w zyciu (znalam ja tylko z nazwiska i opowiesci, nigdy nie mialam z nia zajec).

Przeprowadzka tuz tuz

Z jednych "hub moraskich" przenosze sie na nastepne - te po przeciwnej stronie miasta, na poludniu (obecnie rezyduje na polnocy). Nowe "huby moraskie", oprocz tego, ze beda mnie kosztowac znacznie mniej, oferuja mi przestrzen zyciowa mniejsza o 7 metrow kwadratowych, za to z dostepem do tramwaju, co - jak wiadomo - znacznie zmniejsza dlugosc codziennych podrozy (tutejsze bimby kursuja co 2-5 minut). Przeprowadzka juz w planach - a poki co, niemalo przeroznych formalnosci do uregulowania i naleznosci do zaplacenia. Co ciekawe, nowe "huby" znajduja sie jeszcze dalej od centrum niz "stare" - no, to wpadlam jak sliwka w kompot, ale coz - widzialy galy, co braly. Mialo byc centrum, nie ma centrum. No to nie, bez laski. ;-)

W poniedzialek - wyprawa do rzeczonego akademika. Cel - proba (wyraz celowo podkreslony) uporania sie z gora formalnosci potrzebna, by osiedlic sie, chocby na krotko, w domu studenckim. Sprawa wyglada nastepujaco i delikatnie mowiac, wydaje sie jak smierdzce jajo, ktorego nie powinno sie dotykac: kazdy delikwent, ktoremu marzy sie lokum w akademiku, winien przedstawic odpowiednim "wladzom" dokument podpisany przez osobe trzecia (tzw. gwaranta), zaswiadczajacy, iz jako gwarant ponosi wszelkie konsekwencje wyskokow swojego podopiecznego (finansowe, moralne i wszelkie inne). Gwarant winien do owego oswiadczenia podpisanego wlasna reka dolaczyc zaswiadczenie o dochodach i czek in blanco, na wypadek gdyby student opuscil po angielsku swoja rezydencje, nie uisciwszy uprzednio czynszu, tudziez innych oplat. Dobrze chociaz, ze nie wymagaja zgody rodzicow i zaswiadczenia od proboszcza o moralnym prowadzeniu sie. Jako ze nie znam obecnie zadnego frajera (albo frajerki) gotowej podpisac podobny cyrograf, mniemam (byc moze naiwnie), iz wystarczy moja umowa o prace albo wyciag z konta (mojego). Obym sie nie pomylila. Pracuje, zarabiam, place regularnie czynsz i rachunki - na kiego grzyba mi jakis gwarant? Ubezwlasnowolniona jestem czy co? Niewiarygodna? Za malo kasy mam na koncie czy jak?

Juz samo pisanie o tym wywojuje u mnie palpitacje serca (ze zlosci), a intuicja mowi mi, ze nie obedzie sie bez malej wojny z urzedasami z akademika. Obaczymy.

Zycie we Francji bywa niezmiernie interesujace i dostarcza niemal codziennie niemalej porcji rozrywki. Dla wytrwalych.

PS. W tym miejscu mialo widniec zdjecie mojej nowej siedziby, ale poniewaz nie zapisalam fotki w zadnym z folderow, pozostanie ono (miejsce) puste. Zdjecia w "sieci" juz nie ma.

poniedziałek, 01 maja 2006
Przypadkowo

1 maja. Miasto jak wymarle. Sklepy i restauracje pozamykane, tramwaje i autobusy nie kursuja. Pogoda taka sobie, raczej chlodno z zachmurzeniami. I gdzie te konwalie, co je niby dzisiaj kazdy kupuje? ;-)

Siedze uwieziona na "hubach moraskich". Lenistwo nie pozwala mi ruszyc szanownych czterech liter na wyprawe do srodmiescia, snuje sie wiec zla po moim mieszkanku, usilujac zabic czas, co nie za bardzo mi wychodzi.

Wczoraj niedziela. I dzisiaj - jakby znow ta przekleta niedziela! Dzien wolny. Jour ferie. J'en ai marre. Krolestwo za zwyczajny dzien!

Przez przypadek polaczylam sie z siecia bezprzewodowa. :-)

A jutro znow do pracy... I gdzie ta sprawiedliwosc? ;-)

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka