La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
piątek, 28 kwietnia 2006
Diabel wstapil w kota

W mojego na co dzien raczej dosc spokojnego, choc cholerycznego z natury, kota wstapil dwa dni temu diabel. Kot, ktory nota bene nosi imie jednego ze swietych i doktorow Kosciola, kot, ktorego futerko - jak przystalo na prawdziwego diabelskiego wyslannika - jest czarne (co nie przeszkadza mu nosic malej koloratki u szyi, co jasno dowodzi, ze kot nalezal kiedys do jakiegos plebana i to wlasnie w ksiezowskim obejsciu przyszedl byl na swiat prawie szesc lat temu). Kot, ktory niemalo juz w swym zyciu przeszedl jako strachulec, rzygacz i gryzon. Strachulec - bo juz od malego wszystkiego sie boi i ucieka pod szafe albo pod lozko, rzygacz - chorowity biedak, ktoremu co rusz wysiada uklad pokarmowy, gryzon - bo w przeciwienstwie do innych kotow uzywa, do ataku badz obrony, swojego uzebienia, a nie pazurow (zreszta regularnie obcinanych).

Tak wiec, jak doniosly mi w ostatnim liscie wladze, kot znow zachorowal, rodzina popadla w przygnebienie, kota zapakowano do kufra i w asyscie wladz zawieziono do znajomego weterynarza, ktory do kocich popisow i szalenstw zdazyl sie byl juz przyzwyczaic w swej dlugoletniej karierze. W ramach akcji ratowniczej niejedzacemu i niepijacemu kotu wpakowano zastrzyki w liczbie trzech (domyslam sie, ze nie obylo sie bez kociego placzu, sykow, szczerzenia klow, jednym slowem - kociej demonstracji sily). Zwierze odwieziono do domu i pozostawiono w spokoju, by nieco ochlonelo po tak traumatycznych przezyciach. Nic to nowego, bo kociej czestym klientem weta jest i juz byl powinien sie przyzwyczaic. A tu nic. Kot u weta szaleje, kilka osob go trzyma, krotko mowiac - cyrk. Ze nie wspomne o wsadzaniu termometra w pewna czesc ciala kocieja, ktora to czynnosc ani dla weta, ani dla kota przyjemna byc nie moze. Diagnoza - kot z goraczka.

Pisze mi Padre w dramatycznym liscie, ktory we fragmentach jedynie cytuje: "Wieczorem po dwudziestej pierwszej wyszedlem na balkon, bo mama sie darla, ze mam jej dac lokowki, ktore gdzies zapodzialem." Gwoli wyjasnienia - u wladz na balkonie stoi szafka-sekretarzyk, w ktorej trzymane sa rozne bibeloty, nie dajace sie upchnac gdzies indziej. Pisze dalej biedny Padre: "Nagle spadła klapa od sekretarzyka, który stoi w loggii, że az ja się wystraszyłem (...). I wtedy po tym hałasie, i przy moim zdenerwowaniu, Bazyli wpadł w szał (był już zestresowany wizytą u lekarza). Zawył głosno w moim kierunku chyba przez 10 sekund. Przeszywający skowyt, wyszczerzył kły.
Po czym zeskoczył i usadowił się, gotów do skoku w drzwiach na balkon. Co się zbliżyłem, to wydawał jęk i szczerzył kły. Potem skoczył na wewnętrzny parapet i zza szyby, kiedy sie tylko odwróciłem, ział do mnie jak pantera. Musiałem sie odwrócić i stać przy barierce loggii. Nie mogłem wyjść. Ciemność potęgowała nastrój grozy. Ten przeraźliwy hałas (a więc i niebezpieczeństwo) skojarzył kot ze mną. Zawołałem mamę i powiedziałem, żeby zamkneła od wewnątrz drzwi balkonowe i wpuściła mnie przez okno w drugim pokoju." Biedny Padre uciekajacy przed szalejaca bestia przez okno do mojego dawnego pokoju. Nie moglam sie oprzec usmiechom, czytajac te relacje "na goraco". Dalszy fragment listu pomijam. Kot sie uspokoil i legl na mojej dawnej kanapie, ktora juz zdazyla - od czasu mojego wyjazdu -zmienic wlasciciela. Nie na tym jednak koniec. Wladze relacjonuja dalej: "Kręcił się tam nasz kot, wskoczył mi nawet na biurko. Wpadłem wtedy na głupi pomysł, że przeniosę drewniane krzesło, na którym siadę przy kompie, a krzesło na kółkach oddam kociejowi. Jak mnie zobaczył z tym krzesłem, które w dodatku wydało odgłos, znów jeknał przeciągle, wyszczerzył na mnie kły i przywarował. Odniosłem krzesło, a kiedy chciałem wrocić, warował na skraju łóżka i znów szczerzył kły.
Poprosiłem mamę, żeby go wzieła z mojego pokoju i zamknąłem się na noc, Michu [moj fratello - przyp. R.M.] tez się zamknał i mama chyba też. W nocy się obudziłem, bo spałem niespokojnie, sniło mi się, że kot siedzi u mojej szyi i juz pracuje tylnymi nogami, żeby zrobic skok do mego gardła."

"Do rana juz nie mogłem zasnąć, myśląc, co nas, czeka, bo o 9 mielismy drugi raz być u lekarza. Mama, okazuje się, też pół nocy nie spała, i nasz bzyk także. Rano wstałem z duszą na ramieniu, kot był czujny, ale dał się pogłaskać, nawet go skłoniłem do tego, zeby podziubał trochę żarcia. Potem zmieniłem mu wodę i też skłoniłem, żeby trochę wypił. Zachowywał się troche nieufnie, ale spokojnie. Jakos wizyta u lekarza tez przebiegła spokojnie, a teraz jest kotek znów przyłóż do rany, ale czasem boi się różnych hałasów z zewnątrz. I przez jakiś czas był nieufny wobec loggii. Przed chwilą zaatakował w loggii gołebia. Już pije, jak trzeba, i troche znów podziubał. Lekarz znów dał mu dzis 2 zastrzyki, ale gorączki już nie miał nasz kotek. Spał w południe smacznie w fotelu. Chyba wraca do siebie."

Jestem dobrej myśli - pocieszyl mnie na koniec Padre. Ale na myśl o tamtym horrorze, jeszcze mam dreszcze. 

"Lekarz twierdził, ze to chyba jakas infekcja dróg pokarmowych albo od wątroby. A jak mu opowiedzieliśmy zdarzenie, to skwitował: "No to sobie kot porządził".

"No, faktycznie, urzadzil wam koteczek niezla "rure", odpisalam wladzom. "Trzeba bylo zamiast do weterynarza zabrac kocieja do egzorcysty. Diabla trza z kota wypedzic i tyle."

A tak na koniec przypomnial mi sie "Czarny kot" Okudzawy. ;-)

CZARNY KOT

Na podwórku, tuż za bramą -
czarnej sieni czarny wlot.
W sieni dzień i noc tak samo
rezyduje Czarny Kot.

Uśmiechając się pod wąsem
czai się w ciemności, łotr.
Drą się koty wniebogłosy,
ale milczy Czarny Kot.

Myszy dawno już nie łowi,
stroszy wąs i śmieje się -
łapie wszystkich
nas za słowo
i kiełbasę naszą je.

Ani żąda, ani prosi,
Kryje w ślepiach żółty blask.
Każdy sam mu coś wynosi,
jeszcze mu się kłania w pas.

Nie zamiauczy ani razu,
ale z sieni - ani rusz;
o framugę ostrzy pazur,
jakbyś miał na gardle nóż!

Stąd też wszyscy przygnębieni,
wszystko w domu - byle jak...
Światło by założyć w sieni...
Ale jakoś chętnych brak!

Bazyli rules! ;-)

17:59, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 kwietnia 2006
Ufrancuzowic sie?

Czytam ja sobie na onecie, ze jazzy jest miec jakies inne obywatelstwo oprocz polskiego. To moze i ja powinnam sie ufrancuzowic? Cztery latka niedlugo uplyna, odkad osiadlam na francuskiej ziemi, a pieciu potrzeba, by moc ubiegac sie o przyznanie obywatelstwa.  A wiec jeszcze roczek i troche, i ja bede wielka pania, co to z francuskim paszportem paraduje, machajac nim przed nosem rodakom. ;-) Nie tak predko. Biorac pod uwage, ze moja tutejsza kariera uplywa pod znakiem studiow, bede pewnie musiala pohamowac swoje zapedy i na kolejnych pare latek pozegnac sie z marzeniem o byciu "prawdziwa Francaise". ;-) Zreszta, bez trudu wyobrazam dzien, gdy wkraczam do prefektury i obrazona pania z okienka prosze o wytlumaczenie, co wlasciwie trzeba zrobic, by Francuzka zostac. A mina pani z okienka powie mi wszystko, co w takich sytuacjach doswiadcza obcokrajowiec, ktoremu przyszlo do glowy pchac sie do francuskiego korytka z nadzieja na roznorakie przywileje. To pewnie juz lepiej stac sie wielka pania, zaciagnawszy przed oltarz jakiegos Francuza? Rach ciach, jeden roczek wspolnego pozycia i juz sie jest pania na wlosciach, i jeszcze sobie mozna ufrancuzowic imie, co by trendy brzmialo i nie odbiegalo od francuskich standardow. ;-)  

Swoja droga, mialam okazje ostatnio rozmawiac chwile z Polakami, ktorych wyslano na jakis kilkumiesieczny kontrakt do Francji, do pracy przy budowie domow jednorodzinnych. Podobno legalnie. Zadnej znajomosci jezyka (ani francuskiego, ani angielskiego). Mysleli, ze Strasburg lezy w Niemczech i nie chcieli uwierzyc, ze jest inaczej. Na widok strasburskiego tramwaju (fakt, ze ladny jest) jeden z nich powiedzial: „Zeby tak u nas w (...) takie kiedys jezdzily...” Pytam, gdzie beda mieszkac. No, w Paryzu, pada odpowiedz. A ja na to pytam: A gdzie w tym Paryzu? Bo przeciez jasne dla mnie bylo, ze nie w centrum i nie pod wieza Eiffla. ;-) Pewnie na obrzezach, nie? A panowie mi na to z naciskiem: Nie, mowili, ze w Paryzu. A duzy on, ten Paryz? Jako ze byl to pierwszy ich wyjazd za granice, wiec zapewne wydalo im sie, ze Paryz to taka pipidowa jak kazde inne miasto. Byle ich nie wykolowali, bo nawet o pomoc nie beda umieli sie zwrocic, bo jak, skoro tylko po polsku mowia.

W Strasburgu pod arkadami przy Kleberze sypiaja bezdomni. Swoja droga, niezla wizytowka miasta. Tuz obok katedra, wzdluz deptaku eleganckie sklepy, wkolo turysci z calego swiata, a tu – glowna siedziba kloszardow. Wsrod nich nie brak niestety Polakow. To pewnie ci, ktorym sie nie spelnil "francuski sen" o latwych i duzych pieniadzach. Przykro patrzec na zapitych, brudnych i klnacych glosno po polsku facetow, spiacych pokotem na kartonach w smierdzacych spiworach. Wstyd, gdy slyszy sie, jak po polsku wulgarnie zaczepiaja przechodniow, zwlaszcza kobiety. Wstyd, gdy szamocza sie z policja, wstyd, gdy po ktoregos z nich przyjezdza pogotowie, bo albo sie zapil na smierc, albo prawie zamarzl. Nie mowie, ze bezdomni to tylko Polacy, ale kiedy na przystanku tramwajowym albo gdzies na skwerku widze kloszardow z butelka taniego wina w reku, to prawie na pewno sa to przybysze z kraju nad Wisla.

Jakis czas temu na dworcu kolejowym, przy telefonicznej budce, zaczepil mnie mlody facet, tak okolo trzydziestki i lamanym angielskim spytal, czy moge mu objasnic, jak sie uzywa francuskiej karty telefonicznej. Nie wiem, czy wyraz twarzy mial taki swojski, czy moze akcent go zdradzil - cos mi jednak  podpowiedzialo, ze to Polak. Jak sie okazalo, mialam racje. Caly dobytek w malym plecaku, spontaniczny wyjazd w nadziei, ze uda sie nowe, lepsze zycie. Chcial sie dostac do znajomych w Anglii, ale nie mial pieniedzy na dalsza jazde autokarem ani tym bardziej pociagiem. Do Francji przyjechal busem. Mowil, ze moze zaciagnie sie do Legii Cudzoziemskiej. Nie wiem, czy to zaradnosc, czy moze nasza polska „ulanska fantazja” – bez grosza przy duszy, bez dobrej znajomosci jezyka, bez stalego zaczepienia gdzies w Anglii albo we Francji... Mam nadzieje, ze nie tula sie teraz chlop gdzies po dworcach i roznych melinach, ze go znajomi do wiatru nie wystawili, ze sie powiodla ta dosc lekkomyslna, moim zdaniem, i nieprzemyslana przygoda. 

A na dowod, ze Polacy nie tylko snuja sie po tutejszych melinach, dodam jeszcze, ze dzis wlasnie - poprzez znajomych - poznalam mlodego Polaka, mieszkajacego we Francji od 10 lat i tu wlasnie pracujacego nad doktoratem. Swiat jest maly, a Polacy sa wszedzie. :-)

piątek, 21 kwietnia 2006
Koniec tego dobrego

To mial byc moj odpoczynek od Francji, a zwlaszcza od Francuzow i wszystkiego, co tylko moze sie - chocby w najmniejszym stopniu - kojarzyc na sposob francuski. Osiem dni z dala od CPE, strajkow i manif, z dala od pracy, pewnej namolnej kolezanki i... moich "hub moraskich". Blogoslawiony tydzien. Dom, najblizsi, polski jezyk, polski krajobraz, polskie jedzonko i moje polskie lozko.

Telefon wylaczony, skrzynka mailowa - nieczynna do odwolania. ;-)  A niech sobie czekaja na odpowiedz. Tydzien polskiej mowy. Oprocz srody. :-) Tydzien, ktory minal tak szybko, ze nawet nie zdazylam sie porzadnie spakowac. Skutek: moje najnowsze czarne spodnie zostaly w domu.

W ciagu osmiu dni - tylko jedna awantura z wladzami (jedno z moich ostatnich osiagniec - staram sie panowac nad swoim "choleryzmem"). Pas mal.

Strasburg przywital mnie sloncem, cieplem, kwitnacymi magnoliami i mlodziutka wiosenna zielenia. A takze zamknietym (znowu) uniwersytetem. Krotko mowiac, rozmemlany na co dzien rektor zdziebko sie wpienil, "zlota mlodziez" przegonil (ciekawe, czy w tym celu zamowil interwencje tutejszego "ZOMO", czy tez udalo mu sie zaprowadzic porzadek po dobroci), a uczelnie zamknal na cztery spusty. Do odwolania, czyli gdzies tak do 4 maja pewnie.

Tradycyjnie - jak to zwykle w tym kraju bywa - okazalo sie, ze "gdzies" zaginelo moje podanie o studio w miasteczku akademickim. Tak wiec moja prosba o lokum w akademiku nie tylko nie zostala pozytywnie rozpatrzona, ale nawet nie dotarla do adresata. Komu podziekowac? Poczcie czy pani/panu w CROUS-ie?

Nie bez smutku dokonal sie powrot do kolchozowej rzeczywistosci. A tak bylo milo, tak przytulnie, tak dobrze... Nie ma to jak w domu u mamy. ;-)

18:13, reine_marguerite
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 kwietnia 2006
I ty mozesz zostac zlodziejem

Wczoraj, w dniu wielkiej manify "zlotej mlodziezy" i zwiazkowych kombatantow, sklep sieci Atac stracil jednego klienta. Nieodwolalnie. Sklep, usytuowany w poblizu Klebera, placu, z ktorego mialo wyruszyc barwne, rozkolysane w takt jakichs "kalinek" i innych hitow, pospolite ruszenie, wprowadzil specjalne srodki ostroznosci. Pan Murzyn stajacy na bramce wszystkim bowiem mlodym klientom, podejrzewanym o chec udzialu w owej paradzie, odbieral plecaki i rzucal w poblizu kasy. Ze niby moga cos ukrasc. Panie tego, taka tera mlodziez...

Wchodze ci ja do owego magasin w celu zakupienia kartonika mleka i jablek (wielkich zakupow nie robie), a tu pan Murzyn mnie zaczepia i kaze zostawic plecak pod kasa. A ja mu na to, ze nie zostawie mojej torby byle gdzie, bo mam w srodku kompa (nie, zebym sie tym sprzetem szczycila - nawet gdybym w torbie miala jedynie zeszyt i dlugopis, to bym jej nie rzucila pod lade, bo niby z jakiej racji?). A on mi na to, ze takie sa przepisy. Odwracam sie wiec na piecie i rzucam na odchodne, na tyle glosno, by uslyszal to nie tylko ochroniarz, ale i kasjerki i klienci: "W takim razie nie zrobie zakupow w TYM sklepie, gdzie klienta traktuje sie jak potencjalnego zlodzieja." Pan Murzyn powiedzial "do widzenia", a ja wymaszerowalam na zewnatrz. I wiecej moja noga tam nie postanie.

Mialam na sobie dzinsy i kurtke. No i zwykly plecak. Kolezanka, z ktora przyszlam na zakupy, ubrana byla w elegancki plaszczyk, buciki na obcasach, a w reku trzymala dosc spora torbe na ramie, mniej wiecej wielkosci mojego plecaka. Czy gdybym pojawila sie w tym samym  sklepie w eleganckim kostiumiku, w butach na szpilkach, tez musialabym zostawic caly swoj dobytek przy wejsciu tylko dlatego, ze dyrekcja sklepu nie panuje nad sytuacja? To nie moj problem, ze z okazji wielkich spedow pojawia sie mlodziez, ktora kradnie. Ja na mlodziez licealna juz nie wygladam, a juz tym bardziej zlodzieja nie dam z siebie zrobic. Tylko dlatego, ze nosze plecak, a nie elegancka torebeczke (trudno upchac ksiazki i notatki w torebce, do tego nie lubie niczego nosic w reku ani na jednym ramieniu).

Do pana Murzyna nic nie mam. Uprzejmy byl, nie powiem, no i tylko wykonywal swoje obowiazki. Ale dyrektor owego sklepu musi byc skonczonym debilem. A ja z zasady omijam  debili szerokim lukiem. ;-)

Juz mnie chca wypedzac... ;-)

Udalam sie dzis wczesnie rano, by uniknac kolejek, do pewnej instytucji z zamiarem "narobienia gnoju", jak to elegancko okresla jeden z moich znajomych. Instytucja zwana CAF-em miala bowiem czelnosc wyslac mi list, w ktorym jakis "gall anonim" powiadamia mnie, ze oto od maja nie mam juz prawa otrzymywac dodatku mieszkaniowego. Zadnych wyjasnien, zadnego uzasadnienia. Jeszcze tylko w ramach standardowej formulki brak staropolskiego i jakze serdecznego  przeciez "spieprzaj, babo!" Zaczelam glowkowac: co takiego zmienilo sie w moim zyciu i w mojej sytuacji mieszkaniowej? Polecialam na ksiezyc? Wygralam w totka? Wyszlam za maz, a nic mi o tym nie wiadomo? A moze jakis podly karaluch doniosl na mnie do CAF-u, ze niby taka bogata jestem, a jeszcze kase od panstwa socjalnego wyludzam (na ktore to zreszto panstwo loze z wlasnej kieszeni)? A moze to jakis kolejny szatanski pomysl eksterminacji obcokrajowcow autorstwa niezrownanego Nicolasa S.? Przypomnialo mi sie jednak, ze pod koniec lutego powiadomilam wlasciciela lokum, ze zamierzam opuscic "huby moraskie" - oficjalnie w dniu 1 czerwca br. Wywnioskowalam wiec, ze albo jakis ciolek w CAF-ie cos zle zrozumial (co akurat by mnie nie zdziwilo), albo zarzadca owych moraskich posiadlosci zlosliwie przeslal do ww. CAF-u jakies bzdury dotyczace mojej wyprowadzki. Z tego wszystkiego to nawet zasnac nie moglam. ;-)

"Czy Pani umowa o mieszkanie wygasa 30 maja czy moze 31?", pyta lysy pan za biurkiem, a raczej za "lada". "Bo jesli 30 maja, to nie dostanie Pani od nas nic, a jesli dzien pozniej - to pieniazki przelejemy". A to niby z jakiej racji mam sie wynosic juz 30 maja? Maj, jesli sie nie myle, liczy sobie przeciez dni 31, è vero? A do tego "pieniazki za czynsz to biora ze az hej" i to za caly miesiac z gory. Wiec jak? To juz mnie wypedzaja? Teraz to juz nie klient jestem, tylko jakas dziadowa, bo sie wyprowadzam z palacow? ;-)  I czy umowa moze wygasac wczesniej niz w ostatnim dniu miesiaca? Czy ja cos przeoczylam? ;-) Pan z okienka chyba zrozumial, o co chodzi, nabazgral cos na jakims urzedowym druku i basta. Sprawe ponoc udalo mi sie zalatwic od reki, choc - jak mniemam - za miesiac nie obedzie sie bez kolejnej wizyty w owej instytucji. Jak sie zapewne okaze, pan urzednik zapomnial przekazac sprawe dalej, ktos nie wpisal czegos do akt, zawiesil sie komputer albo pani Irene zgubila karteczke od pana Michela. I trzeba bedzie wszystko tlumaczyc jeszcze raz jak malemu dziecku.

Po wizycie w CAF-ie popedzilam na rozmowe z moim szefem Philippe'm. Szef to rowny chlop (nie chwalcie, kolezanko Reine M., dnia przed zachodem slonca), cierpliwie wysluchal moich wywodow, pokiwal glowa, urlop i "blogoslawienstwo" na droge dal, a na koniec ze smiechem spytal: "I to juz wszystko?" A mnie kamien z serca z lomotem spadl na podloge. Quel soulagement! Ja-de do do-mu! Ja-de do do-mu! ;-)

"Zlota mlodziez" tym razem gora. Jak donosi prasa, reforma prawa pracy utknela w martwym punkcie. Szkoda. Przez Strasburg przetoczyla sie wczoraj kolejna halasliwa manifa, lud zabarykadowal sie na uczelni, za to normalni ludzie - jak w kazdy zwykly dzien - popedzili do pracy i do swoich zajec. Sporo jest  niezadowolonych studentow, ktorym przeszkadza, co mnie nie dziwi, brak zajec, chaos organizacyjny, skrocenie roku akademickiego, przekladanie egzaminow z poczatku kwietnia na maj (do ktorych zdazyli sie przeciez juz przygotowac). Nie dosc, ze reforma LMD rozlozyla uczelnie na lopatki, nie dosc, ze wakacji wiecej niz zajec (tydzien na przelomie pazdziernika i listopada, pol miesiaca w grudniu, tydzien w lutym, strajki w marcu, 3 tygodnie wakacji w kwietniu... i za chwile sesja letnia). W maju nie ma juz zajec, przynajmniej na tym uniwerku. Porazajace. Troche lepiej jest w Nancy, gdzie ostatnie zajecia wypadaja pod koniec maja.

Dzis uniwerek znow zamkniety. Ponoc chodzi o "kwestie bezpieczenstwa". I co jeszcze?

Moj znajomy belfer z Nancy wczoraj wieczorem zadzwonil do mnie i po krotkiej grzecznosciowej wymianie zdan grobowym glosem oznajmil, ze sie wstydzi swojego kraju i ze to, co sie obecnie dzieje we Francji, jest po prostu zalosne. No coz, socjalistycznemu rozdawnictwu w mysl radosnego hasla "czy sie stoi, czy sie lezy...", a takze wszelkiej masci bumelantom, mowimy stanowcze nie! ;-) Nancy tez padlo ofiara strajkow, blokad i roznych "love parade" szalejacych po miescie. A kolezanka z Tuluzy ponoc przez okno na parterze "wlamywala" sie na uczelnie. Czego sie nie zrobi dla wiedzy... ;-)

PS. Z dzisiejszej GW: "Prawica wierzy, że wówczas zdoła pokonać socjalistów ich własną bronią. - Maszerować za plecami demonstrantów i krzyczeć "My was obronimy!" jest bardzo łatwo. Oczekujemy, że kandydat socjalistów przedstawi swój własny, konkretny projekt redukcji bezrobocia wśród młodzieży - dodaje francuska polityk, deputowana do Parlamentu Europejskiego.

Bo w tej chwili jest ono piętą achillesową francuskiej gospodarki. W skali całego kraju pracy nie ma 23 proc. osób do 26. roku życia. Jednak na 750 wybranych obszarach (głównie przedmieściach wielkich miast) bezrobocie przybiera katastrofalne rozmiary, sięgając w niektórych przypadkach 41 proc
." No, to powodzenia, moi drodzy socjalisci. "Do roboty, do roboty!" :-)

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka