La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
środa, 28 marca 2007
Tak niewiele sie dzieje?

I znow rzadzi wiosna. Za oknem jasno i slonecznie, ciepelko powoli rozgrzewa moje stare kosci, a coraz dluzsze dni zachecaja mnie nie tylko do spacerow i typowego u mnie wloczegostwa po starowce, ale i do odrobiny optymizmu. ;-) W ciagu kilku zaledwie dni uzbieralam dwa albo trzy wpisy "marudne", ktorych postanowilam jednak nie publikowac. Bo i po co? I bez tego wiem, zem maruda, malkontentka i pesymistka. A zreszta komu chcialoby sie czytac czyjes jeki i zale, jakby malo bylo wokol powaznych problemow? Notka sympatyczna i pogodna rowna sie notka chetniej czytana.

Milcze ostatnio, poniewaz nie mam nic ciekawego do opowiedzenia. Sporzadzanie zas notatki w rodzaju "Dzisiaj przypada Journée de la Francophonie" albo "Mam dola. Pocieszcie mnie" lub na przyklad streszczenie dnia w podpunktach, mija sie z celem. Jest wiele spraw, o ktorych chetnie bym opowiedziala, brakuje mi jednak przekonania i odwagi, by to zrobic. I moze niech tak lepiej zostanie. Innym wychodzi to znacznie lepiej, co nie oznacza, ze i mnie wyjdzie. :-)

Przyszla wiosna, a z nia nawal pracy, na co zreszta nie narzekam. Robie to, co lubie, wiec na co sie skarzyc?

Dzis rano spedzilam godzine na kozetce w przychodni, lezac ze sztywnie wyprostowana reka, w ktora uprzejma pielegniarka wbila mi igle o takich gabarytach, jak gdybym byla co najmniej nosorozcem. ;-) Upuszczono mi chyba z dziesiec fiolek krwi do roznych badan, zleconych przez lekarza zaniepokojonego moim podupadajacym ostatnio stanem zdrowia, a mnie ubylo z portfela 20 euro. Co i tak jest niczym w porownaniu z suma, jaka musialabym w Polsce uiscic za tak drobiazgowe i liczne badania (bylaby to niewatpliwie suma trzycyfrowa, a nawet bliska czterem cyfrom). Tu przynajmniej ponioslam jedynie koszty jakichs odczynnikow czy diabel wie czego, nie refundowanych przez Sécurité Sociale. Moge sie wiec uwazac za szczesciare. A jesli do tego dodac jeszcze uprzejmy i troskliwy personel, jest to szczescie wrecz niebywale. Coz, powinnam sie przyzwyczaic do tego, ze grzecznosc i mily usmiech SA CZYMS NATURALNYM I NORMALNYM. W zwiazku z czym nie na miejscu jest odczuwac zaklopotanie, co w dalszym ciagu mi sie zdarza. Coz, stare nawyki jeszcze z czasow "przedfrancuskich". ;-)

Dodam jeszcze, ze zostalam przyjeta poza kolejka. Nie wiedzac bowiem o tym, ze nalezy najpierw zadzwonic do laboratorium i umowic sie na konkretny dzien i godzine, przyszlam sobie na badania z samego rana jak gdyby nigdy nic. Tak jak wielokrotnie wczesniej, gdy jeszcze mieszkalam w Strasburgu. Pani z sekretariatu byla jednak na tyle mila, ze nie odeslala mnie z kwitkiem do domu, za co jestem jej niezmiernie wdzieczna.

Robie sobie mala przerwe w pracy. Po badaniach wypilam jedynie kawe i zjadlam jablko, wiec umieram z glodu. Czytam sobie wlasnie "Le Monde". Interesuje mnie nie tylko kampania przedwyborcza, ale i wydarzenie, o ktorym od wczoraj glosno. Jak dobrze jest nie mieszkac w Paryzu. Slyszeliscie moze o wieczornych starciach chuliganerii (w liczbie 200-300) z policja na Gare du Nord (w liczbie piecdziesieciu strozow porzadku)? To sie dopiero dzialo. Zwykla kontrola biletow i zatrzymanie gapowicza przez kontrolera przerodzily sie w regularna batalie. Skonczylo sie na demolce sklepow w dworcowej galerii (i kradziezy towaru), wybitych szybach, porozwalanych koszach na smieci i oproznionych kwietnikach, ktorymi - jak sie domyslam - "dresy" obrzucily przedstawicieli prawa i sprawiedliwosci. No pieknie. W takich chwilach jestem wdzieczna losowi, ze raczyl byl rzucic mnie w miejsce, gdzie tak niewiele sie dzieje. ;-)

piątek, 23 marca 2007
1300 stron na weekend

Gdyby sie komus nudzilo, to polecam swietna lekture na weekend. Polknelam te dwie ksiazki w mgnieniu oka, poswiecajac na czytanie cenne godziny nocne. ;-)



Pierwsza z nich ukazala sie tez po polsku pod tym samym tytulem ("Imprimatur"), a druga chyba jeszcze nie doczekala sie polskiego przekladu:


C'est par Valladolid, cité puissante et prospère de Vieille Castille, que la Réforme prostestante pénètre en Espagne. Le destin tragique du premier cercle de luthériens, éradiqué par l'Inquisition, fournit la toile de fond du livre de Miguel Delibes. Mais l'art de l'écrivain transcende le roman historique. Ses personnages ne sont jamais aussi vrais que quand ils incarnent, à travers leurs idées et leurs sentiments, des figures intemporelles. A commencer par son héros, Cipriano Salcedo. Né l'année même où Luther placarde sur la porte de l'église de Wittenberg les thèses qui vont provoquer le schisme, élevé par un père froid et sévère qui lui reproche d'avoir coûté la vie à son épouse, il devient un commerçant prospère. Insatisfait, il connaîtra un bref moment de félicité dans la fraternité des assemblées clandestines. Mais le destin de l'hérétique est scellé d'avance. Ce chant tragique, où les corps et les coeurs sont la matière même de cette oeuvre passionnée, est à l'image de la jeune nourrice Minervina qui traverse le roman comme un fil d'amour tendu vers l'espoir.

Uwaga! "Imprimatur" liczy sobie 850 stron. ;-) A "Heretyk" prawie 500. Nic to jednak dla "polykaczy ksiazek", a przy tym doskonala rozrywka i naprawde dobra lektura.

13:11, reine_marguerite , Innusie
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 marca 2007
Przypadki dziewczynki o bardzo malym rozumku

No, dobrze... Nie bedzie dalszej czesci wynurzen na temat 5 rzeczy, ktorych o mnie nie wiecie. Popsulabym cala zabawe. Wynurzenia beda gratis w ramach deseru.

A o zwierzenia w temacie 5 rzeczy poprosze grzecznie i milo:

1. Chinskiego studenta -
http://zhao.blox.pl/html

2. Wedrujaca po swiecie Skylar -
http://tur-tur.blogspot.com/

3. Normandzka nauczycielke -
http://caen.blox.pl/html

4. Amsterdamke -
http://amsterdamka.blox.pl/html

5. Wroclawianke -
http://codziennie.wroclaw.pl

Cztery panie i jeden pan. :-) Bedzie mi bardzo milo, jesli znajdziecie chwilke czasu i przylaczycie sie do sympatycznej zabawy.

A teraz obiecywany deser. ;-)

1. Na stole operacyjnym


Jako prawie jedenastoletnia panna przeszlam operacje wyrostka. Leze juz na stole operacyjnym, nie moge ruszac rekoma (nogami zreszta juz tez nie). Nade mna nachyla sie pan doktor w maseczce i w pelnym chirurgicznym rynsztunku:

- Dziewczynko, jakie jest twoje ostatnie zyczenie? - pyta laskawie moj oprawca.


A dziewczynka o malym rozumku odpowiedziala na to: Prosze mnie podrapac po nosie.

;-) Pan doktor podrapal dziewczynke po nosie, po czym maly glupol zapadl w sen. Prawde mowiac, dzialanie narkozy to cos niesamowitego, co da sie przyrownac do wrazen zwiazanych z pierwsza podroza samolotem. Naprawde. Pisze to osoba, ktora dlugo wierci sie na lozku, nim zasnie. Mnie taka narkoza przydalaby sie kazdego wieczora, gdyby... gdyby nie fakt, ze wybudzanie przypomina poranek po pijackim wieczorze. ;-)

2. Na wsi

Pewnego razu na wakacjach u wujostwa moj brat (lat 13) wpadl na wyjatkowo madry pomysl. Musialam wziac udzial w tym przedsiewzieciu (mialam wtedy 11 lat). Jakiez to bylo zadanie? Wymknac sie z domu o polnocy, otworzyc kurnik i wypuscic wszystkie kury na podworko w srodku nocy. Trzeba bylo widziec mine wujostwa nad ranem...

Na tych samych wakacjach ja, glupol nr 1, znalazlszy jajko wysiadywane przez kure, postanowilam przyspieszyc bieg wydarzen i rozbilam je z nadzieja na znalezienie malutkiego kurczaczka, ktorym bede mogla sie opiekowac. Zamiast kurczaka, otrzymalam zadatek na jajecznice.

3. Nad jeziorem

Tego samego roku. Pewnego razu na letnim spacerze "nad woda", postanowilam za pozwoleniem rodzicow zamoczyc sobie nogi w jeziorze. Zeszlam wiec na bosaka po kamiennych schodkach... i chlup... poslizgnawszy sie na omszalych kamieniach, wpadlam w ubraniu do wody. Cale szczescie bylo cieplo. Ale do domu wrocic musialam owinieta w duzy kapielowy recznik.

4. W kosciele

Zdarzylo sie to rok temu. W czasie Wielkiego Postu zorganizowano Journée de Réconciliation - z okazja do spowiedzi, wieczorna msza etc. Mieszkalam wtedy jeszcze na "hubach moraskich", wiec do strasburskiej katedry mialam spory kawalek. Tuz przed wyjsciem z domu, szukajac czegos na polce znajdujacej sie nad kuchenka, oparlam sie dlonia o elektryczna plyte. Nie byloby w tym nic interesujacego, gdyby nie fakt, ze wczesniej odgrzalam sobie na niej kolacje. Oparzylam sobie dlon, wrzasnelam, prawie odmrozilam sobie konczyne gorna pod strumieniem lodowatej wody, po czym z piekaca lapa wsiadlam do autobusu. Trzymajac sie zimnych rur, oczywiscie. ;-) W aptece kupilam jakas masc na oparzenia i z posmarowana lapa wparowalam do katedry. Pech chcial, ze wchodzacych wital osobiscie ksiadz kanonik. Widzac wiec wyciagnieta w moim kierunku reke ksiedza, spalilam sie ze wstydu:
- Eeee... prosze ksiedza, nie moge sie przywitac, bo sobie dlon oparzylam dzis wieczorem...

Faktycznie bowiem, prawa dlon mialam cala oklejona mascia-zelem na oparzenia... ;-)

No, to by bylo na tyle.

wtorek, 20 marca 2007
Wy nie wiecie, a ja wiem...
... czyli piec rzeczy, ktorych jeszcze o mnie nie wiecie. Oto lustracji czesc pierwsza - sentymentalna. Kilka krociutkich historyjek z dziecinstwa Jejmosci.

1. Juz dziecieciem bedac, objawilam swoje preferencje polityczne, ktorych bronilam niczym lwica swoich malych lwiatek. Co roku kategorycznie odmawialam udzialu w pierwszomajowych pochodach, na ktore Tatko zabieral mojego starszego brata-wedrowniczka. Bratu oczywiscie udzial w tego typu przedsiewzieciach bardzo sie podobal. Bo i kolorowo bylo, i glosno, i choragiewka mozna bylo pomachac, dostac papierowego golabka z papieru, a przede wszystkim - odbyc podroz "na barana" na tatkowych ramionach, calkiem niczym wschodni basza na grzbiecie slonia. Widoki byly piekne, nikt malcowi nie zaslanial... Ale nie o tym mialo byc. Mnie natomiast wolami nie wyciagnieto by na zaden taki pochod. Nawet kuszaca i slodka wizja waty cukrowej, barwnego wiatraczka i innych tego typu pierdolek nie byly w stanie zmusic mnie do opuszczenia domu.

Bedac juz nieco starsza pannica, mniej wiecej siedmioletnia, wyciagnelam skads, z jakiejs rodzicielskiej szufladki, mala odznake "Solidarnosci", ktora z wiadomych powodow rodzice skrzetnie ukrywali (prosze wiec nie pytac mnie o orientacje polityczna Padre, ktory zabieral syna na pochody z okazji 1 maja ;-)). Dumnie przypiawszy oznake do plaskiej jeszcze jak deska piersi, postanowilam w takim oto rynsztunku politycznym wymaszerowac na podworko. Cale szczescie przy drzwiach wyjsciowych przylapala mnie babcia, ktora zmywszy mi glowe za taki wybryk ("Dziecko, ty chcesz rodzicow do grobu wpedzic! Pojda przez ciebie siedziec!), odebrala mi znaczek i dopiero wtedy pozwolila wyjsc na dwor.

2. Druga historia dotyczy czasow wczesnoszkolnych, gdy jako pieciolatka zostalam zapisana do "zerowki". Byl to w zasadzie moj pierwszy kontakt z placowka oswiatowa, jako ze jako dziecko wiecznie chore nie uczeszczalam do przedszkola (niestety).

Pewnego razu podczas lekcji wybralam sie z kolezanka Madzia do ubikacji. Jesli mnie pamiec nie myli, z Madzia dzielilam jedna lawke w czasie zajec typowo szkolnych. Taki byl zwyczaj, ze do kibelka chodzilo sie we dwojke, bo tak fajniej, mozna pogadac i wrocic do klasy 10 minut pozniej. Myjac lapki, zaczelysmy sie z Madzia pryskac woda i rozchlapywac ja wokolo, a wtedy - widocznie drzwi byly uchylone i slychac bylo nasze piski - do lazienki wkroczyl dyro. Wpadlysmy niczym sliwki w kompot. Dostalysmy niezla bure, a w dodatku dyro zaprowadzil nas, obie winowajczynie, z powrotem do klasy i zrelacjonowal naszej pani ow haniebny wybryk. A pani, skadinad bardzo sympatyczna, wymierzyla nam jakas kare, ktorej nie pomne. Do dzis pamietam za to kolor kafelkow w tej szkolnej lazience. ;-)

Kolejna historyjka dotyczy rowniez "zerowki". Na grudniowym baliku wystapilam jako pajacyk i blazenek w jednej osobie - z wymalowanymi policzkami, odziana w kostiumik z porteczkami do kolan i odpowiednia barwna pajacykowa "bluzeczke" (calosc uszyla chyba znajoma mojej mamy), ze spiczasta czapeczka z dzwonkiem calkiem pokaznej wielkosci (czapeczka, nie dzwonek). Swietym Mikolajem byl nie kto inny, jak moj wlasny Tatko! Tatko zglosil sie zapewne na ochotnika, brawurowo odegral swoja role (nie ma to jak zdolnosci aktorskie), a w dodatku zaprezentowal sie znakomicie w dlugim "mikolajowym" plaszczu, w pokaznej czapie, z biala broda (na brodzie) i biala peruka (na glowie), i wlasnymi okularami (na nosie). ;-) Dodam wiec, ze pekalam z dumy, a do tego na pamiatkowych zdjeciach jako jedyna nie siedze grzecznie na laweczce (i nie stoje w tylnim rzedzie), ale leze bokiem na podlodze w "stanczykowej pozie", wspierajac glowe na reku. :-)

3. Historyjka wczesnoszkolna. Podpuszczona przez ferajne z klasy, pocalowalam kolege w krzakach nieopodal szkoly. Do dzisiaj jest mi z tego powodu glupio, a kolege dlugo, dlugo po skonczeniu szkoly podstawowej omijalam z daleka. On mnie zreszta tez.

4. Jako jedenastolatka postanowilam zostac baletnica i zapisac sie do szkoly baletowej. Wpadlam na ten pomysl po obejrzeniu jakiegos filmu czy moze serialu o nastoletniej tancerce. Nieco pozniej znalazlam tez w rodzicielskiej bibliotece ksiazke o balecie, w ktorej byly zdjecia i rysunki etc. Dostalam prawdziwego amoku. Cwiczylam jak opetana, majac nadzieje, ze zostane w przyszlosci wielka tancerka. Rodzice, widzac ten amok, postanowili przez jakis czas nie rujnowac moich nadziei na wielka kariere ("dziecko, ty juz jestes za duza na balet")... Niestety, kiedy dowiedzialam sie, ze faktycznie nie nadaje sie na tancerke, wpadlam w czarna rozpacz... Przezylam jednak, o czym swiadczy dzisiejszy wpis.

5. Historyjka rodzinna. Pewnego razu z okazji nie-pamietam-jakiej odbyla sie w domu mojego chrzestnego jakas rodzinna impreza z tona zarcia, siedzeniem wokol stolu i gledzeniem o "starych pistoletach". My, dzieciarnia, poszlismy pobawic sie na podworku. Ganialismy tez na ulicy przylegajacej do domu - rzadko bowiemy przejezdzal tam jakis samochod. Po pewnym czasie z okienka na pieterku odezwal sie skrzekliwy i rozkazujacy glos babci moich kuzynow, a matki mojej ciotki (ktora to ciotka jest zona brata mojej mamy): "Dzieciaki, do domu! Na kolacje!" Pomarudziwszy troche, z ociaganiem wrocilismy do domu. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy tuz przed powrotem do domu zostalam zaciagnieta przed oblicze starszyzny, po czym owa babcia (a raczej straszne wredne babsko, ktora nie wiedziec czemu nie lubilo mojej ukochanej babci) oskarzyla mnie wszem i wobec, ze ponoc w reakcji na jej zawolanie krzyknelam na podworku do kuzynow: "Nie sluchajmy tego babsztyla". :-) Musialam wiec przeprosic nie tylko ciezko urazona matrone, ale rowniez wuja, ciotke, moja babcie i moich rodzicow. Stali tak nade mna kolem i tylko brakowalo, zeby mnie rozszarpali na kawaleczki. ;-) Kiedy odjezdzalismy samochodem do domu, spodziewalam sie megabury od rodzicow. Tymczasem uslyszalam od mojej Mamy: "Dobrze babie powiedzialas". Tylko ze ja nic takiego nie powiedzialam! Do glowy by mi nie przyszlo, zeby w ten sposob wyrazic sie o kims starszym, nawet jesli baba sobie na to zasluzyla. Pamietam siebie z tamtych czasow: grzeczna, ulozona dziewczynka, spokojna i troche niesmiala. Zaden tam pyskaty lobuz w spodnicy (moze i szkoda, tak sobie dzisiaj mysle).

... wiele jeszcze podobnych historyjek moglabym przytoczyc, ale chyba malo komu chcialoby sie je przeczytac. Postanowilam przytoczyc jedynie fakty, z ktorych ewentualnie mozna sie posmiac. Chwalic sie nie bede, bo to brzydko byc chwalipieta. :-) Nie bylam w dziecinstwie bohaterka zadnych skandali i w zasadzie mozna powiedziec, ze moje owczesne zycie bylo bardzo przecietne i szare. Zadnych polamanych nog, zadnych rozdartych na drzewie portek, zadnych pozarow, zadnych eksperymentow i ucieczek, prawie zadnych uwag w szkole... Dziecie grzeczne, niewrzaskliwe (do pewnego momentu, hehe), mala domatorka i coreczka mamusi. Nie to, co moj starszy gagatkowaty brat. ;-) Coz, hardcorowe historie wiaza sie z nieco pozniejszym okresem zycia, a i wtedy bylam - w porownaniu do wielu moich znajomych - prawdziwym aniolkiem. Z malutkimi tylko rozkami.


poniedziałek, 19 marca 2007
Do gory nogami

Klopoty nie chadzaja parami; one przybywaja calym stadem.

Punkt 1: zlosliwosc rzeczy martwych.

Moj osobisty komputer odmowil dalszej wspolpracy. Zamilkl na dobre i nic nie jest w stanie go przywrocic go do zycia. Lezy smetnie niczym Spiaca Krolewna, czekajac na swego wybawce. Powod? Zepsul sie kabelek, dzieki ktoremu mozna "naladowac" baterie. Jak sie okazuje, kabelka nie ma w sklepach, trzeba go zatem specjalnie sprowadzac. Moze to potrwac tydzien, a moze dwa... A czas leci. Kabelek kosztuje, bagatela, 90 euro. Ponad trzy stowy za kabel! Rozboj w bialy dzien! Na nic placze, na nic krzyki, kabel potrzebny, czas wysuplac grosza ze skarbonki i cierpliwie poczekac na ow cud techniki.

W zwiazku z powyzszym nie wyslalam na czas pewnego waznego tekstu. Swiece wiec oczami na prawo i lewo, tlumaczac sie jak szkolniak, ze komputer nie dziala. Moja inteligencja tez juz chyba przestala dzialac: bo zamiast czekac, az sie bateria rozladuje do konca, trzeba bylo wszystkie potrzebne pliki zgrac na plyte. Madry Polak po szkodzie...

Teraz nawet pracowac nie moge nad poprawkami, bo nie mam wydrukow.

2. Zlosliwosc u zywych, czyli przyroda gra na nosie.

Dzis rano spadl snieg. Snieg z deszczem. Prawdziwa zamiec. Po sniegu nie ma juz sladu, za to jest zimno, choc jeszcze pare dni temu mozna bylo grzac sie w sloncu, przechadzac sie w krotkim rekawku, popatrujac na blekitne niebo i okwiecone drzewa lub krzewy. Wczoraj natomiast lalo i wialo. Dzis wieje, leje i proszy snieg z deszczem. Az mi zal magnolii, ktore zakwitly na poczatku marca...

3. Zlosliwosc u zywych, czyli jak chorowac, to na calego.

Od czasu mojego przyjazdu do Lille ani razu nie bylam u lekarza. Nie liczac dentysty. Ale dentysta to mus. Teraz za to biegam od lekarza do lekarza. Dostalam skierowanie do specjalisty i malo zawalu nie dostalam, slyszac, jaka to sume przyjdzie mi uiscic w ramach tej oto wizyty. Suma co prawda zostanie mi po jakims czasie zwrocona (zapewne nie w calosci), nie ma to jednak, jak oproznic portfel wtedy, gdy sie akurat potrzebuje pieniedzy na inne wydatki. Jesli do tego dojda jeszcze jakies badania ekstra, pojde z torbami. I po co mi tak naprawde to ubezpieczenie, te wszystkie mutuelles i inne bajery, skoro i tak idac do lekarza, musze najpierw zaplacic za wizyte, i to niemalo, a potem czekac tygodniami na zwrot kosztow? Ciekawa jestem, jak lecza sie ludzie, ktorzy ledwo wiaza koniec z koncem.

4. Kupilam bilet na samolot, ktorego nie moge wymienic. Brawo. W zwiazku z tym do Polski przyjezdzam tuz po swietach. Jedyny plus - nie bede miala okazji do swiatecznego obzarstwa.

Jedyna dobra wiadomosc: dostalam dofinansowanie na wyjazd na majowa konferencje.

Tyle na dzis. O zabawie nie zapomnialam (tj.5 rzeczy, ktorych o mnie nie wiecie). Ale wszystko w swoim czasie.

Czy u Was tez taka pogoda pod psem?

14:41, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 marca 2007
Wystrzalowa dziewczyna

Dzisiejsza scenka z czytelni.

Siedze sobie w czytelni, pograzona w lekturze. Obok mnie na stoliku butelka mineralnej. Wazne - gazowanej, wczesniej bowiem w butelce znajdowala sie woda niegazowana. Po oproznieniu zawartosci ponownie napelnilam w domu butelke, tym razem woda z babelkami.

Przy sasiednich stolikach siedza zaczytani i zapracowani studenci. Pelna skupienia cisza, jak to w czytelni.

Siegam po butelke, zeby sie nieco napic.

A wtedy...

korek butelki wyskakuje z iscie szampanskim hukiem i pieknym lukiem laduje na stoliku kilka metrow dalej...

Cale szczescie, ze niewiele osob zwrocilo na to uwage... Czerwona jak burak wygrzebalam korek spod jakiegos regalu z ksiazkami i chylkiem wrocilam na swoje miejsce, przekonana, ze swiadkowie tego zajscia niewatpliwie wzieli mnie za alkoholiczke, ktora do butelki po wodzie mineralnej laduje jakies wino musujace albo szampan. ;-)

12:18, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 08 marca 2007
Polnoc - Poludnie

Wraz z pierwszym wiosennym sloncem i tym razem cieplym wiatrem jaskolki przyniosly mi dobra nowine. A przynajmniej zapowiedz takowej. Pojawila sie bowiem ciekawa propozycja pracy na jednym z uniwersytetow na poludniu Francji. I tak sobie mysle, ze byloby milo oderwac sie od zimnej Polnocy i na jakis czas znow osiasc w ciepelku... Kursujac, oczywiscie, co jakis czas, miedzy Lille, Nancy i Paryzem...

On verra... Prosze, trzymajcie kciuki za plany Margotki. A nuz sie uda...

Tymczasem miast oddawac sie slodkim marzeniom, wracam do rzeczywistosci (dzis wyjatkowo slonecznej) i do rodzacego sie w bolach artykulu.

Bonne journée à tous et à toutes en particulier! ;-)

14:12, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 marca 2007
Pora deszczowa

Miala byc wiosna... Juz bylo tak pieknie... Tak cieplo...

I znow leje i wieje.

Czyzby to jeszcze nie koniec pory deszczowej w Nord-pas-de-Calais?

Tak czy inaczej, wiosna juz przybyla do Lille, a zima - jak to zima - nie chce ustapic...

A wiosna tymczasem zdazyla sie juz rozreklamowac, gdzie tylko sie da... ;-)







piątek, 02 marca 2007
Lille, czyli l'ile aux lumieres




Zgodnie z obietnica - zdjecia prosto ze starego miasta. Wieczorne Lille. W czterech odslonach (na dzisiaj starczy.)
Fotki tu: http://margharita.blox.pl/html

Niestety, czesc zdjec jest nie najlepszej jakosci, za co bardzo przepraszam. Z braku porzadnego sprzetu trzeba sobie jakos radzic... Plus ou moins bien... :-/

Tu i tam wieczorem

Wieczorami, jak to mam w zwyczaju juz od dawien dawna, lubie snuc sie po miescie... Czasem bez celu, a czasem po to, by zajrzec do ulubionych zakatkow... Od wczoraj mamy tu w Lille przepiekna sloneczna pogode i jeszcze piekniejsze wieczory, gdy zapada zmierzch...

Po poludniu "wkleje" serie wieczornych fotek. Trzeba przyznac, ze srodmiescie jest przepysznie oswietlone. Czlowiek traci ochote na powrot do domu...







 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka