La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
piątek, 31 marca 2006
Jak sie Francuz bawi w rewolucje

W koncu ktos nazwal rzeczy po imieniu! Czyli - jak to mawiaja les Francais - nazwal kota kotem. „Strasznie denerwują mnie demagogia, ignorancja i głupota Francuzów, a młodzieży w szczególności” – powiedział Pitte w przypływie wściekłości w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Le Point”. Od tamtej pory zdania nie zmienił. A ja sie z nim w pelni zgadzam. W koncu jakis normalny, zdroworozsadkowy glos wladz uniwersyteckich w  zalewajacej nas fali slodkopierdzacych (excusez le mot) komunikatow, jakie wyglasza i publikuje wielu rektorow wyzszych uczelni w obawie, by - bron Boze - nie urazic "rewolucjonistow", a zamiast tego - udowodnic im, jakie to z panow rektorow, wapniakow, sa rowne chlopy, ktore kazda rewolte popra, pozwola zdemolowac pol uczelni, zablokowac ja na dobrych kilka tygodni i jeszcze poglaszcza zbuntowane dzieci po glowkach. A jak trzeba - to i popedza pod sztandarami z transparentem nagryzmolonym na przescieradle u boku swoich ukochanych studentow. Bo przeciez "najwazniejsza jest demokracja" i "trzeba mlodych dopuscic do glosu i wysluchac". A takze: "bo my kiedys tez walczylismy po tej samej stronie barykady, my, pokolenie 68 (a w domysle: my, kombatanci, my, ofiary systemu ;-)); my mlodych rozumiemy, popieramy i pozwalamy dzialac". Hadko sluchac tych bredni.

Blokady na uniwersytetach są zdecydowanie niedemokratyczne. Wolność studiowania i wolność nauczania to podstawowe swobody obywatelskie. Mniejszość nie ma prawa uniemożliwiać innym studentom uczestniczenia w zajęciach. Takie metody są właściwe dla państw totalitarnych.

No wlasnie. A ja dodam jeszcze, bo widze, co tu sie dzieje na co dzien: uniwersytet blokuja lenie i lesery, ktorym - jak widac - niespecjalnie zalezy na zdobywaniu wiedzy i poszerzaniu ciasniutkch horyzontow. Glowni aktorzy owej rewolucji ludowej to przeciez stala klientela roznej masci klubow i barow, odziana w markowe ciuchy i zamieszkujaca w szykownych burzujskich kamienicach. Bieda zalatuje na kilometr. Wtedy, kiedy kazdy normalny student jest albo w pracy, albo na zajeciach, nasza "zlota mlodziez" szlaja sie po manifestacjach albo z klopem w reku wyleguje na uczelnianych korytarzach, toczac filozoficzne dysputy. Bo tak naprawde tej "zlotej mlodziezy" nic nie brakuje, a dobrobyt wrecz wylewa jej sie za kolnierz. Sporo czasu i energii maja ci "biedni" mlodzi ludzie, utrzymywani w wiekszosci przez swoich pracujacych rodzicow, cale lata chowani pod kloszem i przyzwyczajeni, ze wszystko im sie nalezy. Bo to prawda. W tym kraju kreci sie nosem na powinnosci i obowiazki, za to gromkim glosem domaga sie praw i przywilejow. "Bo nam sie nalezy." Skrytykowałem demagogię tych, którzy powinni mówić prawdę, ale tego nie robią. Powiedzmy to uczciwie młodzieży: nie można zmusić pracodawców do zatrudnienia kogokolwiek. Jeśli milczymy na ten temat, wprowadzamy młodych ludzi w błąd. Nie możemy mówić, że bezterminowa umowa o pracę należy się każdemu, natychmiast po opuszczeniu uniwersytetu. Nigdy tak nie było. Takie myślenie nie ma nic wspólnego z twardymi regułami ekonomii. Dziwię się, że żaden z polityków nie odważył się tego jasno powiedzieć.
(...) Młodzież sądzi dziś, że wszystko jej się należy. Wysiłek nie jest w cenie.  Dotyczy to zresztą nie tylko ludzi młodych, ale większości Francuzów. Nasza mentalność jest dziś godna pożałowania i zarazem niebezpieczna.

Niektórzy porównują obecne demonstracje studenckie do wydarzeń z maja 1968 roku. W tamtych czasach sam był pan studentem na Sorbonie. Czy od tamtej pory pańskie poglądy uległy zmianie?

Mówiłem wtedy dokładnie to samo co teraz. Przeciwstawiałem się ruchowi z maja 1968 roku. Pochodziłem ze skromnej rodziny, a moje studia kosztowały ją wiele wyrzeczeń. Protestującymi były dzieci z zamożnych domów, przedstawiciele bogatej burżuazji. Takie osoby mogły pozwolić sobie na zabawę w rewolucję. Niewiele się od tamtej pory zmieniło. Chociaż wtedy o wiele łatwiej było znaleźć pracę.

I ma facet racje. To jest "zabawa w rewolucje". Student, ktory zeby sie utrzymac, pracuje i studiuje jednoczesnie, nie ma czasu i ochoty na podobne fanaberie. Student, ktoremu tatus co miesiac nie wplaca na konto pieniedzy na czynsz, ubrania i jedzenie, nie bedzie marnowal czasu na pokrzykiwanie w radosnych pochodach w takt skocznej muzyki (jak to ostatnio bylo w Strasburgu - zastanawialam sie nawet, czy to faktycznie manifestacja, czy moze "Love Parade") ani na bezcelowe blokowanie uczelni (bo jest tak "fajowo" i nie ma zajec). Student, ktoremu zalezy na zdobyciu wyksztalcenia, samodzielnym, doroslym zyciu, na znalezieniu dobrej pracy, zamiast bazgrolic flamastrem hasla na tekturkach i przescieradlach i zajadle perorowac na roznych trybunach przeciwko wszystkiemu i wszystkim - niczym ow piesek przydrozny, ktory bezmyslnie obszczekuje przechodzacego - pojdzie w tym czasie do biblioteki albo do kina na dobry film. Albo zamiast tracic czas na glupawe mielenie jezorem, zrobi cos dla innych (jeszcze sa tacy, ktorzy sie "bawia" w wolontariat).

Ale hasła, jakie dziś młodzież niesie na sztandarach, nie mają wiele wspólnego z tymi sprzed blisko 40 lat.

Współcześni studenci
posługują się niewiarygodnie archaiczną ideologią, przestarzałym i oderwanym od rzeczywistości marksizmem. Oczekują, że państwo poda im wszystko na tacy. Odrzucają ryzyko i jakikolwiek wysiłek. Wielu z nich ma 20 lat, ale mentalność 60-latków. To smutne.

Ostatnio jeden "madry" rzucal mi jakimis markistowskimi haslami, a na dokladke dodal z duma, ze sie do partii komunistycznej zapisze, bo tylko komunisci dbaja o interesy najubozszych i tylko komunisci najlepiej wiedza, jak podolac niedoli i niesprawiedliwosci.  Tylko wrodzony takt nie pozwolil mi odpowiedziec: "Puknij sie w ten pusty leb!" Autorem tych szumnych deklaracji byl chlop lat 23, pracujacy acz mieszkajacy nadal z mamusia i tatusiem, z wlasnym samochodem, a biede znajacy pewnie tylko z TV. Jesli w ogole.

A zreszta cala ta rzekoma solidarnosc mlodziezy to jedna wielka bujda. "Zywa bujda" (pozwole sobie sparafrazowac Slonimskiego). Kiedy chodzi o walke o akcesje na pelnych prawach do spoleczenstwa konsumpcyjnego, kiedy chodzi o pieniadze i "cieple posadki", to rzucaja sie jak wsciekle wyglodniale lwy w obronie swoich praw. Ciekawe, ze jakos po zeszlorocznych rozruchach na przedmiesciach Paryza i wielu innych miast, nie wyszli na ulice z transparentami w ramach solidarnosci z "obywatelami drugiej kategorii", ktorych nie chce drobnomieszczanska i rasistowska Francja. Jakos wowczas nikt nie chrzanil o rownych prawach dla kazdego, o potrzebie zniesienia miejskich gett i dostepie do pracy mlodych z dzielnic defavorises, jak to sie tutaj mowi. Tam, gdzie bezrobocie siega 80%. No i gdzie ta solidarnosc, gdzie te gornolotne hasla i wydumane idealy?

Ja tym "rewolucjonistom" nie zazdroszcze. Bo czego? Marniutkiego dyplomu, ktorym mozna sobie sciane wytapetowac? Frustracji, ze sie startuje z gorszej pozycji niz "starzy"? Marzenia, by kazdemu juz na starcie rzad dal "maly bialy domek", autko i wakacje na Seszelach z Club-Med? Czemu jakos nie widac wsrod manifestantow studentow ecoles normales superieures (naprawde dobrych szkol, odpowiednikow naszych elitarnych uczelni)? Czemu protestuja tylko te doly uniwersyteckie? Bo nie ma sie co ludzic: uniwerek we Francji daleko odbiega poziomem od tego, czego mozna sie spodziewac po instytucji tej rangi. Absolwent dobrej polskiej uczelni jest jak francuski absolwent ecole superieure. Magister po francuskim uniwerku moze naszemu magistrowi co najwyzej buty czyscic. To nie zlosliwosc z mojej strony, tylko realia.

A ten cytat (z innego artykulu) powalil mnie na kolana. "Zlota mlodziez" rules! ;-) W powietrzu czuje się, że nadchodzi czas przełomu. Ożywa pamięć o wydarzeniach z maja 1968 r. Rewolucja – nadal jak święto. Zanim oddziały specjalne policji przypuściły w ubiegłym tygodniu szturm na szacowną Sorbonę, około 300 okupujących ją studentów brało życie pełnymi garściami. Wspięli się na dach uniwersytetu i podziwiali rozgwieżdżone niebo. Pili szampana w biurze rektora, ktoś dał koncert na pianinie. Dowiadujemy sie wiec, ze oto "zlota mlodziez" oproznila barek rektora z wyskokowych trunkow i odegrala melodyjki na fortepianie (pewnie szlagier z ostatniego "Star Academy", zeby bylo bardziej chic i cool). To brzmi jak epizod rodem z teatru absurdu. Szkoda jeszcze, ze nie odbyl sie taniec na rurze i nocna orgia na dziedzincu pod popiersiem Marianny czy jakiegos szanownego patrona. Kurde, mozna peknac z dumy: lud zdobyl Bastylie. Powial wiatr Historii. Wind of changes. ;-)

Niech zyje bal!

czwartek, 30 marca 2006
Dobra nowina

Jesli tylko w pracy bez marudzenia i wydziwiania szef przyzna mi urlop, to juz za niecale dwa tygodnie przyjezdzam z oficjalna wizyta do ukochanego kraju. :-D Ha! Wlasnie otrzymalam wezwanie na Bardzo Wazna Rozmowe w Bardzo Waznej Sprawie (w stolicy, a jakze). :-D W zwiazku z powyzszym zakladam optymistycznie, iz realizacja owego projektu przebiegnie bez zaklocen, a tym samym - wbrew wczesniejszym zalozeniom - spedze swieta z rodzinka. I wreszcie, po dlugiej rozlace, spotkam sie z najlepszym przyjacielem z dziecinstwa, moim dawnym druhem i wspoltowarzyszem niedoli z Nancy.

Pozostaje kwestia urlopu. Moze byc ciezko. A nawet gorzej. Uff, nie lubie takich negocjacji.

Jesli sie powiedzie, wladze beda w siodmym niebie. To ma byc niespodzianka (jesli oczywiscie nie chlapne jezorem przy byle okazji). Takiego obrotu spraw sie nie spodziewalam. No, no, kto by pomyslal: za niecale dwa tygodnie bede juz "po drugiej stronie lustra".  :-D

Ostatnim razem, gdy "nawiedzilam" rodzine, wladze w osobie Madre wyjasnily mojemu niezadowolonemu Fratello (kiedy marudzil, ze musi sprzatnac nakrycia ze stolu, chociaz rownie dobrze ja moglabym to zrobic): "Zostaw Reine w spokoju. Ona tu jest teraz gosciem." Voila. Jestem gosciem we wlasnym domu. Milo mi, bo jako gosc jestem na specjalnych prawach. I glupio jednoczesnie, bo przyjezdzam - jak to sie mowi - na gotowe. A ja tak nie lubie.

PS. Czas kupic bilet. Podobnie jak Kim Dzong Il, podrozuje  wylacznie pociagami. No, prawie wylacznie (jak trzeba, to za kolkiem chetnie siadam). :-D Trudno, linie lotnicze tym razem na mnie nie zarobia.

Do podregulowania

Czy to jakies wiosenne przemeczenie ogolne, czy to tylko mnie ogarnia calodzienna sennosc? Pracuje na mocno zwolnionych obrotach. Zwlaszcza tych umyslowych. Pomysly wpadaja do glowy, ale juz przelanie ich na papier w postaci zdan skladnych, sensownych, a co najwazniejsze - nowatorskich w tresci, zdaje sie byc zadaniem przekraczajacym moje mozliwosci. Przynajmniej w ostatnich kilku dniach.

Poznym wieczorem (a juz w autobusie kleja mi sie oczy), zamiast polozyc sie do lozka i spac jak wszystkie grzeczne dzieci, snuje sie po mieszkaniu, podczytujac ksiazki tudziez rozmyslajac o kolejnych podrozdzialach mojego article. A kiedy juz zawijam sie w kokon poscieli (wystawiajac - zgodnie ze swym zwyczajem - nogi poza krawedz lozka), przytulam glowe do poduszki i zamykam oczy, to wlasnie wtedy nie moge zasnac. I albo swedzi mnie prawa stopa, albo przypominam sobie o czyms nieprzyjemnym, albo sasiad u gory spusci wode w ubikacji (a to naprawde slychac), albo mi goraco, albo... albo... I tak w kolko Macieju.

Juz nawet kawa nie pomaga. Mam ochote spac wtedy, kiedy normalni ludzie oddaja sie swoim codziennym i zwyklym sprawom, a aktywizowac wowczas, gdy wszyscy spia. Cos mi sie poprzestawialo. Chyba powinnam sie poddac "przegladowi technicznemu".

Rozmemlana jestem, ot co. ;-)

środa, 29 marca 2006
Karaluchy pod poduchy... a pluskwy i pajak - gdzie?

Złozylam podanie o akademik na lato. Mniejsza z tym, czy bedzie to kawalerka z „wypasionym” aneksem kuchennym i lazienka, czy tez klatka 9m² z poobijana umywalka i wyblaklym linoleum na podlodze. Ostatnia wizyta u przyjaciol mieszkajacych w przybytku zwanym domem studenckim utwierdzila mnie w przekonaniu, ze jeszcze z przyzwyczajen zakowskich nie wyroslam. Malo tego: nawet ow malutki i skromny pokoik z widokiem na sasiedni blok (akademik znajduje sie tuz kolo kampusu, a kampus przy blokach) wydal mi sie, w porownaniu z moim wygodnym i dosc obszernym studio, miejscem cieplym, sympatycznym, a co najwazniejsze - przytulnym. Taki „dom otwarty”, o jakim zawsze marzylam. A moze to otwartosc moich przyjaciol tak wplywa na magie tego miejsca... 

Ot, „specjalnosc zakladu”, bo co jak co – ale drzwi w akademiku w zasadzie sie nie zamykaja. Cizba jak na dworcu w godzinach szczytu. Nie tylko ze wzgledu na tlumy, jakie przezen sie przewijaja. Ruchy populacji maja bowiem charakter niekontrolowany i nieograniczony ze wzgledu na indyferencje postaci zwanej cieciem, elegancko mowiac: nocnym strozem. Otoz instytucja ciecia w zasadzie nie istnieje w takim wymiarze, jaki mozna zaobserwowac na rodzimym gruncie w Polsce. Do zadan wyzej wymienionej persony nalezy miedzy innymi: dyzurowanie w kanciapie i nocny obchod inwentarza, ale nie ma mowy o jakims legitymowaniu, ksiegach gosci i innych atrakcjach. Wyjatek stanowil swego czasu (a moze nadal jeszcze stanowi) Jacob, ciec z miasteczka studenckiego Boudonville w Nancy. J Arcyciekawa figura, bedaca ucielesnieniem typowego akademikowego ciecia, ktorego zadaniem bylo (jest) kontrolowanie wchodzacych i niewpuszczanie „obcych”, podsluchiwanie pod drzwiami pokojow, niespodziewane naloty na pokoje i lapanki na korytarzach, opieprzanie tych, ktorzy osmielaja sie rozmawiac (czy w jakikolwiek inny sposob „halasowac”) po 22-giej i donoszenie na delikwentow do dyrekcji, ktora to „derekcja” wzywala winowajcow na dywanik. Zapewne ku wielkiej uciesze ciecia. Jacob byl postrachem i jednoczesnie zywa legenda Boudonville, prawdziwym wladca tego minikrolestwa, niczym Prokop z serialu „Dom”. Czy ow Jacob jeszcze nadal grasuje na jego terytorium, tego niestety nie wiem...  

A wracajac do zaprzyjaznionego akademika... Jako ze glodna jestem, to skojarzenia mam mocno kulinarne, wiec bedzie o kuchni. Duzej, jasnej, wylozonej bialymi kafelkami zbiorowej kuchni – fakt, nieraz doprowadzonej rekami studenciakow do stanu, ktory zapewne nieraz przyprawia biedne sprzataczki o bol egzystencjalny. Ale tez ta sama kuchnia z powodzeniem sluzyla nieraz szalonym, buchajacym dobrym humorem i wesoloscia, biesiadom w miedzynarodowym gronie. J Kilkanascie, w porywach ponad 20 osob zgromadzonych przy stole, na parapecie pod oknem, przy kuchence, z wykorzystaniem kazdego wolnego miejsca. Co ciekawe, spotkania w zasadzie bez alkoholu lub z jego minimalna iloscia, co nie przeszkadzalo, by swietnie sie bawic. Z uzywek – jedynie papierosy, choc palacze zawsze stanowili mniejszosc. Z jedzenia – co kto przyniesie i sam zrobi. A trafialy sie czesto prawdziwe rarytasy, specjaly rzadko spotykane, ktorych mozna pewnie skosztowac w roznych szykownych knajpach. Czyli kuchnia z calego swiata, jakzeby inaczej. Kupa smiechu, przyjacielskie docinki i zarty. Rozmowy o blahostkach i o tym, co wazne, czesto zas – pasjonujace i ciekawe dyskusje. W mniejszym lub wiekszym gronie. Wspolne mycie naczyn i rozdzielanie przyniesionych talerzy, kubkow, nozy, widelcow i garnkow (a ten talerz w zielone groszki, to czyj? a tamta lyzka?). J  Az zal konczyc pozna pora i wracac do domu z poczuciem niedosytu...

Aj... rozmarzylam sie... A rzeczywistosc potrafi zaskrzeczec i to jak! Ostatnio w zaprzyjaznionym akademiku, na szczescie jeszcze nie u moich przyjaciol w pokoju (ale przeciez „wszystko sie moze zdarzyc”), nawiedzila plaga... pluskiew. „Dziekowalbym Bogu, gdyby to byly karaluchy, bo przynajmniej latwo sie ich pozbyc, ale tego gryzacego paskudztwa nie wytepisz”, powiedzial mi jeden z przyjaciol, wznoszac oczy do nieba niczym w niemej modlitwie. Co niektorzy, jak sie dowiedzialam, dotknieci owa owadzia inwazja, pozbyli sie w pospiechu sporej czesci studenckiego dobytku, glownie kolder, kocy, dywanikow, a nawet ubran. Perspektywa dzielenia lokum z tak niepozadanymi, budzacymi obrzydzenie, lokatorami nieco oslabila moj zapal i chec przeprowadzki do akademika, ludze sie jednak, ze w akcie dobrej woli otrzymam przydzial na jakis bardziej cywilizowany budynek. 

Od kwietnia rozpoczynam odliczanie. J Ostatnie 61 dni na „hubach moraskich”.

PS. Za to u mnie w lazience mieszka pajak o dlugich "nozkach". J Pozwalam mu zyc za friko, nie przewidujac eksmisji, bo nieborak w niczym mi nie wadzi, choc czasem obawiam sie, ze wyladuje mi na glowie, gdy biore prysznic albo stroje sie przed lustrem. J Wczesnowiosenne biedronki tez nieraz nawiedzaja moje lokum, gdy zostawie uchylone okno. Takich gosci rowniez toleruje. J 

wtorek, 28 marca 2006
A dzisiaj znow pique-nique...

Jesli dobrze sobie przypominam, w epoce moich pierwszych samodzielnych dzialan na placowce w Strasburgu, strajkow i manifestacji bylo o wiele mniej niz obecnie. Kolej strajkowala, to fakt. Ale juz zaklad transportu miejskiego - dzialal sprawnie, realizujac wyznaczone "normy". Jednak to, co wyprawiaja tu ludziska od pazdziernika, zaczyna powoli przekraczac granice przyzwoitosci. ;-)

Dzis znow na Kleberze zapowiedziana manifestacja. Pol miasta bedzie zablokowane, ale co tam - lud musi sie wykrzyczec i zrobic sobie piknik ze skoczna muzyczka i czerwonymi sztandarami CGT. Uniwerek zamkniety z "okazji strajku ogolnonarodowego", jak zapodal Monsieur rektor na stronie internetowej. W bibliotece uniwersyteckiej nie mozna zamawiac dzis ksiazek, bo nikt ich nie przyniesie - oczywiscie "z okazji" strajku anti-CPE. Ot, jaki mily prezencik. Zbytek laski...

Dojazd do biblioteki, ktory w warunkach normalnych zajmuje mi jakies 20-25 minut, tym razem zabral godzine i kwadrans. Czesc drogi przebylam na piechote, co nie nalezy do przyjemnosci, gdy ma sie na plecach torbe z laptopem i papierami plus - w reku - torbe z ksiazkami. Reszte drogi pokonalam, jadac autobusem, na ktorego przyszlo mi czekac okolo 40 minut. I tak sie oplacalo, bo na piechote mialabym jeszcze spory kawal do przejscia. Zastanawiam sie, czy dzis wieczorem bede na "huby moraskie" zasuwac na wlasnych nogach, czy moze laskawie pojedzie jakis autobus na peryferia. Chyba sie za lekko ubralam, zeby odbyc piesza wycieczke. Tramwaje, jak widze z okna biblioteki, jeszcze kursuja. Jeszcze.

Jestem ciekawa, co jeszcze bede musiala cierpliwie znosic w ramach akcji anti-CPE. Jak do tej pory, trace swoj czas i nerwy. I nie ja jedna zreszta. A jak sobie czytam artykuly w prasie, jak chocby ten z wczorajszej GW, to mi po prostu rece opadaja ("Francja ma strach w oczach"). Reveille-toi, la France!  

sobota, 25 marca 2006
Nocne (i nie tylko) decybele

Jeśli się śmiejesz - wszyscy śmieją się z Tobą. Jeśli chrapiesz - sypiasz sam!

Wydawanie z siebie wszelakich odglosow w czasie spania jest dla mnie niedopuszczalne, karygodne i gleboko niemoralne.  ;-) Chrapiacego faceta jeszcze jestem w stanie usprawiedliwic, ale dla chrapiacej kobity nie mam milosierdzia. Podobne odglosy przypominaja mi wizyte - gdy dziecieciem bylam - u rodziny na wsi, gdzie jak kazdy pedrak ciekaw zycia wiejskiego zakradalam sie do stajni czy do chlewu, zeby kontemplowac faune.  :-) I tak mi sie przypomnialy spiace mocnym snem swinki... chrapiace rozkosznie w swoim chlewiku sloma wyscielanym. Wiec kiedy tylko slysze chrapiacego, to mnie te swinki przed oczami staja... tak juz mam. :-)

Gdyby chciano mnie kiedys zmoc torturami, to dwie w zasadzie metody by wystarczyly, bez uciekania sie do przemocy fizycznej: chrapanie i kapanie wody z niedokreconego kranu. A, i moze jeszcze stukanie w rurach przy zapowietrzonych kaloryferach. Pare dni i oszalalabym z rozpaczy. Chrapanie denerwuje mnie o kazdej porze, czy to w dzien, czy w nocy. Nawet gdy dobiegaja do moich uszu inne halasy, to jakas szara komorka mozgowa wylapie - sposrod setek innych - wlasnie te najbardziej wkurzajace. odglosy. I nie ma na to lekarstwa. :-)

Czlowieka chrapiacego moglabym udusic golymi rekami. Uslysze to chrapanie nawet przez sciane. Okropne, mniej lub bardziej regularne, dzwieki, ktore swoim natezeniem doprowadzaja mnie do bialej goraczki. Nie ma mowy o spaniu, pracy, jedzeniu i czymkolwiek innym, gdy slysze TO! Sama spie cicho: bez sapania, pogwizdywania, chrumkania, a tym bardziej chrapania! Zastanawiam sie, jak w ogole mozna wydawac z siebie podobne dzwieki.

Szczytem wszystkiego byl ostatnio jakis mlody czlowiek, ktory - oparlszy glowe o blat stolu w czytelni - zasnal snem sprawiedliwego. I nie byloby w tym nic niestosownego, gdyby ow mlodzian nie zaczal po jakims czasie chrapac. Nie za glosno, co by innym zbytnio nie przeszkadzac, ale i nie cicho. A jako ze moj stol w sasiedztwie niedalekim sie znajdowal, totez moje czujne ucho w mig wychwycilo podejrzane dzwieki. I az mna zatrzeslo ze zlosci, bo gdzie jak gdzie - ale w sanktuarium ciszy i spokoju, w swiatyni wiedzy - bylo to czyste swietokradztwo. :-)  I nawet takiemu uwagi nie mozna zwrocic; spi (a jak spi, to znaczy, ze zmeczony), wiec nie gada i nie przeszkadza. A na chrapanie przyzwolenie spoleczne jest (jak najbardziej) i to nie chrapiacy "terrorysci" w oczach calego swiata zasluguja na potepienie, ale ci, co by im w owym chrapaniu przeszkodzic chcieli; co pragna ciszy i spokojnego snu. :-) Wiem, bo sprawdzilam. Amen. ;-)

A z jednej strony w internecie dowiedzialam sie, ze "skala zjawiska jakim jest chrapanie, to 2 miliardy chrapiących na świecie i około 8 milionów dorosłych ludzi w Polsce." Lo-matko- Bozesz-ty-moj!

13:55, reine_marguerite , Innusie
Link Dodaj komentarz »
Jak kret w bibliotece

Uniwersytet zamkniety do poniedzialku. Wcale nie z powodu strajku "anti-CPE". W srode znaleziono w jednym z budynkow nieprzytomnego studenta, ktory pomimo przeprowadzonej reanimacji zmarl w drodze do szpitala. Nie wiem, czy to strach przed ptasia grypa, czy moze jakis inny powod wplynal na decyzje o zawieszeniu zajec i zamknieciu uczelnianych budynkow. W kazdym razie na uczelnie nie ma po co chodzic. Wstep wzbroniony. Natomiast we wtorek dalszy ciag strajku. Zajec nie ma, seminariow nie ma, profesorow tez nie ma. Doktoranci niemile widziani. Nie, to nie. Przynajmniej moge w spokoju posiedziec w mojej ulubionej bibliotece. :-)

W bolach rodzi sie moj artykul do publikacji. Rodzi sie intensywnie juz od tygodnia i urodzic nie moze, a czas leci i terminy gonia. Planowane przyjscie na swiat w wersji juz jak najbardziej gotowej do samodzielnego zycia: przyszly piatek. Od tygodnia w zasadzie nie opuszczam biblioteki. 10 godzin dziennie, a rekordzisci siedza i po 12-13. Dobrze, ze sala jasna, bo przez okna wpada swiatlo dzienne - inaczej nawet bym nie wiedziala, czy jeszcze jest dzien, czy moze juz ciemno na dworze. Skoncze jedna pisanine i biore sie za nastepna, taka "ekspresowa". Teksty do tlumaczenia wciaz leza, czekajac na swoja kolej. Doba stala sie za krotka.

Uswiadomiono mnie dzis rano, ze przechodzimy na czas letni. To juz? Tak szybko? :-) Juz po zimie? Kiedy to sie stalo? ;-)

wtorek, 21 marca 2006
Francja, ktora upada

„Francuzi jadą pierwszą klasą, chociaż wykupili bilet tylko na drugą”.

Francja przeżywa kryzys i to uczucie jest w narodzie wszechobecne. W księgarniach piętrzą się książki traktujące o upadku. „La France qui tombe” (Francja, która upada) to tytuł jednego z bestsellerów. Autorem jest były konserwatywny deputowany Pierre Lellouche. Pisze on o „galijskich iluzjach” i dochodzi do druzgocącej konkluzji, że Francuzi urządzili sobie w środku Europy świat marzeń, socjalny raj z 35-godzinnym tygodniem pracy i sześcioma milionami stanowisk w sektorze państwowym. „Francuzi jadą pierwszą klasą, chociaż wykupili bilet tylko na drugą”. (Der Spiegel)

Zainspirowana artykulem "Totalna blokada" z Der Spiegel (tlumaczenie w "kiosku" na onecie) i drugim - "Bunt obnizonych ambicji" z La Vanguardia (tez do poczytania w "kiosku"), postanowilam przeczytac dzielo owego Lellouche'a. Bestseller "traktujacy o upadku" - "Francja, ktora upada". Jako ze wydatek rzedu kilkunastu euro za ksiazke  to dla mnie, delikatnie mowiac, rozboj w bialy dzien, przejrzalam biblioteczny katalog i ku memu zdziwieniu ow bestseller (przekonamy sie, czy faktycznie zasluguje na to miano) znalazlam. I dzis wieczorem w lekturze owej ksiegi sie zaglebie. Jesli oczywiscie wczesniej nie padne ze zmeczenia, bo juz prawie przyroslam do krzesla w bibliotece. :-)

Dzis, bardziej niz pogrozkami, pokrzykiwaniami i strajkami "zlotej mlodziezy" tu, we Francji, przejmuje sie dramatyczna sytuacja na Bialorusi. I malo mnie obchodzi CPE i inne tego typu pierdoly. Oj, wej, coz za przeogromne problemy, oj, oj... koniec swiata, jak by to ujal Popiolek. Zieeew. Kto naprawde chce tu znalezc prace i ja utrzymac, ten ja znajdzie. Jesli, oczywiscie, COS  soba samym reprezentuje. ;-) Obcokrajowcy sobie radza (calkiem niezle), to i Francuz powinien sobie poradzic. Zwlaszcza tzw. elyta, czyli absolwenci - pozal sie Boze  -uniwersytetow... A jak sobie nie radzi... tant pis. Mama z tata zawsze pomoga, a i panstwo socjalne sie dorzuci. I wszyscy beda zadowoleni.  Voila quoi.

PS. Sprostowanie. Autorem "La France qui tombe" nie jest Pierre Lellouche, tylko Nicolas Baverez. Glupoty jakies pisza w tym Der Spiegel. :-) Mam wlasnie te ksiazke w lapie. Obaczym dzis wieczorem, czy warta uwagi.

poniedziałek, 20 marca 2006
Ornitologicznie

Prosze bardzo. Kurak z postu o labedziach rozpracowany. Foulque macroule. To pewnie jakis rodzaj kurki wodnej. Nieobytam w zoologii, wiec nadal nie wiem, kto zacz (po polsku).  :-) Ale ze to kurak, to juz pewne. ;-)

Fotka znaleziona w sieci. O, a tu sobie mozna nawet jego "piesni" posluchac. Co sie tyczy powolnego plywania - ten typ tak ma.

http://www.oiseaux.net/oiseaux/gruiformes/foulque.macroule.html

Kawalek wiosny w marcu

A kuku... wiosna jednak przybyla (przynajmniej tutaj, do Alzacji), a spleeny pouciekaly jak niepyszne. Od soboty sloneczna pogoda, wczoraj termometry pokazaly 18 stopni. W poludnie mozna sie juz rozebrac prawie do rosolu. :-) Slonce grzeje jak oszalale. Czyzby nieodwolalny koniec zimy?

Parki, place i wszystkie miejsca, gdzie tylko da sie gdzies usiasc, zaroily sie od rodzin z dziecmi, zakochanych par, mlodziezy na wagarach i staruszkow, ktorym wreszcie pogoda umozliwila opuszczenie mieszkan (staruszkom, oczywiscie, a nie mlodym).  :-)

Wreszcie mozna zalozyc na siebie cos lzejszego i schowac do szafy czapke, rekawiczki i szalik. Za to czas najwyzszy zabrac sie za gubienie zimowych zapasow zgromadzonych tu i owdzie pod postacia waleczkow i kraglosci - niedlugo ciezko bedzie ukryc ich nadmiar pod lekka i odslaniajaca to i owo odzieza. Moze sobie dzis kupie bilety na plywalnie? Rower juz oddany, do joggingow to ja sie raczej nie nadaje... moze rolki kupic i bawic ludzi swoja nieporadnoscia w jezdzie? On verra...

Okna wreszcie mozna pootwierac i wylaczyc ogrzewanie. Pooddychac swiezym, choc wciaz jeszcze dosc ostrym (zwlaszcza rano), powietrzem.

Mozna isc na spacer i nie zamarznac po drodze. :-) Usiasc na lawce, dac sobie chwile luzu, pogapic sie na spieszacych sie gdzies ludzi i nakarmic kawalkiem bagietki golebie albo labedzie. I powygrzewac na sloncu zmeczone zima kosci. I pomarzyc. I nie dac sie smutkom.

Printemps, printemps, avril carillonne
La marmotte se réveille
Au premier soleil
Printemps, printemps, des abeilles bourdonnent
Tandis que tous les bourgeons
Ouvrent leurs maisons
Le hérisson affûte ses piquants
Pas bien méchants
Le pinson joue de la flûte
En volant gaiement
Printemps, printemps, le vent tourbillonne
En semant les papillons
Sur chaque buisson

Printemps, printemps, avril carillonne
Monsieur blaireau qui dormait
Sort prendre le frais
Printemps, printemps, l'allure tatillonne
L'escargot vient se griser
D'une goutte de rosée
Et la fourmi s'inquiète
Elle n'a plus de provisions
Mais la cigale s'apprête
A faire une chanson

Printemps, printemps, sur l'eau qui frisonne
Une grosse feuille de nénuphar
Couve des têtards
Printemps, printemps, avril carillonne
L'écureuil joue à cache-cache
Derrière son panache
Printemps, printemps, le crapaud rayonne
Se mirant dans une flaque d'eau
Il se trouve très beau
Et la tortue voyage
Toute la noce n'attend plus qu'elle
Au joli mariage de deux tourterelles
Printemps, printemps, avril carillonne
Et moi lorsque je l'entend j'ai le cœur content
J'ai le cœur content, j'ai le cœur content

 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka