La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
piątek, 19 grudnia 2008
Lille z bardzo wysoka

La Grande Roue. Na kilka chwil przed odlotem.

Le theatre du Nord i La Voix du Nord widziane jeszcze z dolu. 

Rywalki. Wieza i bogini na cokole.

Krolowa placu.

 

Gdybym ci ja miala skrzydelka jak gaska, to bym widziala z gory... az tyle. :-)

La Chambre de Commerce...

La Voix du Nord i okolice...

 

Chambre de Commerce i opera...

Duzo wody u stop bogini...

La Grand'Place i starowka w tle...

Katedra...

Rue Esquermoise...

 

O, jak wysoko!

Stare i nowe...

Nowe, czyli Euralille.

wtorek, 09 grudnia 2008
Juz lepiej

Juz mi sie poprawilo, ale wciaz strasze fioletowymi nadgarstkami. Nie ma tez mowy o (pod)noszeniu czegokolwiek. Wciaz jestem obolala, ale za to oddycham normalnie, oczywiscie dzieki lekom. 

Jade dzisiaj na uczelnie do Villeneuve d'Ascq, aby zasiegnac jezyka u mojego dawnego promotora i pogadac o udziale w przyszlorocznej konferencji na temat obecnosci literatury polskiej w swiecie. Mam juz pomysl na artykul dotyczacy przekladow polskich ksiazek we Francji (na jezyk francuski, rzecz jasna).

Zalatwilam pewnemu polskiemu wydawcy umowe na tlumaczenie ksiazki wydanej przez Gallimarda, dostalam tez pozytywna odpowiedz z wydawnictwa Seuil (powiesci znanego francuskiego pisarza). Juz sie ciesze, ze bede miala mnostwo pracy, ale i radosci, jaka daje mozliwosc tlumaczenia literatury. Nie da sie ukryc, ze samo nawiazywanie kontaktow z wydawcami francuskimi (Gallimard, Grasset, Flammarion czy Seuil) sprawia mi duza satysfakcje.

Wklejam dzis kilka zdjec z Valenciennes (bodajze z polowy lipca). Namowilam mojego jeszcze-nie-miauzonka, aby zrobic zdjecia na tym samym placu, ale wieczorem. Srodmiescie wyglada bajkowo w swojej bozonarodzeniowej scenerii, z mnostwem swiatelek, choinek i swoim malutkim marché de Noel. Zdjecia umieszcze, kiedy tylko beda gotowe. :-)

A na razie: kilka fotek jeszcze w letniej szacie. Valenciennes, place d'Armes. 

Merostwo.

 

Widok na plac od drugiej strony - na lewo merostwo.

Fontanna dla ochlody. 

 

poniedziałek, 08 grudnia 2008
Na ostrym dyzurze

Zgodnie z obietnica: krotka (postaram sie nie tworzyc wielostronicowych elaboratow, ale nic nie obiecuje) historia mojej najnowszej przyjaciolki o oryginalnym imieniu Astma i o tym, jak stalysmy sie nierozlaczne. Jak juz wspominalam wczoraj, po raz drugi w tym roku (i trzeci raz w moim zyciu, jesli liczyc zapalenie wyrostka przed laty) wyladowalam na ostrym dyzurze. Miejsce akcji: szpital w Valenciennes.

Poniewaz moje cherchlanie, swiszczenie i kaszel nasilaly sie od dobrego tygodnia, moj jeszcze-nie-maz postanowil wczoraj rano: jedziemy na ostry dyzur. Troche sie ociagalam, twierdzac, ze pewnie samo minie, ale moj chlop nie ustapil. Nowej przyjaciolki Astmy takze nie przekonalam...

Prawde mowiac, gdy juz wdrapalam sie z parkingu do budynku z napisem "les urgences", mialam wrazenie, ze oto na miejscu wyzione ducha, nie czekajac na zadna pomoc. Przyszlemu wyzionieciu ducha sprzyjal rowniez fakt, iz poczekalnie zapelnialy tlumy obolalych i umierajacych z osobami towarzyszacymi. Na mysl o tym, ze i ja mialabym spedzic tam co najmniej kilka godzin w oczekiwaniu na swoja kolej, zrobilo mi sie slabo. ;-)

Ale nie bylo mi to dane tym razem. Raz dwa i po rejestracji, prosimy na wozeczek (a raczej lozko na kolkach) i jedziemy na wstepne przesluchanie. Znajome korytarze (he he, ja juz tu kiedys bylam), tylko twarze lekarzy i pielegniarek inne. Rach ciach i jazda do jakiegos boksu. Kroplowka (kocham to wkluwanie sie w zyly), tlen i lek w aerozolu na rozkurczenie oskrzeli (przypomnialy mi sie stare czasy z podstawowki, gdy chodzilo sie na tzw. inhalacje). Ulga, bo wreszcie zaczynam oddychac jak czlowiek. A przedtem jeszcze spirometria i dmuchanie, ale nie w balonik, tylko w taka rurke ze wskaznikiem. Jak gdzies wyczytalam, zdrowa kobietaq wydycha powietrze z predkoscia 350 l/min, u mnie bylo to ledwie 150. "150", pokrecilo glowami "konsylium" i zostawilo mnie w towarzystwie jakiejs starszej pani z goraczka i bolami w klatce piersciowej. W miedzyczasie pojawil sie jeszcze jakis mlody i sympatyczny doktorek, zupelne przeciwienstwo gbura, z ktorym mialam nieprzyjemnosc rozmawiac w czasie pierwszej "wizyty" na ostrym dyzurze w sierpniu.

Po jakims czasie wywieziono mnie na rentgen klatki piersiowej. Ledwo odczekalam swoje w kolejce, bo spieszylo mi sie do toalety, a moj pelny pecherz domagal sie jak najszybszego oproznienia. Jako "chodzaca i w pelni sprawna", na wlasnych nogach udalam sie do wlasciwego przybytku, w jednej rece trzymajac woreczek od kroplowki. W dodatku na bosaka, bo buty mi gdzies zabrali juz na samym poczatku. ;-)

A potem to juz byly nudy gdzies na korytarzu, przerywane tylko zmiana miejsca w "kolejce". Doczekalam sie tez wizyty mlodego pielegniarza z zestawem strzykawkowym gotowym do uzytku. I tym razem nie ominela mnie gazometria. Jedno trzeba przyznac (za co znienawidza mnie chyba wszystkie kobiety): mezczyzni sa o wiele delikatniejsi i jacys tacy bardziej uzdolnieni manualnie. W sierpniu przy tym samym badaniu malo nie poryczalam sie z bolu, w dodatku dostalam ochrzan od pielegniarki, "bo cos sie zatkalo w zyle i to pani wina, bo sie pani ruszyla". A tu, pieknie: bol taki jak przy zwyklym ukluciu. Nie na darmo moj ginekolog to mezczyzna. Zadnej niedelikatnej i niecierpliwej babie nie pozwolilabym grzebac w moich intymnych miejscach. :-)  Poobwijana bandazami, podczepiona do kroplowki, oczekiwalam na dalszy rozwoj wydarzen. I tym razem nie ominela mnie dodatkowa porcja atrakcji.

Na horyzoncie pojawil sie bowiem znajomy pielegniarz. "Musimy powtorzyc badanie, bo cos im nie wyszlo w laboratorium". No to druga lapka do poklucia. I juz nie bylo tak milo i bezbolesnie. Na zakonczenie badania powiedzialam tylko: "Niedobrze mi". A moj pielegniarz na to do jakiegos przechodzacego tubiba (bez wzglednych ceregieli): "Podaj mi fasolke" (taka miseczke w ksztalcie fasolki-nerki na narzedzia etc.) Na szczescie obylo sie bez haftowania, za to zbladlam jak smierc i malo nie doszlo do efektownego omdlenia.  Jednak krotki wypoczynek w pozycji "na nietoperza" szybko przywrocil mnie do normalnosci. 

Na sam koniec odbylam jeszcze rozmowe z dwoma tubibami, mlodszym i starszym. Dostalam wypis, zwolnienie i recepte. Teoretycznie moglam wiec zebrac klamoty, ubrac sie i wrocic do domu. Tylko jak wyjsc, bedac podlaczonym do kroplowki? Kiedy juz malo nie wyszlam z siebie (bo ile mozna prosic uwijajace sie tu i owdzie pielegniarki), bo jak tu sie samemu odlaczyc bez rozlewu krwi, ulitowal sie nade mna jakis tubib.  I tak oto o wpol do siodmej wieczorem stanelam na wlasnych nogach, ubrana i gotowa do wyjscia.

Dostalam recepte na Medrol. Zgodnie z zaleceniem mam go brac przez piec dni, a potem przez jakis czas juz tylko Airomir w aerozolu. Nie usmiecha mi sie leczenie kortykosteroidem, chocby dlatego, ze jednym z czestych efektow ubocznych moze byc przybranie na wadze. Pocieszam sie jednak (o, naiwnosci), ze piec dni kuracji nie zrobi ze mnie 100-kilogramowej "kruszynki". 

Na rekach, w miejscach uklucia, mam ogromne fioletowe siniaki. Ostatni raz cos podobnego widzialam u mojej s.p. babci lezacej przed laty w pewnym poznanskim szpitalu. Babcia miala wowczas pod osiemdziesiatke. Ja nie mam jeszcze trzydziestki, a juz mi zyly pekaja.

Mam sie juz lepiej, ale wciaz kaszle. 

Nie mam ochoty pozbywac sie kota (powrot na wies) z powodu astmy, ale mozliwe, ze to futrzana bestia przyprawia mnie o ataki choroby. Jesli dodac jeszcze do tego wilgotnosc powietrza i fakt, ze mieszkamy w starym domu z drewnianymi belkami na suficie, nalezy przyznac, ze szczescie mi nie sprzyja... 

Juz nigdy nie pozbede sie tego swinstwa?  

 

niedziela, 07 grudnia 2008
Astma w natarciu

Wrocilam ze szpitala. Ostry atak astmy. Potwierdzily sie moje przypuszczenia.  Jestem pokluta jak narkomanka, za to w koncu pierwszy raz od siedmiu dni moge normalnie oddychac, nie produkujac przy tym odglosow czajnika i lokomotywy razem wzietych. Coz, nie sadzilam, ze astma dopadnie mnie przed trzydziestka, ale u mnie to chyba rodzinne: najpierw starszy brat, a teraz ja.  Jakby mi malo brakowalo roznych chorobsk...

Zaplanowany na dzis wpis pojawi sie jutro. Dobrej nocy!

To juz drugi raz na ostrym dyzurze. Przynajmniej bedzie o czym pisac... Chocby i pean na czesc tutejszej sluzby zdrowia... Jak chorowac, to tylko we Francji. ;-

wtorek, 02 grudnia 2008
Hexagone, biale wino i literatura
 
 

Ils s'embrassent au mois de janvier,
car une nouvelle année commence,
mais depuis des éternités
l'a pas tell'ment changé la France.
Passent les jours et les semaines,
y a qu'le décor qui évolue,
la mentalité est la même :
tous des tocards, tous des faux culs.

Ils sont pas lourds, en février,
à se souvenir de Charonne,
des matraqueurs assermentés
qui fignolèrent leur besogne,
la France est un pays de flics,
à tous les coins d'rue y'en a 100,
pour faire règner l'ordre public
ils assassinent impunément.

Quand on exécute au mois d'mars,
de l'autr’ côté des Pyrénées,
un arnachiste du Pays basque,
pour lui apprendre à s'révolter,
ils crient, ils pleurent et ils s'indignent
de cette immonde mise à mort,
mais ils oublient qu'la guillotine
chez nous aussi fonctionne encore.

Etre né sous l'signe de l'Hexagone,
c'est pas c'qu'on fait d'mieux en c'moment,
et le roi des cons, sur son trône,
j'parierai pas qu'il est all'mand.

On leur a dit, au mois d'avril,
à la télé, dans les journaux,
de pas se découvrir d'un fil,
que l'printemps c'était pour bientôt,
les vieux principes du seizième siècle,
et les vieilles traditions débiles,
ils les appliquent tous à la lettre,
y m'font pitié ces imbéciles.

Ils se souviennent, au mois de mai,
d'un sang qui coula rouge et noir,
d'une révolution manquée
qui faillit renverser l'Histoire,
j'me souviens surtout d'ces moutons,
effrayés par la Liberté,
s'en allant voter par millions
pour l'ordre et la sécurité.

Ils commémorent au mois de juin
un débarquement d'Normandie,
ils pensent au brave soldat ricain
qu'est v'nu se faire tuer loin d'chez lui,
ils oublient qu'à l'abri des bombes,
les Francais criaient “Vive Pétain”,
qu'ils étaient bien planqués à Londres,
qu'y avait pas beaucoup d'Jean Moulin.

Etre né sous l'signe de l'Hexagone,
c'est pas la gloire, en vérité,
et le roi des cons, sur son trône,
me dites pas qu'il est portugais.

Ils font la fête au mois d'juillet,
en souv'nir d'une révolution,
qui n'a jamais éliminé
la misère et l'exploitation,
ils s'abreuvent de bals populaires,
d'feux d'artifice et de flonflons,
ils pensent oublier dans la bière
qu'ils sont gourvernés comme des pions.

Au mois d'août c'est la liberté,
après une longue année d'usine,
ils crient : “Vive les congés payés”,
ils oublient un peu la machine,
en Espagne, en Grèce ou en France,
ils vont polluer toutes les plages,
et par leur unique présence,
abîmer tous les paysages.

Lorsqu'en septembre on assassine,
un peuple et une liberté,
au cœur de l'Amérique latine,
ils sont pas nombreux à gueuler,
un ambassadeur se ramène,
bras ouverts il est accueilli,
le fascisme c'est la gangrène
à Santiago comme à Paris.

Etre né sous l'signe de l'Hexagone,
c'est vraiment pas une sinécure,
et le roi des cons, sur son trône,
il est français, ça j'en suis sûr.

Finies les vendanges en octobre,
le raisin fermente en tonneaux,
ils sont très fiers de leurs vignobles,
leurs “Côtes-du-Rhône” et leurs “Bordeaux”,
ils exportent le sang de la terre
un peu partout à l'étranger,
leur pinard et leur camenbert
c'est leur seule gloire à ces tarrés.

En novembre, au salon d'l'auto,
ils vont admirer par milliers
l'dernier modèle de chez Peugeot,
qu'ils pourront jamais se payer,
la bagnole, la télé, l'tiercé,
c'est l'opium du peuple de France,
lui supprimer c'est le tuer,
c'est une drogue à accoutumance.

En décembre c'est l'apothéose,
la grande bouffe et les p'tits cadeaux,
ils sont toujours aussi moroses,
mais y a d'la joie dans les ghettos,
la Terre peut s'arrêter d'tourner,
ils rat'ront pas leur réveillon;
moi j'voudrais tous les voir crever,
étouffés de dinde aux marrons.

Etre né sous l'signe de l'Hexagone,
on peut pas dire qu'ca soit bandant
si l'roi des cons perdait son trône,
y aurait 50 millions de prétendants.

Jak  niesie wiesc, utwor Renaud - zbyt zaangazowany politycznie - spotkal sie z odmowa radiowcow, skutkiem czego piosenka nie pojawila sie na antenach radia na poczatku lat 80. Tekst i muzyka wciaz budza zywe emocje, choc od czasu powstania utworu minelo juz ponad 20 lat.
 
"Stary" czy "nowy" Renaud, niewazne, warto posluchac. Moj chlop wlasnie wyskoczyl po kolejna butelke bialego wina. Ja nawet nie zjadlam kolacji, za to zdazylam wlac w siebie aperitif i co najmniej dwie lampki wina (Muscadet). Chlop oglada film, ja odpowiadam na maile i przygotowuje dossier dla polskiego wydawcy. Od kilku dni siedze przy telefonie i w poczcie elektronicznej, nawiazujac kontakty z francuskimi wydawcami (Gallimard, Flammarion, Grasset i inne "grube ryby"), polujac na interesujace tytuly... Kilka z nich juz "zarezerwowalam". Pozostaje tylko uzgodnic szczegoly. Czuje sie w swoim zywiole, zwlaszcza ze to ja bede odpowiedzialna za tlumaczenie. 
 
Chyba za duzo wypilam, bo sama nie wiem, co pisze. Czytelnikow prosze o wyrozumialosc. Mam nadzieje, ze mojego chlopa nie zatrzyma policja, ze o wypadku juz nie wspominam. A tak w ogole, ni z gruszki, z pietruszki, to Renaud ma ponoc mieszkanie w Valenciennes. ;-)
 
Chlop juz wrocil z trunkiem. Dobrej nocy zycze. ;-)
21:51, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 grudnia 2008
Zimowe przyjemnosci

Plaisir d’hiver: Rentrer et se réchauffer après avoir marché dans le froid: feu de bois, tasse de thé brûlant que l’on serre bien fort entre ses mains.

CHRISTOPHE ANDRÉ

(autor zdjecia: Samuel)

Galeria

Galeria2

13:53, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka