La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
sobota, 30 grudnia 2006
Tempori serviendum est...

"Nie dbamy nigdy o czas obecny. Uprzedzamy przyszłość, jako nadchodzącą zbyt wolno, jak gdyby chcąc przyśpieszyć jej bieg; albo przywołujemy przeszłośc, aby ją zatrzymać, jako zbyt chybką. Tak nierozsądni jesteśmy, że błąkamy się w czasach, które nie są nasze, nie myśląc o jedynym, który mamy; i tak letcy, że myślimy o chwilach, które są już niczym, a przepuszczamy niebacznie jedyną, która istnieje. Zazwyczaj bowiem teraźniejszość rani nas. Skrywamy ją naszym oczom, bo jest przykra; a jeśli jest miła, żałujemy, że się nam wymyka. Staramy się podeprzeć ją przyszłością i silimy się rozrządzać rzeczami, które nie są w naszej mocy, na czas, którego nie wiemy zgoła, czy dożyjemy. (...) Tak więc nie żyjemy nigdy, ale spodziewamy się żyć; gotujemy się wciąż do szczęścia, a co za tym idzie, nie kosztujemy go nigdy."

(Blaise Pascal, "Myśli")

Ani miniona nie powróci fala, ani miniona nie może się cofnąć godzina. Trzeba korzystać z życia; szybkim krokiem uchodzi czas i nie tak dobry nadchodzi, jak dobry był przedtem... (z łacińskich sentencji)

To tyle z lektur poświątecznych. Jak mawiali starożytni, "pełny brzuch nie uczy się chętnie". Więc i mnie niewiele się chce. Między jednym świętowaniem a drugim (już po Bożym Narodzeniu, a jeszcze przed Nowym Rokiem)  spędzam czas na spokojnym leniuchowaniu "po domowemu", starając się zapomnieć o tym, że za niecały tydzień wracam do Francji. To jakby wyrwać kogoś ze smacznej poobiedniej drzemki w ogrodowym hamaku. ;-)

Czas leci, żyjmy chwilą, dziś jest darem, bla bla bla. :-)

A póki co, w zaciszu czterech ścian mojego pokoiku podsumowuję odchodzący rok.

Nowy rok, nowe problemy... ech... Czy tylko ja widzę wszystko w czarnych barwach? ;-)

22:13, reine_marguerite , Cytatnik
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 grudnia 2006

Chwała Bogu na wysokościach,
a na ziemi pokój
ludziom Jego upodobania.

Ewangelia wg św. Łukasza 2, 14

Noël

Une belle fée blanche a passé sur le monde en effeuillant des roses blanches. Tout s'est couvert de blancheur. Les fronts lourds et tristes ont dit que c'est un linceul ; les jeunes coeurs aux purs élans ont cru que c'est un voile d'innocence. Car la fée blanche avec ses roses a effeuillé des rêves, blancs comme elle et suaves. Et les enfants blonds ont dit leurs rêves et les vieillards ont, de leur voix chevrotante, approuvé ce que disaient les enfants ; et les fronts lourds et tristes ont cru les rêves des enfants confirmés par la sagesse des vieillards : car une étoile de lumière a lui sur tous les fronts, et les tempêtes se sont apaisées.

L'hiver avait engivré la plaine, la plaine longue indéfiniment, la nuit limpide étendait sur cela, non pas une ombre, mais une absence de rayon, et tout dormait dans l'atmosphère pure et froide comme le cristal. Seul le ciel demeurait lumineux d'étoiles.

Sur le chemin gris, à travers les champs, une femme marchait en rêvant près d'un homme qui la soutenait avec amour. Ils allaient, ils allaient ainsi, péniblement, frissonnant dans la froideur cruelle de la bise, ils allaient par la monotonie de la plaine. Leurs yeux regardant le ciel rayonnaient d'un espoir indicible. Ils allaient tous deux rêveurs, tous deux tremblants, par la monotonie glacée de la plaine.

Dans une étable abandonnée, ils s'arrêtèrent. Là, la femme vierge mit au monde un enfant blond qui sourit à ces deux êtres las.

Alors arrivèrent les bergers aux yeux candides, les jeunes enfants des montagnes. Parmi le recueillement silencieux de la nuit, la voix suave d'un ange avait dit aux gardeurs de moutons : « Venez ! dans une étable obscure vous trouverez Jésus, le Messie, et vous l'adorerez. » Les gardiens de moutons avaient suivi la voix des anges et poussant devant eux quelques moutons bêlants, ils arrivaient. Saisis au coeur d'une allégresse inconnue, les candides bergers se sont agenouillés et ils ont pleuré, comme des enfants qu'ils étaient, des larmes douces. Car ils sentaient en eux un bonheur qu'ils ne comprenaient pas et parce que leurs coeurs purs n'avaient pas de place dans leurs poitrines robustes. Le sable du chemin grinçait comme du sucre sous les pas allongés des chameaux. Dans le ciel irradié, parmi les nuits longues, une étoile avait lui sur le monde endormi, une étoile aux rayons puissants et doux tout à la fois. Et de grands vieillards de lointains pays avaient suivi l'étoile immense. Chargés d'or, de pierres précieuses, de bijoux, d'encens et de myrrhe, ils s'avancèrent, les grands vieillards courbés, aux vénérables barbes blanches, aux yeux éteints, ils s'avancèrent et se prosternèrent devant l'enfant blond reposant dans la crèche. Ils offrirent les trésors qu'ils portaient, et demeurèrent agenouillés, leurs fronts ceints de couronnes, penchés dans la poussière. Et de leurs yeux coulèrent dans les sillons déjà tracés des larmes de soulagement telles qu'ils n'en avaient jamais pleurées, des larmes d'espérance.

Et les bergers sentaient merveilleusement dans l'extase de leurs coeurs que là est la Bonté, là la Beauté, et que maintenant ils pourraient vivre.

Et les Mages pensaient que vraiment c'est là qu'est la Vérité et que maintenant ils pourraient mourir.

Ainsi les bergers aux regards limpides et purs comme leurs coeurs, les bergers vêtus de peaux de bête étaient à genoux et pleuraient à côté des rois savants et riches, aux regards fatigués et mourants comme leurs coeurs, à côté des rois vêtus de soie et couverts d'or. Rois et bergers dans la même étable pleuraient de bonheur et adoraient l'enfant blond qui venait de naître et que regardaient avec une tendresse surhumaine la vierge aux yeux d'azur profond et l'homme respectueux.

C'est que sur tous les fronts l'étoile magique a lui, illuminant d'amour et de confiance tous les coeurs.

La fée blanche a passé, effeuillant ses roses et ses rêves... ses rêves blancs comme des roses. Les bébés blonds rêvent le soir au bon petit Jésus dans sa crèche. Et tout le monde attend le grand mystère qui fait s'unir les rois et les mendiants, les purs et les souillés, les jeunes et les vieux, à genoux dans la même poussière, guidés par la même étoile vers le même enfant blond. Laus Deo Semper.

Hector de SAINT-DENYS-GARNEAU.

 

00:03, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 grudnia 2006
Przedświąteczny smuteczek

Jeden, jedyny raz spedzilam swieta Bozego Narodzenia z dala od rodziny. I nigdy wiecej. Byly to z cala pewnoscia moje najsmutniejsze w zyciu swieta. Dokadkolwiek rzuci mnie los, gdziekolwiek osiade na dluzej, chocby mialo to byc na drugim koncu swiata, nie moze mnie zabraknac przy wigilijnym stole. Tak sobie postanowilam. :-) I choc z natury jestem ciekawa swiata osoba, nie ciagnie mnie jakos do swiat po francusku. Nie dlatego, ze jestem fanatyczna glosicielka teorii o wyzszosci polskiej Wigilii nad obchodami swiat Bozego Narodzenia w jakimkolwiek innym kraju, ale dlatego, ze tak naprawde - mimo podrozniczej i niestalej natury - jestem z krwi i kosci Polka, przywiazana do tradycji. I nijak mi odcinac sie od wlasnych korzeni. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. :-)

Dwa lata temu nie przyjechalam do Polski na swieta. Nie dlatego, ze swieta we Francji wydaly mi sie czyms lepszym, bo nieznanym, na swoj sposob egzotycznym i nowym; nie dlatego, by spedzic je z "nowa" rodzina (nie mialam i nadal nie mam meza: czy to Polaka, czy Francuza, czy kogokolwiek innego ;-))), lecz z bardzo prostej przyczyny: podroz do Polski z poludniowego kranca Francji, z Nicei, byla dla mnie za droga. Nie mowiac juz o tym, jak dlugo by trwala (nie stac mnie bylo na bilet na samolot, a jazda autokarem oznaczalaby co najmniej dwudniowa wyprawe). A poniewaz wolnych dni mialam w sumie tylko kilka, z ciezkim sercem postanowilam zostac we Francji. Nigdy wczesniej nie spedzilam Wigilii poza domem, bez najblizszej rodziny, bez tradycyjnych potraw, polskich koled, pasterki i sniegu za oknem. Samotne swieta? Bez choinki, bez prezentow, bez oplatka? I co z tego, ze nad Morzem Śródziemnym, co z tego, że kilkanaście kilometrów od słynnego Cannes, co z tego, że ciepło, słonecznie jak na prawdziwych wakacjach?

Przypuszczałam jednak, że zniosę to nie najlepiej. Boże Narodzenie to nie jest czas na samotność. Zresztą, czy kiedykolwiek jest czas na samotność? W Nicei byłam zaledwie od miesiąca (przyjechałam na początku listopada) i mimo że zdążyłam już nawiązać nowe znajomości, jasne i oczywiste było dla mnie to, że święta spędza się w rodzinie, a nie wśród znajomych i że czeka mnie kilka smutnych i trudnych dni. I nawet myśl, że nowy rok powitam w tak egzotycznym (przynajmniej dla mnie, prowincjuszki przyzwyczajonej raczej do typowo polskich klimatów) i modnym miejscu, nie zmniejszała mojego niepokoju i przygnębienia.

Dostałam zaproszenie na święta od znajomych z Burgundii. Lepsze takie święta, nawet wśród słabo znanych mi osób, niż samotna Wigilia, pomyślałam sobie. Wsiadłam więc pewnego poranka do pociągu i wyruszyłam w podróż do jednego z bardziej urodziwych małych burgundzkich miast. A gdybym wiedziała, co mnie tam czeka zamiast upragnionych świąt, nosa bym z domu nie wystawiła. Bo jak inaczej nazwać "święta" wśród ludzi, którzy wcale świąt nie obchodzą, a kilka dni wolnych traktują po prostu jako okazję do odpoczynku przed TV? W wigilijny wieczór dostałam więc na kolację jakieś smętne fondue, a na deser - kultową ponoć komedię "Diner des cons". Dziś, kiedy o tym myślę, mam wrażenie, że znalazłam się na innej planecie. I za każdym razem przypomina mi się opowieść znajomych o Wigilii spędzonej gdzieś z dala od Polski i spaghetti w roli głównego i jedynego zarazem dania...

Nie trzeba chyba dodawać, że po takim wieczorze miałam ochotę: a) zapaść się pod ziemię, b)wyskoczyć przez okno z trzeciego piętra, c) a w najbardziej łagodnym wariancie: najbliższym pociągiem wrócić do domu, ale nie wypadało. Zacisnęłam więc zęby, wytrzymałam dwa dni i z ogromną ulgą wyjechałam, mówiąc sobie: "Nigdy więcej świąt we Francji". Nigdy więcej wizyt u znajomych, którzy "zapomnieli" niejako napomknąć mi o swoich całkiem nieświątecznych obyczajach i całkowitym nieuznawaniu chrześcijańskich świąt jako takich.

Po świętach natomiast dostałam długo wyczekiwaną kilkukilogramową paczkę z domu: z małą choineczką (sztuczną, oczywiście), opłatkiem, upominkami i całą masą przepysznych słodyczy, którymi obczęstowałam znajomych Francuzów. Nasze polskie łakocie okazały sie prawdziwym hitem.

I może właśnie dlatego, że tak bardzo lubię polską wersję świąt Bożego Narodzenia, z takim zapałem rzuciłam się w tym roku do porządków, pastowania podłóg, przystrajania choinek (duża w pokoju rodziców i po jednej małej u mnie i u Fratella), pieczenia ciast i pierniczków (choć tyle przy tym roboty), gotowania, wypisywania świątecznych życzeń... Im dłużej nie ma mnie w Polsce, tym więcej serca wkładam w każdą przedświąteczną czynność wykonywaną w rodzicielskim domu. Im radziej bywam w Polsce, tym bardziej tesknię za powrotami w rodzinne strony... I choć tak bardzo lubię codzienne życie we Francji i trudno mi wyobrazić sobie, bym miała znów mieszkać na stałe w Polsce, to jednak tęsknię za nią, myślę o niej i smutno robi mi się, gdy pomyślę, że za dwa tygodnie wyruszę do Francji na kolejnych kilka miesięcy.

Nie tylko dlatego jest mi smutno. Odnoszę wrażenie, że zbyt wiele czasu pochłaniają przygotowania do świąt, że brakuje mi nieraz czasu (a po całodziennym dniu pracy - także i ochoty) na wewnętrzne skupienie, adwentowe oczekiwanie, na codzienną modlitwę, na chwilę zadumy... I pojawia się lęk przed świętami przeleżanymi, przejedzonymi, przeoglądanymi w TV... Przed świętami pustymi, których religijny wymiar sprowadza się do tradycyjnego łamania opłatkiem i odśpiewania kilku kolęd, dwunastu dań, prezentów i pogaduszek przy stole.

Nawet spowiedź odłożyłam na ostatnią chwilę i jutro przed południem odstoję swoje w kolejce przed konfesjonałem u dominikanów. Ominęły mnie także w tym roku adwentowe rekolekcje (a była ku temu okazja w Lille). Trochę zbyt wiele tej troski o to, by wszystko było dopracowane w najdrobniejszym szczególe niczym przyjęcie u królowej Elżbiety, a przecież nie o to chodzi...

W dzisiejszym dodatku do GW (Pyrania) znalazłam ciekawą rozmowę z ojcem Zielonką, poznańskim karmelitą ("Poprzestawiać meble w sercu"). Na pytanie "czy w świętach Bożego Narodzenia jest miejsce na smutek" odpowiada on tak:

(...) A w Boże Narodzenie jest miejsce na smutek. Taki, który jest głęboką niesprawiedliwością, dotykający ludzi, którzy często nie z własnego wyboru nie widzą żadnych powodów do świątecznej radości. Jest też smutek specyficzny, związany ze świętami Bożego Narodzenia: smutek rozdrapanych ran. Ktoś spotyka się z rodziną, z którą nawet na zdjęciu dobrze nie wychodzi. To źródło ogromnego bólu, bo znowu rany będą świeże. Jest smutek samotności, kiedy wyglądam przez okno i widzę rodzinę, biegające dzieci, a ja nie mam w pobliżu nikogo, bo bycie singlem nie jest moim wyborem, ale często ludzie mnie takim uczynili. I tacy ludzie drżą przed świętami.

Jest świąteczny smutek, nie można udawać, że go nie ma. Bo tak naprawdę tajemnica Bożego Narodzenia to tajemnica ludzkiej tragedii. Ludzkość nie stanęła na wysokości zadania: "nie było dla nich miejsca w gospodzie". Zdolność przyjmowania drugiego człowieka również dziś nie za bardzo nam wychodzi. Zgodnie z tradycją zostawiamy wolne miejsce przy stole. Ale na ile szczerze zostawiamy wolne miejsce dla człowieka, który już siedzi przy tym stole? Święta Bożego Narodzenia są świętami realizmu. Najpierw spróbuj pokochać swoją żonę, męża, rodziców, a później postaw pusty talerz. On wtedy będzie szczery, prawdziwy. Bo smutek nieprzyjęcia jest chyba najbardziej bolesny.  (...) Jeśli chcę przyjąć drugiego człowieka, muszę w moim sercu poprzestawiać meble. Jeżeli jest smutek Bożego Narodzenia, to związany właśnie ze strachem przemeblowania własnego serca.

Myślami jestem dziś wieczorem z tymi, których los rzucił gdzieś poza granice Polski, a którzy tegorocznych świąt Bożego Narodzenia nie mogą - jak niegdyś ja - spędzić wśród bliskich... Dla mnie Wigilia sprzed dwóch lat pozostanie jednym z najsmutniejszych wspomnień mojego życia, choć nie wiąże się z żadną życiową tragedią i choć trudno tu mówić o jakimś wielkim nieszczęściu... W czas Bożego Narodzenia moje miejsce jest tu, w domu, z najblizszymi. Chciałabym, żeby było tak już zawsze... :-)

Piekna ta nasza Wielkopolska...

Klasztor ojcow franciszkanow w Woznikach kolo Grodziska Wielkopolskiego.

Sa w Wielkopolsce miejsca piekne, a niestety rzadko odwiedzane przez turystow. A i mieszkancy pobliskich miast i miasteczek nie zawsze wiedza o ich istnieniu. Mnie do wizyty w klasztorze zachecil artykul zamieszczony w pyrlandzkim IKS-ie.

W zeszla niedziele cala moja czteroosobowa famuła wyruszyla na kilkugodzinna samochodowa wyprawe w kierunku Woznik (trasa prowadzaca w poblizu Mosiny, Dymaczewa i Granowa).

Cicha, spokojna i zalesiona okolica. Idealne miejsce, by wybudowac klasztor. Mozna jedynie pozazdroscic franciszkanom, choc przywrocenie swietnosci temu miejscu (sypiacy sie i opuszczony po wojnie kosciol) z cala pewnoscia wymagalo lat pracy, wyrzeczen i poswiecen. Bylo warto.

Przepiekne rokokowe wnetrza. Imponujace organy.

W przygotowaniu szopka, stad czesciowo zasloniety oltarz glowny.

Do zabudowan klasztornych przylega park - posrod alejek stoja malenkie kapliczki przedstawiajace droge krzyzowa.

Nawet zima miejsce wydaje sie wyjatkowo atrakcyjne i wprost idealne na dlugi spacer, chwile medytacji i modlitwe...

Pozostałe zdjęcia: http://margharita.blox.pl/html

Wiecej o klasztorze: http://franciszkanie.net/page/162/Wozniki.html

14:34, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 grudnia 2006
Nie ma jak w domu

Pobyt w rodzinnych stronach jak do tej pory dobrze mi sluzy. Sypiam smacznie i twardo niczym susel (chociaz z zatyczkami w uszach, by nie slyszec chrapania zza cienkiej sciany), zywie sie glownie chlebem z zoltym serem, pomidorami i herbata z cytryna (jakby nic innego w domu nie bylo - jak post, to post). Polskim chlebem, ktorego tak bardzo brakuje mi we Francji. A przy okazji bronie sie jak moge przed mamina troskliwoscia ("moze bys tak zjadla szyneczke albo kawalek mieska, coreczko?") - miesa nie zjem, chocbym miala pasc trupem z glodu. Wymyslilam wiec na poczekaniu historyjke o rzekomej alergii na jakies skladniki zawarte w miesie i przynajmniej na razie mam swiety spokoj.

Zajechalam do Pyrlandii z trzygodzinnym opoznieniem (nie ma to jak korki na autostradach w piatkowe wieczory), zmeczona i steskniona za rodzinka, domowym ciepelkiem i futrzanym stworem, zwanym powszechnie kotem. Rodzinna "limuzyna" przywiozla mnie pod sam dom, ktory jeszcze wciaz rozpoznaje, mimo iz jestem tu tylko gosciem; kot laskawie wyszedl mi na powitanie, obwachal walizki i pozwolil wziac sie na rece, nie wygryzajac mi przy tym dziury w rekach.

Sniegu nie ma i zapewne nie bedzie. Mimo wszystko trwaja goraczkowe przygotowania do swiat - mnie przypadlo dzis w udziale czyszczenie "rodowej" porcelany i kupowanie w prezencie ciuchow wlasnemu bratu w towarzystwie Madre dzierzacej gotowke i Padre w roli przymierzajacego.  Bez udzialu samego zainteresowanego, rzecz jasna.

Ksiegi czekajace cierpliwie na swoja kolej leza smetnie na krzesle, zapomniane i opuszczone. Nie, nie ma mowy o pracy przynajmniej do konca swiat. Nie tkne palcem notatek, grubego brulionu z zapiskami i roznego rodzaju fiszek. Miast ruszyc glowa, moge wypastowac podlogi, przytaszczyc tony zakupow z supermarketu, upiec ciasto, przystroic choinke, pogapic sie w szklany ekran... krotko mowiac, choc przez kilka dni wiesc zycie "kury domowej", przykladnej, grzecznej coreczki tatusia i domatorki.   ;-) W okresie przedswiatecznym nie mam nic przeciwko temu.

Milo jest pobyc w domu. Licze do dziesieciu, trzymam jezyk za zebami i choc czasem mam ochote burknac, poklocic sie z domownikami i obrazic na caly swiat, to jednak staram sie zachowac odrobine cierpliwosci. Co przy moim klotliwym, upartym i chwilami dosc apodyktycznym charakterku nie jest wcale takie proste. ;-) Nie ma to jak przytulic sie do matczynej piersi, uscisnac tatke, zaglaskac kota prawie na smierc, pogadac o bzdurach ze starym przyjacielem, powdychac domowe zapachy, rozejrzec sie po dawno nie widzianej okolicy, spotkac sasiadow i zajrzec do kosciola, w ktorym przed laty przyjelo sie po raz pierwszy komunie... ;-)

A wieczorem usiasc wygodnie na fotelu, zapalic zapachowa swieczke, zaparzyc mocna herbate, okryc sie kocem, oblozyc czytadlami i gazetami albo ukladac swiateczne zyczenia dla bliskich... Wsluchac sie w domowy gwar, mruczenie kota, cicha melodie koled (tak, tak, z sentymentu juz teraz wlaczam plyte z polskimi koledami)...

A po spacerze (zakupach itp.) wracac do domu, w ktorym zawsze ktos jest... Nie trzeba wlaczac radia, by uslyszec ludzkie glosy. ;-)

piątek, 15 grudnia 2006
Na kilka godzin przed

Dzis wieczorem wyruszam w podroz do Polski. Graty jeszcze nie zapakowane, w mieszkaniu balagan do kwadratu, na wszystkich kaloryferach suszy sie pranie. Dobrze chociaz, ze nie zapomnialam o prezentach. Troche obawiam sie o los butelek z winem, a wizja ubran i ksiazek ociekajacych czerwienia nie do zmycia dreczy mnie uparcie juz od kilku dni. ;-)

Padlam wczoraj na lozko juz w porze dobranocki, zwloklam sie jednak z miekkiej poscieli, by dokonczyc pranie. Pranie, ktore powinno zrobic sie samo - do tego w koncu sluza pralki. Pech chcial, ze sprzet dostepny w akademiku odmowil wspolpracy akurat wtedy, gdy juz zaladowalam wszystkie ciuchy, wlalam plyn i nastawilam program. Skonczylo sie wiec na recznym wypraniu kilku najlzejszych ciuchow. Reszte zapakowalam do torby i z calym tym majdanem pojade do domu. Zazwyczaj zawoze ubrania do pobliskiej pralni samoobslugowej (tez mi przyjemnosci), ale tym razem z braku czasu postanowilam doprowadzic je do czystosci tu na miejscu. No i masz ci los, nie wyszlo...

Nabiegalam sie wczoraj po urzedach, ale przynajmniej zalatwilam wszystkie sprawy i moge z czystym sumieniem, spokojnie i bez nerwow spedzic swieta z rodzina, nie martwiac sie przy wigilijnym stole o moje dalsze losy.

Lekarz, do ktorego udalam sie z wizyta (potrzebowalam recepte na lek), okazal sie Polakiem z pochodzenia. ;-)

Pierwszy raz od kilku tygodni przespalam cala noc. Z mala pomoca leku nasennego, co prawda, ale za to jaka ulga po obudzeniu. Nie lubie wczesnie klasc sie spac i nieraz do pozna czytam ksiazke albo pracuje, jednak krecenie sie na lozku do trzeciej nad ranem i wyglad à la zombie po wejsciu do lazienki o siodmej czy osmej rano... nie, to nie jest normalne. Mimo sporej dawki snu ziewam jednak jak hipopotam i chyba lykne nieco kawy.

Jeszcze tylko male sprzatanko w mieszkaniu, kilka telefonow do znajomych, kupno gazet do poczytania w podrozy i mozna wyjechac na zasluzony odpoczynek.

wtorek, 12 grudnia 2006
Nie polecam

Le Pen wiecznie zywy i wciaz zaskakuje... Tym razem "extreme droite" zwraca sie ze swoim przeslaniem do nowej czesci elektoratu. Oto jeden z siedmiu (bodajze) wyborczych plakatow, o ktorym wzmiankuje w krotkim artykule dzisiejszy "Le Monde".

Chyba nie trzeba tlumaczyc, dlaczego plakat tak wszystkich zaskoczyl...

Dwa lata temu mialam okazje poznac dzialaczy Frontu Narodowego (w tym pana, ktory kandydowal na radnego z ramienia FN w jednym miast nalezacych do Ile de France) - i co ciekawe, kilku z nich wcale nie urodzilo sie we Francji, a mimo to z ogromna zajadloscia i niezwykle wytrwale "obszczekiwali" obcokrajowcow zyjacych w tym kraju.

"Albo polubisz Francje, albo zjezdzaj stad" - brzmialo jeszcze do niedawna haslo FN.

Powial wiatr odnowy?

Jakas odwilz czy co?

;-)



PS. To nie jest reklama Front National. Le Penowi mowimy stanowcze "nie". ;-)
piątek, 08 grudnia 2006
Retusz

Fragment ksiazki Tadeusza Kepinskiego "Witold Gombrowicz. Studium portretowe":

"Opowiada [Gombrowicz], jak na pomaturalnym przyjeciu (dla czesci klasy, zaprzyjaznionej), u Prezesa (Syfona), krotko mowiac Mieczyslawa Grabinskiego, w ich domu, kolo hotelu "Polonia", naduzywszy alkoholu wychylil sie przez okno z trzeciego pietra i... spowodowal mala katastrofe dla mlodej pary, ktora siedziala przy restauracyjnym stoliku w doniczkowym ogrodku na chodniku. Opowiada dalej, ze kiedy przyszedl wlasciciel restauracji, zabarykadowalismy sie w mieszkaniu itd. (...) Przeprowadzilem tez ankiete, nic od siebie nie sugerujac. Uczestnicy tej "bibki" zgodnie potwierdzili moje wspomnienie, ze Witolda na przyjeciu w ogole nie bylo. Kiedy ta historyjka w relacji Gombrowicza ukazala sie w marcu 1977 roku, napisalem do Mieczyslawa Grabinskiego z zapytaniem, czy pewny jest, ze Witolda u niego nie bylo. Bo co do roli glownego bohatera, ktora przypadla Antoniemu Wasiutynskiemu - nikt watpliwosci nie mial. I oto, pod data 3 pazdziernika 1977 roku, pisze Mieczyslaw do mnie: "Kultury" ze stycznia-lutego br. nie czytalem. Ciekaw jestem, kto te rzekome zapiski Itka zestawil. Jak juz Ci to wyjasnialem, osoby Itka na naszym zebraniu pomaturalnym w moim domu nie przypominam sobie, a wiec go nie bylo, choc na pewno byl zaproszony". Wspolnie z caly czas usmiechnietym gospodarzem ratowalismy chorego delikwenta. Mieczyslaw przyjal bardzo grzecznie restauratora, zapewnil go o pokryciu strat i przeprosil za wypadek, co odbywalo sie przy nas wszystkich. (...) Potem opowiedzielismy Witoldowi, jak sie ta "bibka" odbyla, no i "zapamietal".

Mnie takze zdarza sie podkolorowac opowiadane historie, choc ich nie zmyslam. Nie przedstawiam siebie jako glownego bohatera wydarzenia, podczas gdy w rzeczywistosci gralam jedynie malutka rolke "trzymajacego halabarde". ;-)

Czasem zdarza mi sie cos przekrecic, cos dodac, o czyms zapomniec - zwlaszcza kiedy przytaczam zdarzenie opowiedziane mi kiedys, dawno dawno temu, a ktore ni stad, ni zowad wylaniaja sie z zakamarkow mojej pamieci.

Czasem pamiec szwankuje.

A czasem mam ochote zrobic psikusa i "urozmaicic" wspomnienia, zretuszowac je i dodac im smaczku. Nudne i szare zycie nabiera barw, ponet i smaku. ;-)

Chyba zamiast zmyslac kupie sobie jakies kolorowanki. ;-) Pisaki juz mam. Siade sobie na lozku, z kapciami w misie na stopach, i pomaluje swiat, moze zrobi mi sie weselej i przejdzie ochota na "retuszowanie dziejow".

PS. Leje dzis i wieje. Nuuda, panie, nuuuda...
Ide poczytac kryminaly z serii "Grands detectives".

A jutro po poludniu powlocze sie po muzeum sztuk pieknych. Ponoc najlepszym po paryskim Luwrze.

17:11, reine_marguerite , Cytatnik
Link Komentarze (1) »
środa, 06 grudnia 2006
W oparach czytelniczych absurdow ;-)

Zaslyszane. Wczorajszy program "LA BANDE A BONNAUD" w radiu France Inter: rozmowa na temat wydanych w ostatnim czasie ksiazek.

Co na prezent pod choinke? Radio France Inter poleca. ;-) Moze na przyklad...



Czyli mowiac po naszemu: "sztuka pierdzenia". ;-)

"Etre esclave du préjugé peut coûter cher. Ainsi, une femme qui, par coquetterie, n'avait plus pété depuis douze ans, est morte de s'être trop retenue... Cette anecdote, parmi bien d'autres, est rapportée par un érudit du XVIIIe siècle, Pierre-Thomas-Nicolas Hurtaut, pour qui péter était un art et le pet, bien lancé, une arme sociale. Publié en 1751, L'Art de péter est rapidement devenu un classique de la littérature comique et pseudo-médicale. Avec une précision fort peu convaincante pour la médecine, mais très amusante pour les esprits mal tournés, Hurtaut montre toute la diversité des pets, qu'il classe selon leur musicalité, et décrit les différentes manières d'en prolonger, d'en moduler, ou d'en minorer les sonorités. Après tout, lecteur, n'est-il pas honteux que, depuis le temps que vous pétez, vous ne sachiez pas encore comment vous le faites, ni comment vous devez le faire ?"

Tylko 9,50 euro na amazon.fr! ;-)

Poszukaj w internecie, a znajdziesz...

Albo moze to?.... Nudzisz sie w pracy?



Nudzisz sie? Narysuj wagonik... ;-)

"Curieux mélange entre un cahier d’écolier et un album de coloriage, le Cahier de gribouillage est dédié aux adultes stressés par trop de travail ou lassés de leur emploi. Remède humoristique à leurs états d’âmes, il propose de colorier « les tasses dessinées jusqu’à en avoir raz-le-bol » ou énonce « dessine les bottes de ton patron et lèche ta feuille ».

L’alliance d’un graphisme singulier et de textes dissidents incite à se libérer, en gribouillant, des tensions et frustrations quotidiennes. Le cadeau idéal à offrir à ses collègues de bureau."

7,13 euro na amazon

Miec zawsze ostatnie slowo... czyli powal przeciwnika celna replika. ;-)



La repartie est le sommet de la conversation. L'esprit à besoin d'un partenaire pour s'exercer. Dans cet échange dialogué, la repartie - bienveillante, ironique et cruelle - est un sommet, le point culminant de la conversation : celui où l'on cloue le bec à un interlocuteur en lui ôtant la possibilité d'avoir le dernier mot. Jean Piat et Patrick Wajsman se sont amusés à escalader ce commet. De Richelieu à Woody Allen, de Churchill à Groucho Marx, une promenade littéraire en 200 reparties, une échappée vers l'imprévu. Pour rire ou sourire...


9,50 euro na amazon

Podrecznik dla poczatkujacego rolnika. Czyli jak zostac prawdziwym chlopem.


Le monde change... et la campagne aussi ! La preuve ? Il y a de plus en plus de citadins qui laissent tomber le bitume des cités pour les verts pâturages. Qu'ils soient éleveurs de chèvres, post soixante-huitards, néo-ruraux, rurbains exploitants de chambres d'hôtes ou résidents secondaires, tous sont confrontés aux mêmes questions existentielles auxquelles ce manuel essaie de répondre avec pragmatisme et... humour. Un coq est-il indispensable pour que la poule ponde un œuf ? Quelle est la différence entre un bœuf et un taureau, le Ricard et le Pastis 51, la SAFER et la DDE ? Peut-on laisser monter une salade ? Si oui, sur quoi ? Est-ce que ça rapporte de faire " chambres d'hôtes " ? Si oui, combien ?... etc.

cena: 9,50 euro na amazon

Molwania: czyli kraj, ktory nalezaloby wymyslic, gdyby nie istnial...



"Patrie de la polka et de la coqueluche, la Molvanie est une destination souvent négligée par les touristes, mais grâce à ce guide Jetlag entièrement remis à jour, le visiteur enthousiaste pourra désormais profiter de l'un des secrets les mieux
gardés de l'Europe de l'Est. Tout ce que vous devez savoir est dans ce guide : Ceux qui voudront éviter les hordes de touristes choisiront la " morte saison " - autrement dit l'hiver ou pendant le Lutenblag Jazz Festival. Un court trajet en bus, et vous voilà à la Pensjon Prazakuv. Vu de l'extérieur, cet hôtel sans prétention semble minable, vieillot et insalubre. C'est le cas. Le Varji est une pizzeria extra proposant d'intéressantes garnitures : le " suprême d'anchois à la figue ", par exemple, à
manger ou vomir à la maison. Livraison gratuite dans un rayon de 100 mètres. Différentes activités sont proposées sur le lac : ski nautique, planche à voile, parachute ascensionnel (délicat compromis entre le parapente et le suicide). Les pickpockets sont présents dans les principales gares. Ne quittez pas vos affaires des yeux. S'il vous manque quelque chose, le mieux est d'aller voir un Guarjda Civilje. Il n'est pas impossible qu'il soit l'auteur du larcin."

cena: 14,25 euro

Co zrobic z kretynami, czyli perly z larusa.



"Aberrations scientifiques, commentaires
fantaisistes, préjugés d'époque... L'édition originale du Grand Dictionnaire de Pierre Larousse foisonne de perles étonnantes que Pierre Enckell a relevées pour notre plus grand plaisir."

Wyhoduj dzieciaka w warunkach domowych.



L'"ado mâle" et l'"ado femelle" ne sont pas des races en voie de disparition. Bien au contraire, et... c'est tant mieux. Car même s'ils sont grunges, gothiques, malpolis, ou ignares, ce sont quand même " nos " ados. Voici le premier manuel de survie destiné aux parents
confrontés à ce milieu difficile voire hostile. Ils y apprendront entre autres comment détecter la présence d'ados (baskets puantes, chaussettes en boule, etc.), gérer leur comportement en sachant qu'ils dorment quand vous êtes réveillés et vice versa, qu'ils se nourrissent de pâtes ou de nouilles et vice versa, qu'ils vivent en meute, que la période du rut se caractérise par un air absent et des résultats scolaires en baisse... Un guide indispensable pour soulager les parents en détresse tout en les faisant mourir... de rire !

cena: 9 euro

Pamietnik kota zabojcy.


Un chat qui ne mâche pas ses mots, ça n'existe pas ! Pourtant, le héros de ce livre est bel et bien un chat. Il s'appelle Tuffy. Dans son journal de bord, il raconte la difficulté qu'il a d'être confronté à la plus totale incompréhension de ses maîtres. Surtout lorsqu'il ramène à la maison des animaux morts. Tuffy essaie bien de s'en empêcher... Mais aller contre nature relève d'un exploit qui n'est pas à la portée de n'importe quel chat, même de bonne volonté. Un beau jour, Tuffy est accusé du meurtre de Thumper, le lapin des voisins. Les mésaventures commencent pour Tuffy, mais pas pour ses lecteurs, qui auront, eux, le plaisir de rire à chacune des pages de ce petit roman plein de rythme et d'humour. --Ségolène Dujardin

cena: 6,65 euro (amazon)



poniedziałek, 04 grudnia 2006
Wszystko na swoim miejscu

Tu, na polnocy, od czasu do czasu hula zimny i porywisty wiatr, swiszczac nieprzyjemnie przez szpary w nieszczelnym oknie. Bywaja dni, gdy budzi mnie miarowe stukanie kropel deszczu o szybe, a wtedy pierwsza moja mysl to: "Dzis nie wstaje". ;-) Coz, jesli to niedziela, to moge obrocic sie nosem do sciany, naciagnac koldre na glowe i spac do poludnia. ;-) Jesli to jakikolwiek inny dzien tygodnia, to nie pozostaje nic innego, jak zerwac sie z lozka i truchtem popedzic w kierunku lazienki, odkrecic ciepla wode i wskoczyc pod prysznic. A pol godziny pozniej opuscic przytulne mieszkanko z mina zdegustowanego kota, ktory przypadkiem zmoczyl sobie lapy. ;-)




Oba zdjecia dzieli ledwie godzina. Im mniej lisci na drzewach, tym wiecej widze z mojego okna. Odnosze wrazenie, jakby krajobraz przeksztalcal sie na moich oczach: z kazdym dniem "wyrastaja" nowe domy. ;-) Zywoplot naprzeciwko zaslanial mi gestym murem widok na park - pewnego dnia sasiedzi dokonali jednak prawdziwej rzezi i z okazalego zywoplotu zostaly jakies smetne krzaki, w dodatku krzywo przyciete. W glebi - jeden z trzech sztucznych stawow, ktore lata swietnosci maja juz dawno za soba. Obecnie sa to jakies bure bajora, w ktorych zapewne latem legna sie ogromne ilosci komarow i innego robactwa ssaco-gryzacego. ;-) Widoczek z okna jednak niczego sobie - zadnych domow naprzeciwko, sama zielen, cisza i spokoj. Choc w poblizu autostrada, wiec po otwarciu okna daje sie slyszec nieustanny szum jadacych samochodow.



Po raz pierwszy w historii nie musze dojezdzac na uczelnie. Jedno z moich seminariow odbywa sie w tej czesci kampusu, ktory przylega do mojego akademika. Siedze wiec sobie na zajeciach kilkadziesiat metrow od domu. :-) Dziwne uczucie...

W latach pyrlandzkiej edukacji moje podroze na linii dom - szkola, szkola - dom zajmowaly mi niemalo czasu. Co najmniej pol godziny - w przypadku jazdy tramwajem do liceum (czterdziesci piec minut w godzinach szczytu) z przesiadka. W czasach studenckich - pol godziny na trasie dom - Collegium Novum, do tego podroze na Grunwald na Miedzychodzka, plus przejazdzki na Wilde do Collegium "Ceglarum" (w dawnych budynkach administracyjnych Zakladow Cegielskiego), plus zajecia na Wieniawskiego... Ech, to sie dopiero czlowiek najezdzil...

Pierwszy rok w Strasburgu - dziesiec minut autobusem na uczelnie. Do czasu, gdy nie zaczeto budowac nowej linii tramwajowej i nie wyburzono mostu Churchilla... Mnie, na szczescie, juz tam nie bylo. W Dijon przerzucilam sie na bardziej ekologiczny srodek transportu - rower. Natomiast na Lazurowym Wybrzezu spedzalam niemalo czasu w podmiejskich pociagach, kursujac miedzy Nicea a jednym z nadmorskich kurortow. ;-) Po powrocie do Alzacji nastala epoka "hub moraskich" i wiecznie zapchanego przegubowego autobusu nr 6, ktory dowozil mnie do srodmiescia, stojac po drodze w korkach.

A obecnie zyje mi sie calkiem komfortowo - na zajecia teoretycznie moge wyskakiwac "na piec minut przed". Biblioteka pod nosem. Stolowka pod nosem. Zyc nie umierac. A do tzw. miasta wybieram sie zazwyczaj metrem, dzieki ktoremu nie kluje mnie w oczy brzydota tutejszych ulic. ;-) Powoli, powolutku zaczynam przyzwyczajac sie do zycia w Lille...

 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka