La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
sobota, 31 grudnia 2005
Mieszanka

Ekipa miedzynarodowa sie zrobila. Sama z siebie. A juz myslalam, ze tylko ja jestem takim samotnym "rodzynkiem", zblakana polska owieczka posrod francuskich wilkow. ;-) Ale nie, los okazal sie laskawszy. I tak oto naliczylam, na seminariach, zebraniach, obronach prac doktorskich, spotkaniach etc. niemalo obcokrajowcow. W samej tylko mojej seminaryjnej grupie, wyjatkowo licznej, spotkac mozna:

- dwie Iranki (bez chust),

- Rumuna (to kolega, ktorego nazywam Jurandem ze wzgledu na podobienstwo fizyczne) ;-)

- Argentynczyka (niereligijnego Zyda, jak sam sie okresla, o bardzo latynoskiej urodzie),

- Algierke i Algierczyka,

- Amerykanke (swietnie mowiaca po francuska ladna Mulatke),

- Luksemburke o wloskich korzeniach,

- Brazylijczyka,

- jakas szczesciare z Mauritiusa :-)

- jedyna Slowianke (czyli mnie, godnie reprezentujaca Europe Srodkowa ;-)

- i rozne inne indywidua, ktorych tozsamosci i narodowosci nie pamietam. :-)

Jaki ten swiat jest maly. :-) Lecz coz, przeciez jestesmy na "skrzyzowaniu Europy", w znanym miescie S. ;-)

Jesli do tego wszystkiego doliczyc Rosjanke, ktora prowadzila jedno z seminariow (ufrancuzowiona Rosjanka, dodajmy, z silnym rosyjskim akcentem) i profesora z Rumunii (tez juz Francuza) i jeszcze jednego wykladowce urodzonego w Sudanie (tez juz Francuza), to robi nam sie istna wieza Babel.

Historia jednego miesiaca

I tak oto ow beznadziejny 2005 rok dobiegl konca. Uff... jaka ulga. Jeszcze tylko pare godzin i bedzie po wszystkim. Tegoroczny bilans nie wyglada bowiem zachecajaco.

Zaniedbalam moj blog. Zdalam sobie sprawe, ze oto minal miesiac, a nie pojawila sie zadna, najmniejsza chocby notatka. Blog juz ledwo dyszy, ciagnie resztkami sil, trzyma sie na powierzchni niczym tonacy brzytwy... a mnie nawet komputera nie chce sie wlaczyc. Wstyd, po prostu wstyd. ;-) Komputer nowy mam, a jakze, jeszcze tylko internetu na "hubach moraskich" brak, ale to zapewne juz tylko kwestia czasu.

Oj, dzialo sie, dzialo i to sporo w ciagu ostatnich kilku tygodni. Niestety, moja krotka "kariera" w sluzbie zdrowia dobiegla konca. Chcac nie chcac, zadusilam kure znoszaca zlote jajka albo tez - inaczej mowiac - jak przyslowiowy wujek zamienilam siekierke na kijek, w dodatku sprochnialy i popekany. A za tym wszystkim staly, rzecz jasna, moje studia, ktorych nijak nie dalo sie pogodzic z praca. I tak oto pod koniec listopada stanelam przed trudnym wyborem: jesli nadal bede rozdrabniac sie na dziesiatki "petits boulots", zeby sie jakos utrzymac, wkrotce cale to moje studiowanie i "doktoryzowanie sie" straci jakikolwiek sens. Co robic? Zwolnic sie, gdy uplynie okres probny? Czy tez zacisnac zeby, pracowac dalej jak kolchoznik, a studia odsunac na boczny tor? Wybralam studia. Nie byla to latwa decyzja. Pieniadze z nieba nie spadaja. Za cos trzeba zyc, placic rachunki, kupowac zywnosc, ubierac sie etc. Klamka zapadla. Zlozylam wymowienie, ale zanim tak sie stalo, dostalam inna robote w knajpie na starowce.

Zal mi bylo opuszczac swoje "cieple gniazdko" i "moich" staruszkow. Do glowy mi nie przyszlo, ze kiedykolwiek bede tak cieplo zegnana. Ech... troche sie lez polalo (a przeciez ledwie miesiac tam przepracowalam), duzo bylo usciskow, pozegnan i zalu, ze nie da sie zrobic inaczej. Nie przypuszczalam, ze kiedykolwiek uslysze tyle milych slow... "Przewinelo sie tu juz sporo osob. Ale dawno nie bylo tu kogos takiego jak ty, kto wlozylby w te prace tyle serca i tyle ciepla. Bedzie mi ciebie brakowalo", powiedziala mi na pozegnanie moja ulubiona "babcia". Trudno sie rozstawac z ludzmi, dla ktorych bylo sie nieraz jak najblizsza osoba... Obiecalam jednak czeste odwiedziny, w miare moich mozliwosci... Troche mi jednak zal, gdyz ten kontakt z ludzmi - starszymi, chorymi i nierzadko samotnymi - byl dla mnie zrodlem radosci (tak, tak), moze dlatego, ze sama nie mam juz ani babci, ani dziadka. I to od dobrych paru lat...

Za to juz na poczatku grudnia wyladowalam w kolchozie i gulagu jednoczesnie. :-) Duza knajpa, w samym centrum miasta, prawie sami studenci dorabiajacy do studiow. Dosc sympatyczna i zgrana ekipa, zyczliwa wobec nowoprzybylych "kotow", co mnie zdziwilo i mile zaskoczylo. Szefostwo tez niezbyt upierdliwe i miesem nie rzucajace (na szczescie). 18  godzin w tygodniu, 4 dni. Cztery dni jak w kieracie, jak przy tasmie w fabryce. Wyrabiamy "norme". Bijemy rekordy. W poludnie klienci liczeni w setkach (raz bylo ich nawet dwa tysiace). "Marche de Noel". Starowka. Tysiace turystow. Rejwach, zamieszanie, zakupy, choinki, zwiedzanie... ech... Szkoda gadac. I cale to towarzystwo przybywa w poludnie (i nie tylko) najesc sie wlasnie do tej knajpy, niedrogiej zreszta, ale z dobrym "zarciem".

Istny kolchoz. Nie wiadomo za co sie zabrac. Kazdy uwija sie jak w ukropie. Nie ma czasu, zeby usiasc, chwile odpoczac, nabrac oddechu. Ale przynajmniej czas sie nie dluzy. Tylko niekiedy klienci upierdliwi, niemili, zniecierpliwieni, obrazeni etc. "Przynies, podaj, pozamiataj". Taki los. ;-)

Ale i to "przeminelo z wiatrem"... 23 grudnia - wyjazd do Polski na swieta. Kilka dni z rodzina. Zupelnie inne klimaty. Pasterka w kosciele akademickim wypelnionym po brzegi, polskie koledy, oplatek, wigilia... "Macie naprawde piekne swieta. C'est la legende en France", powiedzial mi znajomy Francuz, a ja malo nie peklam z dumy i radosci, ze tak wspaniala tradycje mamy wlasnie MY. :-)

Lecz coz, wszystko co dobre i piekne, musi sie kiedys skonczyc. Czas byl najwyzszy wracac na "huby moraskie", na emigracje i "wygnanie". ;-) Tak juz musi byc. Moje miejsce jest tutaj. Przynajmniej na razie.

Historyjek, mniej lub bardziej zabawnych, z ostatniego miesiaca byloby naprawde sporo. Tylko czasem ogarnia mnie takie lenistwo, ze az mi sie nie chce ich opowiadac. Tant pis pour moi.

12:07, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (1) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka