La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
czwartek, 17 lutego 2011
Na południowym wybrzeżu

W sobotę jedziemy we dwójkę do Brighton.

Nie powiem, żebym tęskniła za tym właśnie miastem, ale z przyjemnością wybiorę się na spacer wzdłuż plaży.

Lubię morze zimą.

Bez tych dzikich tłumów na deptakach.

Lubię wiatr we włosach i krzykliwe nawoływania przepięknych mew srebrzystych.

Chrzęst kamieni pod stopami.

I myśl, że tam - po drugiej stronie - czeka Francja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



11:53, reine_marguerite , Brighton
Link Komentarze (2) »
Byle nie popsuć

Czasami przychodzi taki dzień lub moment, kiedy z ręką na sercu przyznaję szczerze: dziś nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Więc milczę.

Milczę w różnych wariacjach: blogowo, na czym świat nie ucierpi, bo i tak wieje tu nudą, ale i na co dzień, co doprowadza mojego życiowego partnera niemal do szału. No bo jak to możliwe, żeby nic nie mówić albo tylko coś odburkiwać, lub odpowiadać półsłówkami, jakby na odczepne?

Jest tak, jakbym się w sobie zacięła. Ilekroć chcę się odezwać, otwieram wielokrotnie usta niczym ryba wyciągnięta z wody, i nic. Milczę.

Im częściej milczę, tym bardziej czuję się przybita, sfrustrowana i zawiedziona. Czy nieszczęśliwa? Może.

Nie darowałabym sobie, gdyby przez to niezręczne milczenie, przez to zamknięcie się w skorupce miał się rozpaść mój związek. Bo przecież wszystko ku temu zmierza, jeśli nie ma dialogu, nie ma głębszych rozmów.

Boję się rozmów.

Nigdy nie potrafiłam o sobie mówić. Nie potrafiłam się zwierzać. Nie umiałam otwarcie rozmawiać o problemach, o złych wspomnieniach, o tym, co mnie nęka i boli. Niełatwo mi o tym pisać, a cóż dopiero na głos formułować te same myśli.

Od lat duszę w sobie tak wiele, że już na samą myśl o tym mam w gardle gulę, a w oczach łzy. I nie potrafię ich powstrzymać, nie umiem uciec od emocji.

Więc milczę.


***

Czuję się brzydko i brzydko wyglądam. Ciężko, niezgrabnie, jakbym miała do rąk i nóg przyczepione niewidzialne ciężarki.  Snucie opowieści o tym, jak to będzie, kiedy będzie mnie mniej, ani trochę nie poprawia mojego samopoczucia.

Zapadłam się po kolana w marazm niczym w kleiste błoto.

Mimo wszystko z utęsknieniem czekam na zmiany.

W połowie marca zdaję test z angielskiego (International English Language Testing System) w Cambridge. Nie bez przyczyny wybrałam moduł Academic. Muszę uzyskać co najmniej 7 punktów na 9 możliwych. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to będę zdawać do skutku, choć po cichu liczę na to, że uda się za pierwszym razem.

W połowie stycznia złożyłam podanie na trzyletnie studia. Mam nadzieję, że był to mój dojrzały i przemyślany wybór. Tak, chcę zmienić zawód, choć nadal zamierzam tłumaczyć książki. Z tego nigdy nie zrezygnuję.

Czyli jednak zostaję w Anglii. Na to wygląda.

Ciężko mi przyznać się przed samą sobą do ciągłej niepewności.

Bo tak naprawdę nie wiem, co będzie za miesiąc, a cóż dopiero mówić o końcówce roku.

Może właśnie stąd mój pesymizm. Niełatwo się od niego uwolnić.

11:24, reine_marguerite , Ja z bardzo bliska
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 07 lutego 2011
Czy ja aby czegoś nie postanowiłam?

Chociaż nie za bardzo odpowiadają mi te wszystkie "serki wiejskie" (bo i gdzie mam je kupić na Wyspach?), choć na samą myśl o styropianowym chlebku Wasa mam gulę w gardle, to jednak nie ma odwrotu.

Adieu, cukiereczki, ciasteczka, chrupki i czekoladki! Adieu, kieliszku czerwonego wina do kolacji! Adieu, francuskie sery! Adieu, fish&chips!

"Do następnego ciastka, kochanie", powiedział z ironicznym uśmieszkiem Pan Obrażalski.

A niech to!
Jeśli faktycznie 30 maja bieżącego roku, jak prorokuje rubryka Moja dieta*, wstanę z łóżka, ważąc tyle, co swego czasu na studiach, czyli 57 kilo, to....
No właśnie, co?
To założę się, że zjem własne pantofle na obcasach? :)

Im częściej o tym myślę, tym bardziej obawiam się spektakularnej i druzgocącej porażki.
Ja naprawdę nie chcę wyglądać jak "too many cookies".

Od czegoś trzeba zacząć.
Nawet jeśli będzie to styropianowy chlebek i gorzka czarna kawa o poranku.


* Zaczynam dietę z Vitalią, zachęcona sukcesami ODważnych Polaków. Spalam się także na fitnessie dwa razy w tygodniu. :)

15:38, reine_marguerite , Ja z bardzo bliska
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 lutego 2011
O charakternej babce w futrze

Knociątko obdarzyło nas wczoraj wieczorem bardzo szczególnym prezentem.

Na środku łóżka w naszej sypialni zostawiła dla nas dorodny koci... placek.

Biedna Katty dostała rozwolnienia.

Niestety z mojej winy, bo z dnia na dzień lekkomyślnie wprowadziłam do jej uporządkowanej do tej pory diety tuńczyka i drobne kawałki kurczaka.

Mówisz i masz. Kocie problemy jelitowe na zawołanie.

Knociątko siedzi więc w swoim pokoju i popłakuje. Kuweta jak na razie pusta. A w misce tylko woda. Dziś wieczorem dam jej trochę ryżu z ugotowaną wołowiną.

Czuję się winna, słysząc jej tęskne nawoływania: biedna mała nie tylko siedzi sama, ale w dodatku o pustym brzuszku.

Oby tylko jej przeszło. A ja mam nauczkę na przyszłość: żadnych eksperymentów żywieniowych. Chrupki i basta.

Ta przedziwna dziura w futrze to nie efekt psiej działalności. Knociątko zostało pięknie wygolone u weterynarza, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, że została swego czasu wysterylizowana.

Mimo wszystko i tak wygląda uroczo, prawda?

Zgodnie z zaleceniami, knociątko ma bana na wypady z domu na okres mniej więcej czterech tygodni.

Minęły już dwa, odkąd mieszka z nami.

Dnie spędza, przeważnie śpiąc. Jak to koty.

Idzie wiosna, będzie ją można wypuszczać na dwór.

(Okno w kuchni, choć myte co tydzień, zarasta brudem w zastraszającym tempie, co widać na załączonym obrazku. A wszystko przez rosnące tuż obok drzewko puszczające jakieś wyjątkowo odporne na mycie soki. Jedynym sposobem jest pucowanie okna połówką cytryny, tudzież wyjątkowo śmierdzącym octem.)

Misia-pysia z niej przeogromna.

Mruczanki, pieszczoty, ugniatanie ciasteczek miłości, przytulanki i wystawianie brzuszka do pogłaskania - czyż to nie urocze?

Wczoraj ukróciłam jednak spanie ze mną w jednym łóżku, bo niechybnie od tego oślepnę. Mam oczy czerwone niczym królik, a łzy kapią mi z nich jak po krojeniu cebuli. Wróciłam też do mojego inhalatora, ale mimo tych problemów kota się nie pozbędę.

Wielkiej i dozgonnej kocio-psiej przyjaźni raczej się nie spodziewamy.

Jest i tak lepiej, niż przypuszczaliśmy: dochodzi jedynie do drobnych aktów agresji. Knociątko pokazało, że jest z niej kobita z charakterkiem, co to i fuknie, i podrapie, jeśli trzeba. Na szczęście zazwyczaj kończy się na pogróżkach, a psu niestety wciąż brak rozumku, aby zostawić ją w spokoju i zrozumieć, że kot nie jest najlepszym towarzyszem zabaw w "rzuć-mi-piłkę-a-ja-ci-ją-przyniosę-z-powrotem-i-tak-w-kółko".

Mamy więc na stanie 16-miesięcznego psa, 4-letnią kotkę i dwie rybki. Dwie pozostałe niestety zdechły.

Chyba się nie nadajemy na rybich opiekunów.

Kotkę uwielbiam.

Z wzajemnością.

10:56, reine_marguerite , Knociątko
Link Komentarze (1) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka