La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
sobota, 14 lutego 2009
Kotka na haju
A oto, co przytrafilo sie naszej kocinie. Kota polknela przedwczoraj wieczorem pol tabletki, ktora musiala znalezc gdzies na podlodze w kuchni. A kto wie, moze nawet we wlasnej misce. Moj chlop jest chory, lyka jakies medykamenty, a ze jeden z nich trzeba przekroic na pol, to i stalo sie nieszczescie.
 
Wygladala jak na haju. Pijany kot. Cale szczescie nic jej sie nie stalo. Ot, najpierw szalala po mieszkaniu niczym rajdowiec na torze, a potem ni stad, ni zowad zaczela sie zataczac jak osiedlowy pijaczek. Treizy, ktorej mozna byloby przyznac tytul krolowej linoskoczkow, nie potrafila wskoczyc na kanape. I chodzila jakos tak bokiem. Na szczescie ani nie bekala, ani nie puscila pawia na lozku. Za to rozmiauczala sie tak, jakby jej sie spieszylo do marcowego kochanka. 

Zabralismy wiec pacjentke do weterynarza, gdzie zatrzymano kote na noc w izbie wytrzezwien... to jest... chcialam powiedziec, w kocim szpitaliku. Ponoc byla bardzo posluszna i grzeczna, w co trudno uwierzyc, jesli sie probowalo kiedys po dobroci obciac jej pazury lub podac tabletke. Nastepnego dnia wieczorem byla juz trzezwa, tzn. w dobrej formie i juz nie spacerowala wezykiem. A dzisiaj u tesciow na wsi chodzila po dachu. Wiec wszystko wrocilo do normy. 

Trzeba uwazac z tabletkami, bo nastepnym razem kota pofrunie albo przemowi ludzkim glosem...

Druga kota zas spi na szafie i ma wszystko gdzies.

A slonce swieci i przygrzewa mocno. Idzie wiosna?   

17:04, reine_marguerite , Knociątko
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 lutego 2009
A niech to dunder swisnie!

 
Juz zaczynala paczkowac nadzieja, a tu - masz ci los - nowy problem.
 
Treizy zostala dzis na noc w kociej lecznicy. Jesli wszystko bedzie dobrze, to odbierzemy ja jutro po poludniu.
 
Biedna mala. Dziwnie sie czuje, gdy w domu tak pusto bez tej futrzanej kulki, ale skoro trzeba...
 
Do tego popsul nam sie na amen samochod. 
 
Wszystko jest nie tak, jak mialo byc...
 
19:14, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
środa, 11 lutego 2009
Tego nie robi sie kotu...
... czyli kocich dylematow czesc druga  
 

Sytuacja wyglada tak: obie koty, Treizy i Minoute, maja po szesc lat. Najpierw do mojego jeszcze-nie-meza trafila kilkumiesieczna Minoute, a nieco pozniej - rownie mala Treizy. Potem na skutek pewnych zawirowan dziejowych obie trafily do tesciow na wies. I zadomowily sie tam bez problemow. Maja dla siebie nie tylko duzy dom, ale i ogrod. Na miejscu jest oprocz tego prawie szesnastoletnia suczka, co to niedowidzi i niedoslyszy, ale za to je za pieciu. Koty, jak to koty, gonia sie i tluka regularnie. No, moze do rekoczynow dochodzi rzadziej, ale nie obywa sie bez fukania, prychania i pokazywania zebow tudziez pazurow. Koty maja rowniez zwyczaj napadac na siebie nawzajem w ogrodzie. Jak widac na powyzszym zdjeciu, bitew o miski nie urzadzaja i potrafia sie jakos dogadac, w jakiej kolejnosci przystapic do miski z chrupkami lub drugiej - z mieskiem.   

Jeszcze w zeszlym roku postanowilismy zabrac do siebie Treizy. Minoute nie lubi mieszkan: kiedys regularnie "oblewala" katy, mimo ze zawsze byla okazem zdrowia i nie miala problemow z nerkami. Najwyrazniej nie podobalo jej sie, ze siedzi zamknieta zamiast ganiac jak inne koty. Zarowno zima, jak i latem, wychodzi czesto na dwor i potrafi wloczyc sie nawet noca, ale zawsze wraca do domu. 

 

Obie sa pieszczochami, ale Treizy to po prostu piesek w kociej skorze. To jej chodzenie za nami, wyczekiwanie w oknie na nasz przyjazd, to miauczenie pod drzwiami, ktore slychac na klatce schodowej, to jej mruczenie, gruchanie i miaukotanie, jej laszenie sie i chec na pieszczoty, jej "psia" wiernosc i spanie razem z nami w lozku... idealny kot dla tych, ktorzy lubia miec wiecznie zajete kolana. Jej nie trzeba specjalnie prosic i wkradac sie w laski. Sama chetnie przychodzi i glosno domaga sie uwagi. Mysle, ze jest zadowolona z tego, ze wreszcie znajduje sie w centrum zainteresowania i ze wszystkie pieszczoty przeznaczone sa tylko dla niej. A mieszkanie jest jej terytorium i tylko jej. Nie ma Minoute, z ktora sie nawzajem zaczepiaja, i nie ma psiny, z ktora tez nieraz dochodzi do lagodnych sprzeczek.

Jadac do rodzicow Samuela, zabieramy Treizy ze soba. Ona zle znosi samotne siedzenie w domu. Musi miec towarzystwo i tylko wtedy czuje sie dobrze. Niczego nie niszczy ani nie psuje, choc czasem zdarza jej sie puscic pawia w roznych zakatkach domu, ale to drobiazg. Jazde samochodem znosi w miare dobrze, choc w drodze niemalo koncertuje. Mysle, ze przyzwyczaila sie do obu domow i moze - kto wie - wszystko jej jedno, gdzie mieszka. Faktem jest, ze u tesciow nie spi na lozku, u nas kladzie sie tam gdzie chce, czyli z nami. A konkretniej: na kims z nas. Dobrze, ze jest lekka i mala...

Wiem, ze dobrze czuje sie w obu miejscach i ze lubi wychodzic na dwor. Dlatego zastanawialam sie, czy zawiezc ja wiosna do tesciow (i zostawic na wsi do jesieni), czy tez trzymac w naszym mieszkaniu z patio. Byc moze wszystko jej jedno i wcale nie potrzebuje duzych i otwartych przestrzeni. Wiem tez jednak, ze i koty dopada nuda, zwlaszcza kanapowcow i fotelice, a ja nie chcialabym przyprawic Treizy o depresje. :-) Poza tym troche obawiam sie, ze od tego siedzenia w mieszkaniu przytyje, mimo ze je niewiele.

Szkoda mi wydawac ja na wies. Mnie bardzo by jej brakowalo. Poza tym druga kota daje sie nieco tesciom we znaki, bo drapie kanape i tapety, co oczywiscie nie wzbudza niczyjego entuzjazmu. Zwlaszcza kiedy co dopiero przeprowadzilo sie remont. Do tego psina, ktora placze sie pod nogami i wciaz chce jesc, istny brzuch na czterech lapach. :-) Moze faktycznie lepiej bedzie, jak Treizy zostanie z nami. :-)

Mai, polskiej_japonce i Sawickiej goraco dziekuje za wsparcie i porade. :-)  

 

18:15, reine_marguerite , Knociątko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 lutego 2009
Lille mala czescia Indii

Zanim dam znac, co nowego u mnie i nim odpowiem na komentarze (dziekuje za wsparcie), najpierw - kilkanascie fotek znalezionych w jednym z folderow mojego komputera. Zdjecia zrobilam prawie dwa lata temu w Palais Rameau w Lille podczas wystawy zatytulowanej "Les fallas indiennes". Nie sa one najlepszej jakosci, niestety, za co przepraszam.  

Hiszpanskie fallas:

http://www.routard.com/mag_evenement/id_evt/169.htm

Fallas w Lille:

http://mincoin.free.fr/lille/lille2004/fallas/fallas.html

http://nicolas.delsaux.free.fr/web/Lille_2004/fete_des_fallas.php

Fallas - Palais Rameau:

http://edwoodjr.blogspot.com/2007/05/les-fallas-au-palais-rameau.html

Slonie na ulicach i inne cuda:

http://www.nordmag.fr/culture/lille3000/lille3000.htm

 

 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
środa, 04 lutego 2009
Ladna mi niespodzianka

Aby w nowym roku nie brakowalo mi rozrywki, los zafundowal mi kolejna niespodzianke chorobowa. Nie syfilis, nie wscieklizne i nie wąsy i brode...

... lecz niedoczynnosc tarczycy. 

 Moje z trudem wywalczone 57 kg pozostalo juz tylko wspomnieniem. Jestem wciaz zmeczona, bez energii, zdolowana i przemarznieta, choc dom nie iglo, cieplo jest.  

Energii mi brak, mam za to: kilogramow w nadmiarze (moge sie nimi podzielic, sa chetni?), cere blada jak u upiora i ogolne rozmemlanie. 

Na stole obok sniadania pojawia sie wiec codziennie gorka lekarstw: ten na astme, ten na tarczyce, ten na depresje, tamten na bol brzucha, i do tego pigulka. Byle nie zapomniec tej ostatniej - jeszcze by mi tego brakowalo, bym "zaciazyla"! Kamien u szyi i w wode.

Rosnie zatem w sile moj zyciowy dorobek. Czego to ja juz nie mialam: chorych nerek (juz OK), alergii pokarmowej, problemow jelitowych... Teraz mam astme i klopoty z tarczyca. A to jeszcze nie wszystko, pominmy jednak milczeniem drobiazgi.

Mimo wszystko mam jednak zdrowe nogi i rece, zdrowy kregoslup i poki co, glowe na karku i niezmacony umysl. To juz cos. 

Ach, zapomnialabym: mam tez wspanialego toubiba (tzn. lekarza zwanego rodzinnym). Monsieur Philippe, na ktorego zartobliwie mowie: Monsieur Fifi. Order to za malo za jego zaslugi, jakies mauzoleum by sie przydalo, moze go zglosic do Panteonu? ;-) Z takim lekarzem moge zniesc jeszcze z dziesiec innych chorobsk.

Jak sie pojawi cos nowego, to dam znac. Tyle jeszcze mozliwosci przede mna! 

Reine-Marguerite-jeszcze-nie-hipochondryczka  

19:30, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 lutego 2009
Z gracją słonia... to o mnie
Bedac z niedzielna wizyta u jeszcze-nie-tesciow, czuje sie - choc realnego zagrozenia brak - niczym Elzbieta, sasiadka Hiacynty z serialu "Keeping up appearances", zapraszana na herbatke podana w starozytnej rodowej porcelanie Bukietowej. Nakrywanie do stolu tudziez sprzatanie po posilku, a juz zwlaszcza manipulowanie kieliszkami, staje sie dla mnie zrodlem stresu. Za kazdym razem zastanawiam sie bowiem, kiedy cos stlucze, upuszcze, rozleje, przewroce itp. Do tej pory co prawda jeszcze nie spowodowalam katastrofy, ale predzej czy pozniej wywine jakis numer. Nie da sie ukryc, ze gracji, lekkosci i klasy mam tyle, co slon w skladzie porcelany.

U nas w domu wytluklam juz prawie wszystkie kieliszki, a co gorsza nawet te, ktore dostalismy w prezencie na swieta. W jednym obtluklam nozke, a dwa stracilam lokciem na ziemie po wytarciu. Pozostale kieliszki padly trupem najprawdopodobniej w trakcie mycia lub wstawiania do szafki. Trudno uwierzyc, ze kobieta moze byc tak niezgrabna i nieuwazna, prawda?

Podobnie rzecz ma sie z ubraniami. A to zrobie plame z przodu na bluzce, a to utytlam kawalek rekawa, a to czyms prysne, a to cos upuszcze na spodnie. Istne prosie. Och, nie zdarza sie to codziennie, ale jednak. Rzadko przytrafia sie innym domownikom, a prawie zawsze mnie. Cale szczescie, ze nie obracam sie w wielkim swiecie celebrytow i innej arystokracji, wiec i powodow do wstydu mniej. Dobrze chociaz, ze jako osoba wystarczajaco obdarzona rozumem, a przy tym taktowna, nie strzelam gafami na prawo i lewo. 

Ostatni popisowy numer wycielam w zeszlym roku podczas weekendu spedzonego u znajomej rodziny pod Dusseldorfem. Wazna informacja: dla mnie bylo to pierwsza wizyta. Drugi dzien pobytu - oto zasiadamy wszyscy do poznego sniadania w ogrodzie: ja z moim chlopem, jego brat z dziewczyna, moi przyszli tesciowie i rodzina gospodarzy: pan i pani domu oraz ich dwaj dorosli synowie. Niemieckie sniadanko: chrupiace buleczki, ser, wedliny, itp. Calkiem jak w Polsce. I oto ja siegajac po talerz z serami, przewrocilam dzbanuszek z mlekiem... Na serwecie piekna plama, na podlodze plama i wstyd taki, ze nic tylko sie pod ziemie zapasc i juz nie wrocic. Zrobilo sie male zamieszanie, a ja czerwona jak burak zabralam sie z pomoca pani domu za usuwanie szkod. Mimo zapewnien przemilej Irene, ze to drobiazg i nic sie nie stalo, dla mnie bylo oczywiste: no to sie pieknie popisalam! Istna mistrzyni subtelnej gracji i niewyslowionej zrecznosci!

Chcialam jeszcze napisac o tym i o owym, troche rodzinnie, a troche o mnie i samokrytyke do konca doprowadzic, lecz obowiazki wolaja. Nie samym blogiem czlowiek zyje. 

Zamiast elukubracji - kilka zimowych zdjec prosto ze wsi.  

 
 
 
 
 
12:46, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 lutego 2009
Kocie dylematy
Podpatrywanie, szpiegowanie, sledzenie - to oprocz jedzenia, spania i przytulania - ulubione zajecie Treizy. W swoim poprzednim wcieleniu byla zapewne albo szpiegiem z Krainy Deszczowcow, albo panienka z okienka. ;-) Nasze mieszkanie znajduje sie na parterze, tak nisko, ze w zasadzie moglibysmy wchodzic do srodka przez okno. Knociatko siada wiec codziennie przy oknie i obserwuje. Niewiele sie tu dzieje, bo to slepa uliczka. Jak juz kiedys wspomnialam, na jej koncu znajduje sie wielka brama, a za nia szkola. Treizy interesuje jednak wszystko: poczawszy od wielkiej smieciarki, przez brodatego listonosza na rowerze, a na nielicznych przechodniach konczac. Wieczorami wyczekuje tez swojego pana i bezblednie odgaduje warkot samochodowego silnika. Wlasnie ten, a nie zaden inny. Kiedy wracamy z pracy, czeka przy drzwiach niczym wierny piesek i czesto, zanim jeszcze zdazymy otworzyc drzwi, dochodzi do nas stesknione miauczenie kociej damy. 

Wczoraj pojechalismy z wizyta do rodzicow Samuela. Zabralismy ze soba Treizy, ktora koncertowala przez cala droge. A my od czasu do czasu jej wtorowalismy. ;-) Po przyjezdzie na miejsce kocia panna wybrala sie na wycieczke po okolicy, zakonczona sjesta w naszym lozku (razem z nami). Wieczorem zas, przed powrotem do domu, odbylo sie polowanie na kota. Po zlokalizowaniu zwierza przystapilismy we dwojke do dziela:

- Stan na bramce. Tylko nie wpusc gola - rzucil moj nie-miauzonek. - A ja wygonie ja spod lozka.

Trafiony zatopiony. Treizy nie zdazyla uciec i wpadla w pulapke, czyli prosto w moje rece. Wpakowana do kontenerka glosno zaprotestowala, a jej narzekania trwaly znow prawie cala powrotna droge. Kochana Treizy, na szczescie ma krotka pamiec. W nocy, jak zwykle, spala z nami. Nie ma mowy o spaniu tylko we dwoje, potrzebna jest kocia przyzwoitka. Jesli czasem zdarzy sie, ze spie na kanapie, bo moj jeszcze-nie-maz akurat chrapie ponad miare (nawet stopery w uszach wowczas nie pomagaja), Treizy przybiega do mnie. Ot, kobieca solidarnosc. Uwielbiam ja - jej mieciutkie blyszczace futerko, ogromne oczy, jej gadatliwosc i "przylepnosc", jej szorstki jezyczek, gdy lize moje dlonie, jej gruchanie i nawolywanie, gdy potrzebuje bliskosci i pieszczot. Lubie, jak kreci sie po kuchni, gdy przygotowuje posilek, a ona glosno domaga sie smakolykow. Lubie, gdy wskakuje na kolana i z luboscia wlasciwa kotom mosci sie wygodnie, mruczac przy tym ze szczescia. Lubie, jak mruzy swe migdalowe oczy i ociera sie lebkiem, jak z gracja bawi sie sznurkiem czy korkiem od butelki. Ilez ona daje nam radosci! 

Tak sobie jednak mysle, ze na wiosne i lato powinna wrocic na wies. Jest mi przykro, gdyz moze wychodzic jedynie na nasze malenkie podworeczko. Na wsi ma dla siebie caly ogrod. Dalej sie nie zapuszcza, jest troche niesmiala i strachliwa. Z drugiej strony, ogromnie lubie jej obecnosc i bylaby to dla mnie spora strata. Poza tym na wsi druga kota, Minoute, walczy z nia o terytorium zarowno w domu, jak i w ogrodzie. Nie ma dnia bez awantury.

Moze jakies rady? Pomozecie? Trzymac kota w mieszkaniu wiosna i latem czy puscic z powrotem na wies? ;-)  

20:44, reine_marguerite , Knociątko
Link Komentarze (3) »
Na dalekiej Polnocy tez czasem pojawia sie lato
 
Kilka letnich wspomnien - moja prowincjonalna (bez negatywnych skojarzen) starowka w Valenciennes. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka