La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
piątek, 29 lutego 2008
Kazdy pod rękę z homarem ;-)

Poniewaz Ola zapytala mnie w komentarzu, jak dlugo pomieszkiwalam na tzw. "lazurach", spiesze z wyjasnieniami. :-) W "domu" z przepieknym widokiem na morze spedzilam dwa miesiace, lecz moja przygode z Cap d'Antibes (mowa wlasnie o tym zakatku Lazurowego Wybrzeza) wspominam raczej niechetnie, bo na gospodarzy trafilam raczej nieszczegolnych. Ale to osobna historia. Nieco pozniej przenioslam sie do miejscowosci o nazwie Golf Juan, w bliskim sasiedztwie Cannes. Tak bliskim, ze mozna tam bylo dojechac rowerem, trasa szybkiego ruchu prawie ze nad samym morzem. Tam zostalam do konca mojego pobytu w departamencie Alpes Maritimes, co mialo miejsce pod koniec marca 2005 roku. W tym czasie na pamiec poznalam trase "blaszanego" pociagu do i z Nicei. :-)

Od samego poczatku mialam swoj pokoik na poddaszu (ktory byc moze kiedys byl czyms w rodzaju pokoiku dla sluzby ;-)) z malenkim okienkiem w dachu, wychodzacym na wzgorza. Widok na morze dostepny byl od drugiej strony pieknej XVIII-wiecznej willi. Zdjecie zrobilam, stojac wieczorem (a byl to poczatek listopada) na wielkim tarasie.

Bochenek chleba - rzecze Mors -
Jest tym, czego nam trzeba,
Przydadza sie tez ocet i pieprz,
Jak rowniez maslo do chleba.
Czyscie gotowe juz, lube Ostrygi?
No to smacznego!


To wlasnie tam po raz pierwszy skosztowalam takich nieznanych mi francuskich przysmakow, jak malze, langusty, ostrygi, kraby, osmiorniczki, coquilles de Saint-Jacques, krewetki i inne cuda-niewidy. A, bylabym zapomniala - takze i slimaki. Nie wypadalo mi odmowic, poniewaz zostalam zaproszona na kolacje przez moich owczesnych gospodarzy, ktorzy takimi oto wykwintnymi potrawami postanowili sprawic mi przyjemnosc. Zastanawiam sie, jak to mozliwe, ze nigdy wczesniej nie skosztowalam nawet krewetek, choc - jak przypuszczam - byly ku temu jakies okazje. Mniejsza z tym.

Malze przyrzadzone a la provencale zadowolily moj wybredny zoladek. Z trudem przelknelam natomiast oslizgle, jak dla mnie, ostrygi (wydlubywane - o ile sobie dobrze przypominam - srebrnym widelczykiem... cos tam sie chyba tez wysysalo... ;-)), a slimaki ledwie skubnelam. Mieso kraba i same krewetki okazaly sie zjadliwe, a calosc podlana dobrym winem, w towarzystwie pysznych francuskich serow, dala mi jako takie pojecie o tych specjalach francuskiej kuchni, ktore do tej pory znalam tylko z legend. ;-)

Niestety, znajomosc z ostrygami zakonczyla sie towarzyskim zgrzytem. Nastepnego dnia moj zoladek - przez ktory w jeden wieczor przeszly takie egzotyczne kurioza kulinarne - odmowil posluszenstwa. Caly bozy dzien przelezalam wiec w lozku jak betka w towarzystwie dreszczy, goraczki, nudnosci i objawow grypopodobnych. Postawilo mnie na nogi dopiero cale opakowanie Fervexu w saszetkach. Pod wieczor mialam juz lepsze samopoczucie, a nastepnego dnia wstalam z loza bolesci niczym nowo narodzona. :-)

Z cala pewnoscia wszystkie "owoce morza" byly swieze, ale dla nieprzyzwyczajonego zoladka slowianskiej "parweniuszki" okazaly sie raczej malo strawne. A zwlaszcza slynne ostrygi, ktore ponoc sa tak lubianym przez Francuzow przysmakiem. Juz wiem, ze rozdzial z ksiazki kulinarnej pod haslem "Ostrygi" jest dla mnie raz na zawsze zamkniety. ;-) Z powodow etycznych nie tkne rowniez biednych slimakow. Szkoda mi rowniez krewetek i innych morskich zyjatek. Jako niepelnowartosciowa wegetarianka (gdyz niestety wciaz jem ryby, nie znajdujac innego substytutu zdrowych tluszczow i zrodla "dobrego" bialka) staram sie, aby "dzieci" Matki Natury z krolestwa Fauny nie ladowaly na moim talerzu. Trudno, gdyby zamilowanie do ostryg, zabich udek i slimakow bylo podstawowym kryterium umozliwiajacym osiedlenie sie we Francji, z cala pewnoscia zostalabym skazana na opuszczenie terytorium kraju nad Sekwana jako osoba nieprzystosowana i niezintegrowana. :-) A wiec nie rokujaca jako przyszly "zabojad". :-)

Ciesla powiedzial: "O, Ostrygi,
Mila to byla przechadzka!
Nie potuptalibysmy do domu?"
Lecz zadna rownie gracka
odpowiedz nie padla: i nic dziwnego,
Bo wszystkie zjedli znienacka.

Polecam jeszcze kadryl z homarami. ;-) Do poczytania, oczywiscie. ;-)


poniedziałek, 25 lutego 2008
"Spieprzaj, dziadu!" - tym razem po francusku?

Nie moglam sie powstrzymac... wklejam z usmieszkiem na twarzy. ;-)

"Pauvre con va", glisse un Sarkozy vexé à un homme qui l'offense

Extravagances

Polemique


"Casse-toi, casse-toi alors! Pauvre con va..." - czyli po naszemu: "Spieprzaj, dziadu!" ;-)

piątek, 22 lutego 2008
Juz prawie ostatki...

... prawie, gdyz z tej czesci Francji mam jeszcze do pokazania (oprocz ponizszych)... uwaga, uwaga... slownie dwa zdjecia. Reszta, jak juz wiadomo, przepadla.




To nie teatrzyk cieni, tylko widok z mojego okna (tzn. nie mojego, tylko takiego "zapożyczonego", w ramach czasowego lokum). Cap d'Antibes, poczatek listopada 2004. Widoki zmienily sie dwa miesiace pozniej. Bez wiekszego zalu z mojej strony.



Na te miniplaze (ponizej) przychodzilam, by taplac sie w lodowatej wodzie. W styczniu. Temperatura wody nie zachwycala, za to zachwycalo ciepelko i mocne - jak na te pore roku - slonce.




niedziela, 17 lutego 2008
Nigdy dosc urokow Antibes...



Kolejny "pstryk" z widokiem na bastion Saint-André w starej czesci Antibes. Zdjecie pochodzi bodajze z listopada 2004 roku (choc rownie dobrze moze byc mlodsze o jeden lub dwa miesiace). Jest to, jak juz wspominalam, jedna z nielicznych ocalalych fotek, z tej samej rolki, z ktorej pochodza zdjecia z Dijon i okolic (tez rok 2004). Reszta zdjec przepadla bezpowrotnie. Tak bywa...

Przejrzawszy albumy, stwierdzilam, ze w zasadzie zdjec z Francji mam niewiele, zwazywszy na to, jak dlugo juz tu mieszkam. Braki w sprzęcie to jedna sprawa, a dobre checi i czas wolny to druga.

W zwiazku z tym... polecam jedynie zdjecia znalezione gdzies w roznych zakatkach Internetu. ;-)

Fotki z Antibes

Fotki z Antibes - cz. 2

Fotki z Antibes - cz. 3

Site officiel de la ville d'Antibes Juan-les-Pins

L'Office du tourisme d'Antibes Juan-les-Pins

http://www.antibesjuanlespins.com

http://www.provenceweb.fr/f/alpmarit/antibes/antibes.htm


czwartek, 14 lutego 2008
Wypisy z lazurowego pamietniczka ;-)



Jedno z pierwszych zdjec, jakie zrobilam po przyjezdzie na Lazurowe Wybrzeze. :-) Zdarzylo sie to gdzies w sierpniu 2004 roku. Byl to moj pierwszy w zyciu krotki, bo kilkudniowy, wypad na poludnie Francji, nad Morze Srodziemne. Zaproszona na kilka dni, wsiadlam po raz drugi w moim zyciu (kiedys musialo to nastapic, jazda pociagami wciaga ;-)) do TGV relacji Dijon - Marsylia, i po kilku godzinach podrozy wyladowalam w Antibes. Co widac na zalaczonym obrazku. :-)

Morze faktycznie okazalo sie lazurowe (nie do pomyslenia, by moglo byc inaczej), pelno ludu na plazach i wszelkich skrawkach ladu nadajacych sie do lezenia plackiem, niebo bezchmurne, temperatury jak to nad Morzem Srodziemnym, palmy i cytrusy na wyciagniecie reki ;-D, upojne granie cykad...

Kiedy powtornie przybylam do Antibes - 1 listopada 2004 roku - na plazach nie bylo juz sladu po wakacyjnych tlumach (choc nie brakowalo calorocznych amatorow lodowatych kapieli), do tego wiatry i ulewne deszcze przez prawie caly miesiac niczym w porze deszczowej... dojazdy pociagiem do Nicei... A trzeba wiedziec, ze trase (mniej wiecej) od Mandelieu La Napoule az do Monako pociag pokonuje (prawie) nad samym morzem... Wiadomo, bajkowe widoki i tak dalej... "Gdy sie mialo szczescie, ktore sie nie trafia..." ;-) Tak, tak... doprawdy la France est un pays magnifique... :-)

A do tego w niedziele posiedziec na La Croisette w Cannes (tez mi przyjemnosc, skoro wszedzie tlumy jak w okresie swiatecznych zakupow, a wkolo tyle innych urokliwych zakatkow) w nadziei, ze moze gdzies pojawi sie Paris Hilton albo jaka inna "gwiezdzina". ;-)

Tak bywa, lecz fortuna kolem sie toczy... 1 stycznia 2005 nad ranem (a moze raczej w poludnie), juz po sylwestrowej zabawie, zlamalam najmniejszy palec u nogi, biegajac na bosaka po jakims duzym jachcie. Nie moim, oczywiscie. :-)


niedziela, 10 lutego 2008
Trzy rolki na nic



Trzy rolki filmow z czasow mojego prawie polrocznego pobytu na Lazurowym Wybrzezu (juz ladnych pare lat temu), a z tych trzech rolek ocalalo moze 10 zdjec... Gorzej byc nie moglo, ale to wlasnie wowczas moj aparat fotograficzny podlozyl mi najwieksza swinie wszech czasow. Po powrocie "na stare smieci", do Strasburga, okazalo sie bowiem, ze wszystkie filmy sa przeswietlone...

Zostala mi za to cala masa wspomnien (dobrych i zlych) i sporo zabawnych, a nawet dramatycznych historii (takze ze mna w roli glownej). ;-)

Tylko tych zdjec szkoda, bo tyle sie najezdzilam - od Saint Raphael
po Monako, plus jeszcze l'arriere-pays (np. Vence)...

czwartek, 07 lutego 2008
Mialo byc ekscytujaco, a wyszlo jak zawsze...
... mam na mysli zdjecia. :-) Mimo wszystko polecam wieczorne "powłóczyny" po Lille. Tak przy okazji, gdyby ktos sie zapuscil w takie "dzikie" rejony Francji. ;-)



Rue Nationale z widokiem na Grand' Place... Mam swoje ulubione trasy (jak zwykle zreszta) i w zasadzie moglabym "robic za" patrol miejski. :-)



Lubie gre swiatel i kolorow na glownym placu w Lille. Wieza w tle byla w tamtej chwili podswietlona na niebiesko. :-)





Na cokole - bogini (La Justice - czyli sprawiedliwosc), ktora ja na wlasny uzytek nazywam statua "prawa i sprawiedliwosci". ;-)



Ze schodow przy Theatre du Nord rozposciera sie malowniczy widok na caly plac... Kiedy sie z kims umawiam (plac jest punktem zbiorek wszystkich mieszkancow Lille ;-)), to przychodze nieco wczesniej (chyba ze pogoda nie pozwala) i siedze na tych wlasnie schodach. I podziwiam, obserwuje, podpatruje... :-)






wtorek, 05 lutego 2008
Z bialym winem latwiej o wlasciwy dobor slow ;-)

Oprozniam butelke bialego wina z alzackim rodowodem (a jakze), przez sluchawki na uszach saczy sie (a moze raczej dudni) jakas muza rodem z lat 80., a ja przed komputerem - bo jak inaczej - oddaje sie pracy nad tlumaczeniem ksiazki. Ksiazki, ktora - jak mniemam - ukaze sie za jakis czas w kraju nad Wisla.

Nie pisuje ostatnio ze wzgledu na rozne zawirowania, ktorym podlega moje i tak juz niespokojne zycie. Zastanawialam sie juz nad roznymi wariantami: a to czasowa emigracja do Brytfanii lub - nieco dalej - do Irlandii, a to wyjazd do bardziej egzotycznych krajow (jako tlumacz), a to przeprowadzka do jakiegos innego zakatka Francji. Musze przyznac, zrobil sie niezly metlik, a jesli do tego dolozyc jeszcze perypetie sercowe (ale to nie nowosc), to wychodzi niezla mieszanka wybuchowa.

Tak sobie jednak mysle, ze opcja Lille zdaje sie najbardziej prawdopodobna, chyba ze los zdecyduje inaczej. W gre wchodzi jeszcze Paris Paris (a jakze) i moje prowincjonalne Nancy. :-) Musze przyznac, ze do Lille sie przyzwyczailam i juz nie doprowadzaja mnie do lez smetne ceglane domy i wiecznie zachmurzone niebo.

Wzielam sie za to za wlasne zdrowie i uporzadkowalam pewne nie cierpiace zwloki sprawy. Nareszcie. Ciagle mam w perspektywie utrate zbednych 10 kilogramow (tak, tak, to efekt zaniedban zdrowotnych), gdyz nic tak nie doprowadza mnie do bialej goraczki jak fakt, iz nie mieszcze sie w wiekszosc ulubionych ciuchow, zwlaszcza tych na letnia pore.

Odswiezam angielski, bo stal mi sie prawie niezbedny w codziennej egzystencji. :-) Bez przesady, francuski wciaz pozostaje jezykiem urzedowym nad kanalem La Manche, nie da sie jednak ukryc, ze nie wystarcza, by porozumiec sie z reszta cywilizowanego swiata. ;-)

Odebralam na poczcie przesylke z ksiazka - poklosiem majowej konferencji, na ktorej wystapilam z wlasnym przemowieniem. ;-)

Szukam chetnych wydawnictw dla kilku francuskich ksiazek, ktore z wielka ochotą chcialabym przetlumaczyc.

Poza tym staram sie uporzadkowac wlasne zycie i ustalic priorytety wedlug nastepujacych kryteriow: to, co wazne i pilne. Reszta moze na razie poczekac. :-) A z tym od zawsze bywaly klopoty.

Wiele bym dala, zeby znalezc troche wiecej czasu i skrobnac od czasu jakas notke, ktora zechcialby w calosci przeczytac potencjalny czytelnik. :-) Obiecywanie poprawy raczej nic nie daje, bo kto mnie dobrze zna, ten wie, ze z dotrzymywaniem slowa u mnie nie najlepiej, podobnie jak z mniej pilnymi terminami. Kajam sie, ale bez skutku, jak widac. :-/

A w "L'humeur vagabonde" (France-Inter) - fragment reportazu o pociagu kursujacym na poludniu Francji, w departamentach 04 i 06, miedzy Digne a Nicea... Ech, przypomniala mi sie wrzesniowa podroz (3 lata temu) w Alpy do Val d'Allos i jazda lokalna koleja posrod dzikiego krajobrazu... :-) Jak malo czlowiekowi wystarcza, by cofnac sie w jednej chwili o kilka lat wstecz...

Jakas w tym zasluga bialego wina, to na pewno... ;-)

PS. Poza tym jest jeszcze jakas inna plaga egipska: po co odzywaja sie do mnie "upiory z przeszlosci", czyli dawni absztyfikanci z czasow, gdy jeszcze chodzilam do liceum, lub wowczas gdy stawialam pierwsze kroki we Francji?


O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka