La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 27 lutego 2007
Lille - migawki ze starego miasta


Wrzucam dzis serie zdjec ze starowki - sprzed kilku dni. Lille nabiera ogromnego uroku wieczorem, a takze - paradoksalnie - przy niepogodzie. Gdy kropi deszcz, a na niebie zbieraja sie klebiaste, grozne chmury. Wlasnie wtedy Lille pokazuje sie od tej lepszej strony. Reklamy miastu nie robie, poniewaz jest brudne i zasmiecone (niestety), a spacer po waskich uliczkach odnowionej starowki utrudnia slalom miedzy zaparkowanymi na chodniku samochodami. Da sie tu zyc... ale do Strasburga miastu daleko. ;-) Trzeba jednak przyznac, ze tutejsza starowka ma swoj urok...

http://margharita.blox.pl/html

piątek, 23 lutego 2007
Tanie smieci

Uslyszalam dzis w radiu krotka rozmowe z endokrynologiem. Ponad trzy i pol miliona doroslych mieszkancow Francji jest otylych. Kiedys zreszta przytaczalam dane z "Le Monde" na temat epidemii otylosci w kraju nad Sekwana, nie bede sie wiec na ten temat rozpisywac. Lekarz zwrocil jednak uwage na cos istotnego: zdrowa zywnosc kosztuje duzo wiecej niz jedzeniowe "smieci". I nie mial tu na mysli specjalnych produktow bio, ale zwyczajne warzywa, owoce, ryby etc. Oczywiscie nie odkryl Ameryki, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, ze duzo prosciej i taniej jest byc grubym niz zdrowym, szczuplym i wysportowanym.

Zrobilam dzis wieksze zakupy w Auchan. Kupilam glownie zielenine: salate, pomidory, zielone ogorki, pomarancze i jablka, do tego brzoskwinie w puszce i jakies kielki. Plus oczywiscie bialy serek, jogurty, chleb itp. Jestem wegetarianka, a do tego rozpoczelam (na czas Wielkiego Postu) walke z moja slaboscia do slodyczy. ;-) Nie kupuje wiec miesa ani wedlin, bo ich nie jadam. Slodycze poszly w kat - z daleka omijam regaly wypelnione smakolykami. Ryby i ewentualnie owoce morza odstraszaja swoimi cenami. Warzywa i owoce drogie, jak gdyby musiano je sprowadzac z innego kontynentu.

Za moje zakupy zaplacilam tyle, ze malo nie jeknelam przy placeniu rachunku. Wyszloby o wiele taniej, gdybym zamiast warzyw kupila chipsy, mrozona pizze, cole, wielka pake paczkow albo rogalikow w promocji oraz inne swinstwa. Moglabym jeszcze dorzucic jakies miecho i wedliny, a rachunek i tak bylby nizszy.

Jak tu sie zdrowo odzywiac, gdy wszystko tak cholernie drogie?! Bordel de merde!

czwartek, 22 lutego 2007
Wszystko mi mowi, ze mnie ktos pokochał



(Milan Kundera, Niesmiertelnosc, tlum. z francuskiego Marek Bienczyk, PIW 2002)

Pour conclure une lettre, un Français vous écrit: "Veuillez agréer, cher Monsieur, l'assurance de mes sentiments distingués." Quand j'ai reçu pour la première fois une telle lettre, signée par une secrétaire des Éditions Gallimard, je vivais encore à Prague. De joie, j'ai sauté au plafond: à Paris, il y a une femme qui m'aime! Elle a réussi, dans les dernière ligne d'une lettre officielle, à glisser une déclaration d'amour! Non seulement elle éprouve pour moi des sentiments, mais elle souligne expressément qu'ils sont distingués! Jamais une Tchèque ne m'a rien dit de pareil!

Bien plus tard, quand je me suis installé à Paris, on m'a expliqué que la pratique épistolaire offre tout un éventail sémantique de formules de politesse; elles permettent à un Français de choisir, avec une précision de pharmacien, le sentiment qu'il veut, sans l'éprouver, exprimer au destinataire; dans ce très large choix, les "sentiments distingués" représentent le plus bas degré de la politesse administrative, confinant presque au mépris.

Ô France! Tu es le pays de la Forme, comme la Russie est le pays du Sentiment! C'est pourquoi un Français, perpétuellement frustré de ne sentir aucune flamme brûler dans sa poitrine, contemple avec envie et nostalgie le pays de Dostoïevski, où les hommes tendent aux autres hommes des lèvres fraternelles, prêts à égorger quiconque refusera de les embrasser. (S'ils égorgent, d'ailleurs, il faut immédiatement leur pardonner, car ils ont agi sous l'emprise de l'amour blessé, et Bettina nous a appris que l'amour disculpe celui qui aime. Cent vingt avocats parisiens, au moins, seraient prêts à louer un train pour Moscou, afin de défendre l'assassin sentimental. Ils ne seront pas poussés par quelque sentiment de compassion (sentiment trop exotique, peu pratiqué dans leur pays), mais par les principes abstraits qui sont leur unique passion. L'assassin russe, qui ne sait rien de tout cela, se précipitera après l'acquittement sur son défenseur français pour le serrer dans ses bras et baiser ses lèvres. Effrayé, le Français reculera, le Russe offensé le poignardera, et toute l'histoire se répétera comme la comptine du chien et du boudin.)"

Milan Kundera, "L'immortalité", Gallimard, 1990


15:11, reine_marguerite , Cytatnik
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 lutego 2007
Szaro i buro

Smetnie i ponuro. Oto campus uniwersytetu im. de Gaulle'a z siedziba w rownie ponurej, "blokowej" czesci Villeneuve d'Ascq na peryferiach Lille (na poludniowy wschod od centrum). Ogromny kompleks niskich budynkow pamietajacych pewnie jeszcze lata siedemdziesiate, ze swoja platanina dlugich korytarzy, schodow, "lacznikow" oraz sal, od malutkich poczawszy, a na wielkich "amfiteatrach" konczac.




Po prawej stronie biblioteka uniwersytecka, w ktorej tydzien temu zalalo czesc ksiegozbioru. A wszystko z powodu prac remontowych. Dlugotrwale przesiadywanie na drugim pietrze w czytelni tuz pod dachem grozi wychlodzeniem organizmu. W ostatecznosci zas: zawaleniem sie dachu prosto na glowe. ;-)



Kiedy ktos mnie pyta, gdzie mieszkam, odpowiadam: w okolicy wiezy telewizyjnej. Prawie ze pod wieza. ;-) Widac ja zarowno z autostrady (wjazd od granicy belgijskiej), jak rowniez z okien TGV na linii Paryz-Lille. Na zdjeciu: po lewej stronie (tym razem slabo widac).



A te paskudztwa w tle to bloki pobliskich osiedli. Wyjatkowo szpetne, zaniedbane, szare i odrapane. Jak prawie wszystkie inne blokowiska. Od czasu do czasu pstrykam zdjecia co ciekawszych "okazow" architektonicznych. Jesli wylowie jakas perelke, to udostepnie ja calemu swiatu w postaci fotki na blogu. ;-)



Jeszcze tylko pare miesiecy, a ten widok bedzie juz tylko wspomnieniem. Byle nie zapeszyc. Marzy mi sie juz nawet nie powrot do Strasburga (za ktorym faktycznie tesknie), lecz przeprowadzka do duzo mniejszego, ale uroczego Nancy. Bylam, jestem i bede fanka Lotaryngii, o ktorej moglabym napisac niejeden pean. Podobnie rzecz ma sie z Alzacja.

Pean na czesc Nord-pas-de-Calais napisze quand les poules auront des dents. ;-)

Choc podobno to nie tak straszny region, jak go opisuja...


poniedziałek, 19 lutego 2007
Znalezione w sieci - fotografia à la française

http://www.yannarthusbertrand.com/

(Strona takze w jezyku angielskim).

Link do arcyciekawych zdjec, ktorych autorem jest Yann Arthus-Bertrand. Swoja droga, gdybym nie wiedziala, ze jest to mezczyzna szesdziesiecioletni, powiedzialabym, ze ma zapewne jakies trzydziesci pare lat. A wszystko dlatego, ze Bertrand ma niezwykle mlody, radiowy i seksowny (tak, tak!) glos... ;-)

Wystawa jego zdjec z serii "La terre vue du ciel" (czyli tlumaczac w sposob dalece swobodny: "Ziemia z lotu ptaka", a literalnie: "Ziemia widziana z nieba") odbedzie sie w Lodzi miedzy 15 maja a 17 lipca biezacego roku.

Na stronie internetowej znajdziemy np. portrety Francuzow: jest tam i pani ginekolog, i aktorzy filmow X, i wasaty zandarm, i panie listonoszki (tfu, doreczycielki ;-)), i kasjerki z supermarketu, i glowna gwiazda - niezyjacy juz Monsieur le Président de la République, François Mitterrand.

No i oczywiscie bestiariusz... :-) Konie, swinki, krowy, znajdzie sie nawet byczek... W drugiej czesci: kejtry i kociambry. Dowcipne ujecia sympatycznych zwierzakow i ich wlascicieli (w przypadku psow) oraz sluzacych (w przypadku kotow). A w trzeciej czesci - same konie.

A takze wspomniane juz zdjecia "z lotu ptaka". Nieznane oblicza Ziemi.

Na stronie znalezc mozna takze informacje o autorze, jego dzialalnosci (nie tylko artystycznej), ostatnie reportaze, planowane wystawy, publikacje i projekty oraz linki do stron mlodych i zdolnych fotografow:

Emmanuel Goulet
http://emmanuel.goulet.free.fr/

Laura Falla
http://www.lameraboire.com/

Franck Charel
http://franckcharel.com/index.php

Tania Wambach
http://www.suivezmonregard.fr/

Catherine van Dyk
http://www.catherinevandyk.com/

Patrick Chatelier
http://photo.voyages.free.fr/

Patrick Bertuccelli
http://www.bertuccellipatrick.com/

Fabrice Simon
http://perso.orange.fr/fabricesimon/

Pascal Debuigne
http://home.nordnet.fr/pdebuigne/

Fabio Sartori
http://www.internetlandscapes.com/

Cos dla ekologow:

GoodPlanet.org
http://www.goodplanet.org/

6 milliards d'Autres
http://www.6milliardsdautres.org/

Przepiekne zdjecia zwierzat:
na stronie GoodPlanet.org (w rubryce Vivants)

Le développement durable
http://www.ledeveloppementdurable.fr/


Yann Arthus-Bertrand raz jeszcze. Nie przeoczyc!!!
http://www.yannarthusbertrand.com/yann2/



W szponach biurokracji

Mam teraz, jak to sie mowi, prawdziwy zawrot glowy. Po pierwsze: jako jedna ze zrzeszonych musialam ostatnio zdac sprawozdanie z dotychczasowej dzialalnosci i wystepow, co w praktyce rownalo sie wypelnianiu stosu papierow oraz bieganiu tam i z powrotem od sekretariatu do sekretariatu. Nad caloscia zrzeszonych, czyli stypendystow, czuwa z bliska ktos (cos) w rodzaju Wielkiego Brata, aby nikomu nie przyszlo do glowy obijac sie, oszukiwac, krecic i wymigiwac od pracy.

Po drugie: w maju wyjezdzam na dwudniowa konferencje naukowa, w zwiazku z czym nie tylko musze dopilnowac, by zgloszenie udzialu zostalo potwierdzone przez organizatorow, ale przede wszystkim - by otrzymac pieniadze na sam wyjazd. Co wcale nie jest takie pewne. A na dodatek nie jest proste. I znow przede mna gora papierow do wypelnienia, wnioski, prosby, listy polecajace etc. Nie mowiac juz o tym, ze trzeba zasiasc na tylku i wysmazyc stosowny referat do wygloszenia na owej konferencji. Bo przeciez o to tak naprawde chodzi.

A po drodze jeszcze jedna konferencja... :-)

Po trzecie: w tym tygodniu uplywa termin skladania podan o stypendium doktoranckie. I znow gora papierow, wnioski, listy motywacyjne, zyciorysy, lista publikacji, szczegolowy plan pracy (co juz zrobione, co zostalo do zrobienia itepe itede)... Glowa puchnie...

Po czwarte: jako zrzeszona mam prawo do zakupu sprzetu komputerowego na koszt szanownego rzadu francuskiego, ktoremu bije poklony oraz skladam wyrazy glebokiej czci. Z
eby nie bylo watpliwosci: rzad przeznaczyl dla kazdego zrzeszonego okreslona sumke, nie ma wiec mowy o kupnie np. skanera za 1500 euro ;-)). Komputer juz mam, drukarke mam (kupione z wlasnych funduszy), przydalby sie natomiast skaner i moze jeszcze jakis "drobiazg". Bardziej jednak niz o skanerach i innych bajerach marze o specjalistycznych slownikach, ktore w ksiegarniach osiagaja kosmiczne ceny (jak chocby Le Grand Robert na CD), a na ktore nie stac mnie z mojej skromnej pensji. Zeby wiec pozwolic sobie na zakup dodatkowych slownikow, musze wystapic z prosba o dofinansowanie... I znow stos papierow do wypelnienia. Milion listow do napisania. I az mnie skreca, kiedy po raz enty mam napisac cos w rodzaju: "Que Votre Altesse daigne agréer l'assurance de mon profond respect. Prosternée aux pieds de Votre Altesse, j'ai l'honneur d'etre avec le plus grand respect, Sire / Madame, de Votre Majesté, le très humble et très fidele serviteur. Je vous prie d'agréer l'expression de ma respectueuse considération... etc. etc." ;-)

Po piate: Zaproponowano mi przedluzenie stypendium do konca wrzesnia. Jak milo. Nic za darmo: znow stos papierow, formularzy, wnioski, prosby, zalaczniki... Jeszcze troche, a moje kontakty z promotorem ograniczac sie beda do wymiany papierow, ktore nalezy wypelnic, podpisac, zaopiniowac etc.

Zadam wiec, aby doba liczyla 48 godzin.

Czas przeznaczony na spanie - zredukowac do minimum. Zreszta czas przespany to czas stracony i zmarnowany, czyz nie? ;-) Nigdy wiec nie zrozumiem mojego kota, ktory spi minimum pietnascie godzin na dobe, a nastepne piec przeznacza na drzemki, bezczynne lezenie i gapienie sie w sufit.

Niedlugo zgine w stosie papierow... Mieszkanie zamieni sie w archiwum, a zamiast materaca na lozku beda lezaly segregatory, a takze grube tomy "akt" i dokumentacji. A ja bede spac na podlodze uslanej skopiowanymi fragmentami ksiag i stertami luznych kartek, pokrytych notatkami...

piątek, 16 lutego 2007
Aby zycie bylo prostsze

To ponoc nowosc we Francji. Jestem ciekawa czy faktycznie ulatwi Francuzom zycie...

Niech zyje biurokracja! ;-)

https://www.administration24h24.gouv.fr/


Administration 24h/24, c’est un guichet unique pour accéder à toutes vos démarches administratives en ligne. Au cours de l’année 2007, ce sont plus de 300 nouvelles démarches qui viendront peu à peu enrichir ce site et vous simplifier la vie. Administration 24h/24, mes démarches quand je veux !



Opowiesci dziwnych tresci

http://praca.gazeta.pl/gazetapraca/1,67733,3919371.html

Kiedy tylko uslyszalam, ze Francja czesciowo otwiera rynek pracy, od razu pomyslalam sobie, ze to jedna WIELKA BZDURA. Ani przez chwile nie wierzylam w mozliwosc uzyskania legalnej pracy o tak sobie, bez zadnych formalnosci, bez ton papierow, upokorzen i miesiecy spedzonych na nerwowym oczekiwaniu na decyzje odpowiedniego urzedu.

Wystarczylo poczytac informacje dostepne na stronach internetowych prefektury, wystarczylo raz, jeden jedyny, wybrac sie z wizyta do DDTEFP, zeby sie przekonac, ze "czesciowe otwarcie rynku pracy" to wielka bzdura. Nadal bowiem obowiazuja pozwolenia na prace, nadal pracodawca musi wystapic do roznych urzedow z wnioskiem o zatrudnienie obcokrajowca, nadal obowiazuje wplata na rzecz Office des Migrations, a jedyne rzekome ulatwienie polega na tym, ze pracodawca nie musi juz udowadniac, ze Polak (czy w ogole obcokrajowiec) bedzie na tym stanowisku lepszy niz Francuz.

Jednak naiwni dali sie nabrac. Rozni moi znajomi mawiali radosnie: "Ale fajnie, bedzie mozna pojechac do Francji na wakacje i troche zarobic". A ja wtedy odpowiadalam niesmialo: "Troche sie orientuje w tej materii i dowiedzialam sie, ze nadal trzeba miec pozwolenie na prace i karte pobytu." "Co ty gadasz - oburzali sie, jak gdyby moja intencja bylo zniechecic ich do staran o prace we Francji - przeciez wyraznie mowili, ze otwieraja rynek pracy dla Polakow w niektorych zawodach." Najwyrazniej jednak nie otworzyli.

Ponoc od pazdziernika studentom bedzie wolno pracowac bez oficjalnego pozwolenia na pol etatu (do 20 godzin tygodniowo). Ponoc. Nigdy nie wiadomo, co sie tak naprawde zmieni po wyborach prezydenckich.

Nie wierzylam i nie wierze w ulatwienia dla Polakow na rynku pracy. Wysluchalam juz wystarczajaco duzo historii opowiadanych przez znajomych, wyksztalconych mlodych ludzi, ktorzy stoczyli wielomiesieczna i naprawde upokarzajaca batalie z francuska biurokracja, starajac sie o prace w swoim zawodzie (lekarz, prawnik, ekonomista, pracownik naukowy itp.). Podkreslam, ze chodzi o osoby z dyplomami swietnych uczelni (uzyskane w Polsce, badz gdzie indziej, ale nie we Francji), biegle poslugujace sie kilkoma jezykami obcymi, z doswiadczeniem zawodowym, ambitne i zdolne.

Ja takze mam na swoim koncie wiele upokorzen zwiazanych z pobytem we Francji. Przyjechalam tu nie po to, by zarobic i za pare lat wrocic do Polski. Nie odbieram pracy milionom swietnie wyksztalconych Francuzow z doktoratem w kieszeni. Swoje dyplomy i znajomosc jezykow obcych zdobylam w Polsce. To nie Francja dala mi wyksztalcenie, obycie, kulture i ciekawosc swiata. Jestem tu, by skonczyc studia doktoranckie w dziedzinie, ktora nierozerwalnie wiaze sie z Francja, a w ktorej nie ma zbyt wielu specjalistow. Nie mam wiec wielkiej konkurencji na rynku pracy, a Francuzow - ekspertow w tym zawodzie, jest naprawde garstka.

W czasie moich studiow (przed laty, gdy przyjechalam po raz pierwszy do Francji, a takze nieco pozniej) bylam niejako zmuszona znalezc sobie prace, oczywiscie obojetnie jaka. Bo kto zatrudni na tzw. "lepsze stanowisko" studenta, ktory moze pracowac wylacznie na pol etatu i nie jest osoba w pelni dyspozycyjna? Kto przyjmie chocby na staz studenta obcokrajowca, gdy cale tlumy Francuzow wala drzwiami i oknami, by taki staz odbyc? Nie wstydze sie tego, ze pracowalam fizycznie: w restauracji, w barze, w domu opieki, w szpitalu etc. Jak bowiem inaczej mozna zyc we Francji, jesli otrzymuje sie stypendium w wysokosci 240 euro miesiecznie (tyle wynosilo przed kilkoma laty stypendium programu Socrates)?

Obecnie mam stypendium, ktore pozwala mi przezyc z godnoscia kazdy miesiac i nie rozmieniac sie na drobne. Udaje mi sie rowniez odlozyc nieco pieniedzy, z ktorych nierzadko finansuje zakup ksiazek i potrzebnych mi pomocy naukowych. Do konca studiow doktoranckich pozostalo mi jeszcze nieco czasu. Jesli wszystko pojdzie po mojej mysli, to od pazdziernika bede otrzymywac tzw. allocation de recherche, czyli mowiac po naszemu, stypendium dla doktorantow. 1400 euro brutto miesiecznie. Smieszne pieniadze, choc w porownaniu z 250 euro dla "erazmusow", to i tak fortuna. Dzieki tym "smiesznym pieniadzom" moge sie skupic wylacznie na pracy naukowej, tlumaczeniu ksiazek i zdobywaniu kolejnych umiejetnosci zawodowych. Nie wiem jeszcze czy po obronie pracy doktorskiej otrzymam jakas sensowna propozycje ze strony uczelni. Jedno jest pewne: jesli nie znajde tu pracy w swoim zawodzie, pracy zgodnej z moimi zainteresowaniami, pracy wymagajacej wysokich kwalifikacji i znajomosci jezykow obcych, nie zostane we Francji.

Nie zostane tu po to, by bic sie o prace w Disneylandzie, by zamiatac ulice, sprzatac mieszkania nowobogackich albo nianczyc ich dzieci. Nie zostane tu po to, by znosic upokorzenia ze strony administracji, by bezowocnie latami szukac odpowiedniej pracy i pozostawac obywatelem trzeciej kategorii. Tak, nawet nie drugiej, gdyz te kategorie stanowia ci Francuzi, ktorych pewien polityk okreslil mianem "racaille". Francuzi, a jakby nie Francuzi. Trzecia kategoria to oczywiscie obcokrajowcy, ktorzy - nawet jesli wyksztalceni i kompetentni - uwazani sa zrodlo wszelkich problemow kazdego szanujacego sie Francais de souche moyen.

Wystarczy posluchac Le Pena. Le candidat a répété, plus tard, qu'il n'était pas
"xénophobe" mais "francophile". Il a rappelé qu'il était pour la "préférence nationale", que "tous les pays du monde pratiquent". "S'il n'y a pas de travail chez nous" pour les immigrés, "il faut qu'ils retournent chez eux", d'autant que "la plupart d'entre eux ne nous ont pas demandé l'autorisation de venir", a déclaré M. Le Pen.

Interrogé à plusieurs reprises sur les difficultés de logement des Français les plus modestes, le candidat à la présidentielle n'a eu de cesse de lier ce sujet au thème de l'immigration. Il a affirmé que "jamais M. Borloo ne pourrait construire assez de logements", ceux-ci étant "occupés par les immigrés arrivant par vagues successives" et qui ont "la priorité". "La politique d'immigration suivie depuis trente ans est criminelle, a-t-il également déclaré. Nous avons accueilli dix millions de personnes au cours de cette période. Il faut que ce torrent cesse."

W jednym z ostatnich wywiadow Le Pen powiedzial: "Przyjezdzaja tu do nas dziesiatki tysiecy obcokrajowcow. A czy ktos ich tutaj zapraszal? To przez nich Francja boryka sie z problemem bezrobocia, to przez nich mlodzi ludzie maja trudny start w zyciu." Etc., etc., etc. Ktos mi odpowie na to: "To tylko bredzenie starego Le Pena. Nie warto na to zwracac uwagi." Chyba jednak warto. Pokazcie mi Polaka (mowie o Polakach, choc rownie dobrze moglabym napisac: Chinczyka, Tunezyjczyka, Rosjanina), ktory nigdy nie uslyszal z ust Francuzow, nawet tych wyksztalconych i pozornie "kulturalnych": "Wracaj do siebie, zabierasz nam prace, wyciagasz rece po nasze zasilki itp. Nie potrzebujemy was tutaj"???

Kandydaci na prezydenta Francji zwracaja sie w swoich przemowieniach do Francuzow. Nie do mieszkancow Francji, nie do tych, ktorzy od lat mieszkajac we Francji, pracuja dla Francji i dla Francuzow. Po co sie do nich zwracac, skoro to nie oni beda decydowac o wyborze nowego prezydenta? Segolene Royal powiedziala jakis czas temu (nie powtorze dokladnie jej slow), ze nalezy sie zatroszczyc o los urodzonych na francuskiej ziemi. A urodzonych gdzies indziej mozna miec w dupie? Podobnie Sarkozy. "Zwracam sie do Francuzow" etc. Do Francuzow, czyli do kogo? Kogo ma na mysli: Francuzow - obywateli Francji (z urodzenia czy z nadania), czy tez Francuzow - wszystkich tych ludzi, ktorzy wybrali Francje na swoja ojczyzne, a ktorzy z roznych wzgledow "prawdziwymi" Francuzami jeszcze nie sa?

Dlaczego wiec po mimo wszystko mieszkam we Francji? Po pierwsze: jezyk francuski jest moja wielka pasja juz od dawna (ba, nawet miloscia mego zycia ;-). Po drugie: uwazam Francje za jeden z najpiekniejszych krajow swiata i niezmiernie zaluje, ze tak niewiele czasu pozostaje mi na podroze i poznawanie Francji od strony "kuchennych schodow". Po trzecie: dziedzictwo kulturowe Francji, a zwlaszcza jej literatura i filozofia, sa i zawsze beda dla mnie niewyczerpanym skarbem. Po czwarte wreszcie: to wlasnie we Francji moge zrealizowac swoj naukowy projekt. Z tych wlasnie wzgledow jestem w stanie przelknac rozne upokorzenia i zniesc niejedna porazke. Z niepokojem mysle jednak o przyszlosci i juz teraz zastanawiam sie czy swoj nowy dom znajde we Francji, czy moze bede musiala poszukac dla siebie miejsca gdzies indziej (np. we Wloszech lub w Kanadzie)? A moze wroce do Polski i tym samym raz na zawsze rozwiaze problem zatytulowany roboczo "obywatel trzeciej kategorii"?

wtorek, 13 lutego 2007
Z zaskoczenia



Tydzien temu pewien ktos (czyli ja) wspominal, ze tego roku zima nie zawita juz na polnocy Francji. Przepowiednie sie nie spelnily. Tydzien temu w czwartek nad ranem spadlo nieco sniegu. Jeden jedyny raz w ciagu kilku zimowych miesiecy. Pare godzin pozniej po bialym puchu nie bylo juz najmniejszego sladu.

Dzis w Lille bylo okolo 13 stopni ciepla.

I gdzie ta zima?

poniedziałek, 12 lutego 2007
Francja o mnie zapomniala

Dzis, z braku czasu i z przyczyn technicznych, wpis prawie wylacznie dla frankofonow. Zainspirowana audycja radia France Inter (program "Nous autres", w kazdy piatek o dwudziestej), postanowilam dac swiatu cynk o pewnej ciekawej ksiazce, ktora ukazala sie we Francji w zeszlym roku. To wlasnie z jej autorem odbyla sie rozmowa na antenie radia. Historia, ktora opowiada Palmade, wydaje sie tak interesujaca, ze warto o niej wspomniec i jednoczesnie zaprosic do lektury jego ksiazki. Mam oczywiscie na mysli tych, ktorzy maja dostep do francuskich ksiegarn i ktorzy francuskim wladaja, gdyz niestety nie ma sie co ludzic, ze ksiazke ktos przetlumaczy na jezyk polski. A wielka szkoda...

Robert Palmade (avec Dora Mabrouk): 1962, la France m'a oublié, Editions Bachari, 2006.

Portrait de Robert Palmade, orphelin français oublié par la France en Algérie, à l’Indépendance en 1962.

« Un jour, la France est partie.

Toute la France.

L’armée, les colons, les politiques, les administrations, les documents de première importance, les pieds-noirs, les harkis, les familles et leurs enfants, les meubles et les animaux. En 1962, tous les Français sont partis pour la France, sauf moi et d’autres enfants laissés à l’orphelinat, à ses murs, à ses nouveaux occupants. »

C’est comme ça que commence l’histoire de Robert Palmade, né un soir de Juillet 1955, abandonné le lendemain par sa mère, en Algérie Française, en pleine guerre. Pupille de la nation française, Robert a été pris en charge, placé en pouponnière, puis dans des familles d’accueil.

En 1962, à l’indépendance de l’Algérie, la nation française a laissé ses pupilles sur place. Robert a été oublié, comme tous les autres enfants de l’orphelinat, il n’a jamais été rapatrié en France.

Combien sont-ils à avoir été abandonnés par la France ? Combien de pupilles de la nation française restés en Algérie? Impossible à dire. En 1969, un décret du gouvernement algérien ordonnait de changer les noms des enfants à consonance étrangère. C’est comme ça que Robert Palmade s’est appelé pendant des années Abdelkader Achli.

Abdelkader, Robert, Français, Algérien, pupille, orphelin, c’est l’histoire d’une vie gâchée, d’une vie passée à côté, d’une identité trouble, brouillée, toujours entre deux, jamais à sa place, toujours seul.

C’est l’histoire d’un enfant, d’un homme, qui s’est battu pour ne pas perdre son nom, Robert Palmade.

De ce nom, il dit, c’est une promesse, une fatalité, c’est un héritage honni et chéri, Robert Palmade, c’est un mariage forcé entre l’Algérien que je suis devenu et le Français que je suis.

Robert Plamade aujourd’hui n’espère qu’une chose c’est la reconnaissance de la France.



" Un jour, la France est partie. Toute la France. L'armée, les colons, les politiques, les administrations, les documents de première importance, les résidents, les pieds-noirs, les harkis, les familles et leurs enfants, les meubles et les animaux. En 1962, tous les Français qui l'ont souhaité sont partis pour la France, sauf moi et d'autres orphelins laissés à l'orphelinat, à ses murs, à ses nouveaux occupants. Je suis né un soir de juillet 1955 à l'hôpital d'Aumale où ma mère, après m'avoir donné un nom, m'a abandonné. C'était au lendemain de ma naissance, et c'était la guerre en Algérie française. Je suis Robert Palmade. Et, puisque vous me lisez, je vais vous prendre par la main, et vous dire ce qu'il en est. " Dans un témoignage surprenant, Robert Palmade se livre à travers les mots de l'enfant abandonné, puis oublié par sa patrie. Il raconte " sans lamentations obscènes, sans larmes impudiques, sans rancune, ni rancoeur ", les jours d'un orphelin chétif, ballotté d'une famille d'accueil à une autre. Il plonge le lecteur clans le quotidien d'un adolescent qui transporte du fumier chez les riches Français d'Alger, et dont les seuls moments de grâce sont le cinéma et la musique. Il confesse le combat qu'il mène pour survivre à la misère et sortir de la déchéance. Mais ce que nous révèle Robert Palmade, au-delà de sa propre vie, c'est une vérité historique bouleversante. Son histoire, inédite, n'est pas unique, nous dit-t-il. La France a aussi oublié Paulette Lignette, Julien Ruffet, René Tenguy et d'autres orphelins dont on ne connaît ni les noms, ni le nombre. Ainsi, en filigrane, Robert Palmade, interroge la République, il interpelle les Français, et appelle à la reconnaissance des Pupilles de la Nation oubliés en Algérie. " 1962, la France m'a oublié ", c'est une lecture poignante et troublante. C'est un destin qui nous concerne tous.

Strona internetowa wydawnictwa Bachari:
http://www.editionsbachari.com/index.php

A tu mozna posluchac piatkowej audycji:

http://www.radiofrance.fr/franceinter/em/nousautres/

I jeszcze cos. Przepiekna muzyka jako tlo do przejmujacej historii Roberta:

Tinariwen : Matedjem Yinmixan
album : Aman Iman
(AZ)


Khaled AlJaramani / Serge Teyssot-Gay
album : Interzone
(Barclay)


Khaled AlJaramani / Serge Teyssot-Gay
album : Interzone: deuxieme jour
(Barclay)


Rabih Abou-Khalil
album : Songs for sad woman
(Enja)


Malouma : Khalaya
album : Nour
(Marabi)


Claire Diterzi : White sands
album : Requiem for Billy the kid (bande originale du film )





17:01, reine_marguerite , Cytatnik
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka