La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
wtorek, 18 stycznia 2011
Będziemy mieli dziewczynkę!

Tak, powiększa nam się rodzina.

Adoptujemy.

Dziewczynce na imię Kathy. Ma cztery lata.

Przyjeżdża do nas w sobotę.

****

 

 

 


Dziewczynka wygląda tak:

Zapomniałam dodać, że zazwyczaj ubiera się w futerko. ;)

Bierzemy kocią biedę ze schroniska pod Cambridge. W Wood Green, które bardziej przypomina hotel niż "przytulisko", obowiązują opłaty: 70 funtów za kocinę, 120 za psinę. Mam nadzieję, że także dzięki temu zwierzęta nie trafiają do nieprzyjaznych domów i w niepowołane ręce.

Bidula mieszka tam od zaledwie kilku dni. Można więc powiedzieć, że spotkało ją szczęście, ale i chętnych nie brakowało. My zgłosiliśmy się pierwsi.

Chcieliśmy dać dom jakiemuś kociemu staruszkowi. Wiadomo, takiego nikt nie zechce. Wytypowaliśmy nawet kandydata: lat dwanaście, w schronisku od ponad 300 dni.

Kłopot w tym, że mamy już psa - zwierzę bardzo przyjaźnie nastawione i nieagresywne, ale młode i głupie. To nie jest dobry towarzysz życia dla każdego kota.

Nasza mała bidula ponoć z psami się dogaduje.

Mimo wszystko martwię się, czy da się pogodzić kocią niezależność z psią wylewnością i nieustanną chęcią do zabawy.

Zapewne czeka nas niejeden raz podrapana psia mordka i obrażony na cały świat kot.

Gonitwy po schodach i wyjadanie kotu z miski.

Raczej nie spodziewam się, aby jak na filmach kot spał w psich objęciach.

Zobaczymy...

Mamy jeszcze całą wyprawkę do skompletowania: bo i transporterek, i łóżeczko, i miseczki, i zabawki, i jedzenie... I co jeszcze?

No cóż, wychowanie kosztuje. ;)

10:55, reine_marguerite , Knociątko
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 stycznia 2011
Anglik w Poznaniu

Końcówka grudnia odtąd chyba zawsze bedzie mi sie kojarzyć nie ze świętami, lecz z samolotami, co wylądowały nie tam, gdzie trzeba, oraz z opatulonym od stóp do głów Panem Obrażalskim i jego czerwonym nosem.

Czemu z samolotami?

Ba, mnie się do Polski doleciało gładko i bez zastrzeżeń, planowo, bezboleśnie i znośnie.

A Pan Obrażalski zamiast w Poznaniu wylądował w... Bydgoszczy.

A w Bydgoszczy na lotnisku nie ma nic.

Jako że fantazję (i pieniądze - dodam) Pan Obrażalski ma niemałą, to do Poznania dojechał  z wyżej wymienionej Bydgoszczy... taksówką. Z dukającym taksówkarzem, któremu po drodze należało pokazywać znaki i tablice, ażeby przypadkiem się nie pogubił ("Poznan! This way! This way!"). Rozklekotaną taksówką, której wnętrze zionęło lodówkowym chłodem. Ech, będzie miał chłopak wspomnienie na resztę życia! No bo jak to, pierwszy raz w Polsce i taka wpadka?

Kiedy tak mało nie odchodziłam od zmysłów, no bo jak to: w Bydgoszczy, jeszcze się zgubi po drodze albo co, mamuśka poradziła mi: Ty mi tu dziecko nie panikuj i nie histeryzuj. Przecież to chłop dorosły jest, poradzi sobie. To nie dżungla, tylko Bydgoszcz. Przeżyje.

Przeżył.

Kiedy już z pełnymi brzuchami wróciliśmy po kolacji w "Wiejskim Jadle" (na Franciszkańskiej - nie polecam, jedzenie dość słabe i porcje malutkie), usłyszałam pytanie:

- To gdzie ja właściwie dzisiaj byłem? Pokaż mi na mapie.

Widok z hotelowego pokoju (Hotel Brovaria - calkiem niezly hotel, cena rozsądna - dwuosobowy pokój z łazienką i widokiem na Stary Rynek kosztuje 330 zł za dobę, śniadania poprawne, do tego bardzo uprzejma obsluga i fajny, ciekawie urządzony bar-pub, wieczorami pękający w szwach).

Powód wizyty był dość oczywisty i nie była to moja propozycja: Panu Obrażalskiemu zachciało się po raz pierwszy zobaczyć Polskę i przekonać się, czy aby na pewno białe niedźwiedzie na ulicach to tylko mit.

Do tego należy jeszcze dorzucić pierwsze spotkanie "na szczycie": mam na myśli moją najbliższą rodzinę. Prawdę mówiąc, do tej pory tylko mój najpierwszy z absztyfikantów (jeszcze z czasów licealnych) dostąpił tego zaszczytu, a ponieważ przewinęło się ich całkiem sporo w moim życiu i żaden mamci i tatulka nie poznał, było więc to wydarzenie na niespotykaną dotąd skalę. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to słynne: "Nadejszła wiekopomna chwila"...

 

Rodzinka zdała egzamin śpiewająco i jeszcze długo zapewne będzie wspominać "angielską wizytę". Mamcię, która niespecjalnie lubi się tak od razu spoufalać, zatkało, kiedy została ucałowana w policzki przez swego jeszcze-nie-zięcia, o czym lekko zgorszona nie omieszkała mnie poinformować w telefonicznym podsumowaniu pamiętnej polsko-angielskiej kolacji.

W słowniku Pana Obrażalskiego pojawiły się za to następujące słowa:  "dziękuję", "dobra, dobra", "nie" i "tak".

I jeszcze coś, co miało brzmieć jak "do widzenia", ale nie brzmiało.

Zaprowadziłam go pod ratusz tuż przed dwunastą w południe.

- A co tu będą robić? - roześmiał się. -  Zmianę warty jak przed Buckingham Palace?

- Tak jakby, kochanie...

A tu, panie, koziołki... Dobre, ukochane w Poznaniu koziołki.

Zimno.

Zimniej.

Minus dziewięć.

A w Londynie ponoć już wiosna. ;)

 

 

 

 

 

I to by było na tyle.

Poznań się podobał, choć ja wolałabym oprowadzać gościa po moim fyrtlu wiosną lub latem.

Za to w sylwestra już w domowych pieleszach obejrzeliśmy w TV starą komedię "Italian job" z Michaelem Caine'm, zapychając się czipsami i innym świństwem, sącząc winko oraz obdarzając się wzajemnie mikrobami i wirusami. Nie ma to jak grypka na nowy rok.

Z tego wszystkiego przysnęło nam się na sofie.

Budzę się tuż przed północą i zaspana mówię:

- Happy new year! To jak, otwieramy szampana?

- Happy new year! Eeee.... nie... może jutro...?

I tak sobie przespaliśmy Nowy Rok.

Para emerytów, jak nic.

18:00, reine_marguerite , W Polsce
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 stycznia 2011
Marsylia raz jeszcze

Do Marsylii pojechaliśmy na nasze pierwsze wspólne krótkie wakacje we dwoje, bez tej malej pokraki zwanej psem. :)

Liczę na to, że pojedziemy tam jeszcze raz, tym razem w trójkę, z psem, i własnym środkiem transportu.

Widok z hotelowego okna - na załączonym obrazku - przecudowny.

Że nie wspomnę o przepięknej październikowej aurze i dwudziestu paru stopniach ciepła.

Nieśmiało planujemy, że za parę lat, jeśli wciąż będziemy razem (a taką mam nadzieję), przeprowadzimy się do Francji na stałe.

Ba, nawet zdarza nam się przeglądać oferty, tak w razie czego.

Nie na Lazurowym Wybrzeżu, ale gdzieś na południu na Francji. Żeby było ciepło, słonecznie, bezdeszczowo i z łagodną zimą.

Koniecznie Francja. Bez dwóch zdań.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

17:24, reine_marguerite , Lazurowe Wybrzeże
Link Komentarze (5) »
O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka