La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodzi³ pewien pie¶niarz, a ja mu wtórujê... Sta³o siê. Pomy¶lne, jak mniemam, wiatry przywia³y mnie na pó³noc Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w koñcu za¶ do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmieniæ nazwê na: Gdzie¶ na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
¶roda, 31 stycznia 2007
Po co starej pannie suknia slubna?

Nie, nie wybieram sie za maz, nie, nie szukam wymarzonej sukienki, nie, nie spieszy mi sie porzucac stan wolny.
(Cha, cha, bo nikt cie do tej pory nie zechcial, pasztecie! Nie dla psa kielbasa!)

W zwiazku z powyzszym nasuwa sie pytanie: po co przegladac e-bay w poszukiwaniu kiecki slubnej, skoro o zadnym slubie mowy nie ma?
(Zeby, szukajac - tak w razie czego - spodnicy, o ktorej niedawno wspomnialam, poogladac sobie ze zlosliwym usmieszkiem paskudztwa, ktore ktos na siebie wlozyl w "najpiekniejszym dniu w zyciu kazdej kobiety". Nie ma to jak odrobina uszczypliwosci...)

Zebralo mi sie na wspominki i refleksje i nie wiedziec czemu (pewnie przez te kiecki z e-bay) przypomnialam sobie rodzinne i nie tylko fotografie, te slubne i te komunijne, te "imprezowe" i zwyczajne.

Dzis tylko same slowa, bez obrazow. Po pierwsze dlatego, ze zdjec nie mam przy sobie, a po drugie - ich publikacja w internecie zakonczylaby sie niechybnie wydziedziczeniem mnie przez najblizsza rodzine, z mamcia i tatkiem na czele. Jedyne, co moge zrobic, to opowiedziec o tych fotkach z blaszanych pudelek...

***

Tatko, dlugowlosy brunet z hiszpanska brodka i okularach w rogowej oprawie, o zniewalajaco pieknych blekitnych oczach, mamcia – wielkooki elf o przepysznych kasztanowych wlosach i filigranowych ksztaltach, z kwiatkiem wpietym we wlosy, w bialej krotkiej sukience (takze w kwiaty). Tatko – w obowiazkowych spodniach dzwonach, z powaga wypisana na pociaglej twarzy, mamcia – z malutkim bukiecikiem herbacianych roz w dloniach (do dzisiaj zachowalo sie kilka zasuszonych rozyczek z owego slubnego bukietu). Sceneria – wnetrza pyrlandzkiego ratusza, w ktorym podowczas brano obowiazkowy slub cywilny.

Do dzisiaj te zdjecia budza moj zachwyt. Nieklamany. Bez odrobiny ironii. Naprawde. :-)

Nawet moja babcia, ktora wychodzila za maz w trudnych latach powojennych, wyglada na zdjeciach uroczo w prostej bialej sukience do kostek szczelnie zapietej pod szyja (jak to sie ma do dzisiejszych gorsetow, z ktorych wylewa sie pol biustu, he he) i takim nieco zabawnym, staroswieckim „firankowym” welonie, splywajacym az do ziemi, a przytrzymywanym na glowie przez mirtowy wianek. A dziadzia, podowczas piekny mlodzian o wlosach zaczesanych owczesna moda do tylu „na mokro”, prezentuje sie w czarnym garniturze (a chcialoby sie powiedziec - we fraku) niczym przedwojenny amant kinowy.

Sukienke slubna mamci, choc skromniutka i prosta, jak skromny i prosty byl slub u ojcow dominikanow, mozna byloby zalozyc jeszcze dzisiaj (gdy sie takowa zachowala) i nie wzbudziloby to niczyjego smiechu. Mama wystapila bez welonu, za to z kwiatem w rozpuszczonych wlosach. Zadnego specjalnego slubnego makijazu, zadnych wielogodzinnych seansow u fryzjera i stylistki, zadnych solariow, brokatow itp., a mimo to – jak wiele kobiet w owych latach (mialam okazje obejrzec slubne foty rodzicow moich znajomych) – wygladala olsniewajaco. I tak swiezo, dziewczeco...

Stanowczo nie mozna jednak tego powiedziec o kreacji mojej duzo starszej kuzynki, gospodarskiej corki, ktora pod koniec lat osiemdziesiatych wziela slub. [Uwaga, jestem stronnicza i zlosliwa]. Huczne weselisko odbylo sie w domu rodzicow panny mlodej w pewnej zamoznej wsi. Na nieszczescie zachowaly sie fotki, na ktorych moja kuzynka – oprocz tapira na tlenionej burzy wlosow i jaskrawego makijazu – prezentuje blyszczaca kreacje z wielkimi bufiastymi rekawami, wysadzanym jakimis swiecidelkami biustem i rozlozysta spodnica beza, zapewne ostatni krzyk mody slubnej w owym czasie. Calosc dopelnia swiezo upieczony malzonek kuzynki - z wasami na przedzie, pekaesami i fryzura a la piosenkarz z NRD-owskiej rewii. Kuzynka, po ponad siedemnastu latach i urodzeniu kilkorga dzieci, wyglada lepiej i mlodziej niz w dniu swego zamazpojscia, a jej slubny nie straszy juz imazem rodem z „Koncertu zyczen”. Ale zdjec slubnych nie da sie juz ogladac bez wybuchow smiechu.

Niestety, swiecaca kreacje a la atlasowa pikowana koldra wlozyla rowniez inna osoba w mojej rodzinie, w polowie lat 90, szczesciem jednak poszla w slady ww. kuzynki i w wieku trzydziestu kilku ta swietnie ubrana, pewna siebie dlugowlosa blondynka, o lekko okraglych ksztaltach, w niczym nie przypomina bezowatej, nieco przerazonej panny mlodej w przyciasnej sukni slubnej i z przywiedlym bukiecikiem w dloni.

Z innej beczki. Przypomina mi sie jedno ze zdjec, na ktorym moj 10-letni podowczas tatko, odziany w czarne ubranko (z biala koszula i spodniami do kolan), biale skarpety i czarne buciki, kleczy z rozancem w dloni i ksiazeczka do nabozenstwa, z zamyslona i uduchowiona twarzyczka ministranta, wznoszac ku niebu swoje blekitne oczeta. Tak, tak, tatko juz od malego byl wielkim aktywista: najpierw jako ministrant, pozniej harcerz, a w koncu aktor studenckiego teatru. Fotka z pierwszej komunii, niespecjalnie lubiana przez tatke, ktory za kazdym razem powtarza z zazenowaniem: „Wygladam tu jak ulizany gogus i lizus”. A ja wtedy odpowiadam z oburzeniem: „Alez skad! Chlopiec jak marzenie, taki slodki i grzeczny!” Jakby dla odmiany, w tym samym albumie figuruje fotka, ktora mozna by bylo zatytulowac: „dresiarz ze Starego Miasta”. Co prawda 15-letni tatko figurujacy na zdjeciu nie ma na sobie rzeczonego dresu, lecz jakies powypychane szerokie portki i wyciagniety sweter, ale za to grozna mina, nastroszone wlosy i dlonie w kieszeniach owych spodni czynia z niego prawdziwy postrach dzielnicy. 

Ach, i jeszcze kilkuletni tatko niczym maly panicz w marynarskim ubranku i czapeczce z pomponikiem, w kawiarnianym ogrodku, obok babci (czyli swojej mamy) odzianej w elegancka sukienke i kapelusik tyrolski z piorkiem. Prawdziwa hrabiowska rodzina.

Chyba kazdy z nas ukrywa starannie przed swiatem pewne nieprzystojne zdjecia z okresu niemowlecego, gdyz dlugo, dlugo stanowia one powod do wstydu. Tatko tez padl ofiara mody na dzieciecy naturyzm. Rozesmiany kilkumiesieczny bobas, bezzebny jeszcze i swiecacy lysinka, nieswiadomy niczego prezy radosnie golusienkie i tlusciutkie cialko, lezac na brzuszku na jakims baranim futerku. Nie znam nikogo, kto by na widok takiej oto wlasnej podobizny nie oblal sie goracym rumiencem, chocby nawet ukonczyl siedemdziesiatke. 

Mnie udalo sie uniknac takiej foty, niestety – w zamian za to na jednym z wakacyjnych zdjec mala Margot, moze 3-4 letnia, pozuje na plazy w stroju Ewy, prezentujac swiatu szczegoly swojej anatomii, a jej twarz wyraza niczym nie zmacone dzieciece szczescie.

Ale i tak nic nie przebije fotek jednego z moich przyjaciol. Na jednej z nich 3-letni Tomcio stoi usmiechniety przed blokiem, w scenerii zimowej, w czapeczce na glowie, w czyms w rodzaju puchowego plaszczyka-kurteczki do kolan. W tym oto stroju, uzupelnionym przez spodnie odprasowane w nienaganny kancik, wyglada jak miniatura pierwszego sekretarza skladajacego gospodarska wizyte na budowie nowego domu. Na innej znow, w stylu retro, ujety z profilu Tomcio siedzi wyprostowany na trojkolowym rowerku w ogrodzie, patrzac dumnie przed siebie niczym Napoleon na przegladzie wojsk przed bitwa, a obok niego – z palcem w buzi stoi pekata mlodsza kuzynka o buzi aniolka i kreconych loczkach, odziana w biala sukienke do kolan, odslaniajaca jej iksowate kragle nozki w rajstopkach. Prawdziwy majstersztyk. Na trzeciej z kolei widac siedzacy pod sciana w przedszkolu rzad dzieciakow na balu przebierancow, sposrod ktorych wybija sie rzeczony Tomcio, w rajtuzkach i dziewczecym ubranku, z peruka o kreconych wlosach na glowce. I jeszcze Tomcio w wielkim zabocie i komunijnym ubranku spiewajacy psalm na mszy (nawiasem biorac – w trio z Margot i pewnym kolega z klasy). Jeszcze inne zdjecie zrobione w dniu komunii w rodzinnym gronie przykuwa uwage nie ze wzgledu na osobe malego „komunisty”, ale postac kuzynki – wyjatkowo nieurodziwej, koscistej dziewczynki. Powiedziec o tym dziecku „nieladna” byloby w tym wypadku komplementem. „A ta dziewczynka po prawej to twoja siostra?”, pytaja z poczatku ostroznie osoby przegladajace album, zeby przypadkiem nie urazic domniemanej siostry. Na szczescie z malej brzyduli wyrosla calkiem przyzwoita panna.

Ach, i jeszcze jedna historia, juz bez zdjecia. Nie wiem czy to tylko rodzinna legenda, czy tez opowiesc o zdarzeniu, ktore naprawde mialo miejsce. Otoz jako mala kilkuletnia dziewczynka mialam ponoc rabnac wielkanocnym koszyczkiem o ziemie (dostalam swoj, a duzy "dorosly" koszyk miala oczywiscie mama) i z wyrazem oburzenia na twarzy opuscic kosciol niczym obrazona diwa, ktorej ktos niechcacy pobrudzil tren kosztownej sukni. Ponoc, jak twierdzi mama, jakas mala dziewczynka nadmiernie interesowala sie zawartoscia mojego koszyczka, co tak mnie rozsierdzilo, ze nie czekajac na pojawienie sie ksiedza i poswiecenie potraw, ostentacyjnie wymaszerowalam na zewnatrz. Dobrze chociaz, ze ciekawskiej malej nie przylozylam tym koszyczkiem po glowie, bo jeszcze by sie krew polala i to w dodatku w kosciele. Byl to bodajze jedyny taki incydent w zyciu dzieciecia pogodnego, niewrzaskliwego i latwego w obsludze, pewnie dlatego tak czesto wspominany.

PS. A na deser, dla wytrwalych: ciag dalszy stronniczego przegladu mody slubnej: Odcinek 3: Sen baleriny. ;-)

http://margharita.blox.pl/html


poniedzia³ek, 29 stycznia 2007
Lector in fabula
A dzis znowu: maly tekscik po polsku plus zdjecia (beznadziejne, dodam), a na deser: tekscik po francusku. Dla amatorow. ;-)



Le lecteur, c'est nous. Nous, qui fascinés par les tranches dorées du volume posé dans la bibliothèque, le prenons, et qui nous installons confortablement dans un fauteuil. Nous qui, après avoir fait le vide de tout ce qui nous entoure, éloignant toutes sources de bruit extérieur et préservant la chaleur indispensable à l'acte passif et immobile de la lecture grâce à la robe de chambre ou le tricot supplémentaire, ouvrons ces pages vierges et imprimées au moyen du coupe-papier symbolique dont nous parle Calvino.

Nous, à qui adressent les interpellations de l'auteur qui se demande si nous avons bien compris ce dont il parle, si nous avons bien saisi ses intentions, si nous avons su relier par l'intelligence et la mémoire les différentes fils de l'intrigue, si nous sommes capables par le sentiment de percevoir la profondeur et l'intensité des émotions évoquées et si notre imagination nous permet de reconstruire convenablement le monde fictif qu'il nous propose.

Le lecteur, c'est nous. Car nous sommes comme Guy de Malivert, le héros de "Spirite", la nouvelle fantastique de Théophile Gautier, "assis... dans un excellent fauteuil près de sa cheminée, où flambait un bon feu", ayant congédie toutes préoccupations mondaines, "le corps débarrassé de toute pression incommode", à l'aise dans des vêtements moelleux et souples, heureux et détendu, après avoir pris un repas d'une savant simplicité, l'esprit animé par "deux ou trois grands verres d'un grand vin de Bordeaux retour d'Indes" et éprouvant une "sorte de béatitude physique, résultat de l'accord parfait des organes", condition optimale pour nous rendre réceptif au message du livre. L'esprit détendu, tandis que dehors surviennent la neige et le froid, dans cette retraite signifiant l'intériorisation et la modification de la sensibilité, est à même de laisser se déployer les ailes d'une rêverie à l'aile d'ombre et à l'aile de lumière, animée par la faible clarté laiteuse et douce d'une "lampe ajustée dans un cornet de vieux céladon craquelé".

(Alain Montandon)

16:56, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
A jednak moze sie podobac

Kilka fotek z Lille, niestety bardzo marnej jakosci. Jakie bowiem zdjecia mozna zrobic przy pomocy telefonu komorkowego? Niestety, moja dobra wysluzona, lecz stara lustrzanka, wyzionela ducha i nic juz nie przywroci jej do zycia. Za aparatami cyfrowymi nie przepadam, wiec na razie musze sie obyc bez jakiegokolwiek sprzetu, niestety.


A naprawde piekne zdjecia z Lille obejrzec mozna na stronach:

http://www.pbase.com/fohoizey/lille_metropolis

http://mincoin.free.fr/lille/ville/photosdelille/villedelille.html

http://home.nordnet.fr/~pterzan/

http://photos.linternaute.com/paysville/19662/lille/

(Az mi wstyd umieszczac wlasne beznadziejne foty...)





















sobota, 27 stycznia 2007
Nieudany seans u wrozki ;-)

"Oto na stronicach wspomnianego zapisu z 27 marca 1961 roku uporczywie powraca zwrot Madame Zofia, ktory bezwzglednie nalezalo usunac, by w tym miejscu napisac po prostu "Zofia Nalkowska", tak jak na przyklad pisze sie "Marguerite Yourcenar". Bo czyz mozna sobie wyobrazic, ze o pisarce bedacej czlonkinia Akademii Francuskiej, francuski autor osmielilby sie powiedziec "Madame Marguerite"? Slowo "madame" w polaczeniu z kobiecym imieniem okresla we wspolczesnym francuskim wylacznie osobe prowadzaca dom publiczny; w latach siedemdziesiatych najslynniejsza z takich osob byla Madame Claude, wczesniej wykonujaca ten wlasnie zawod..."


Cytuje fragment artykulu z "Tekstow Drugich" o tlumaczeniach utworow Gombrowicza na jezyk francuski. Wspominam o tym, bo podobna wpadka przydarzyla sie kiedys mojej kolezance na lekcji jezyka francuskiego w liceum. W czasach przedpotopowych, ktorych dzisiejsza mlodziez juz nie pamieta, rzady silnej reki sprawowala, en tant que proviseur, nasza francuzica. I oto na jednej z lekcji nieszczesnik wyrwany do odpowiedzi przy tablicy mial zreferowac przygotowany w domu tekst pod wymownym tytulem "Chez une voyante" (czyli mowiac po naszemu "U wrozki"). Kazdy z nas, podowczas uczniow owego liceum, wyprodukowal wiec wyimaginowana scenke z seansu u wrozki, przyswajajac sobie przy okazji slownictwo typu "wrozyc z fusow", "krysztalowa kula", "tarot", jakze przydatne w zyciu kazdego czlowieka. ;-)

Raz, dwa, trzy... do tablicy przyjdziesz ty... i padlo na jedna z kolezanek, ktorej francuski, choc nie zaliczal sie do tragicznych, to jednak najlepszy nie byl. Wypowiedziawszy sakramentalne: "Venez ici avec votre cahier.... (tu pauza i polowanie wzrokiem na upatrzona ofiare)... Mademoiselle X", francuzica rozparla sie wygodnie na profesorskim krzesle, a reszta klasowego stada odetchnela z ulga. Niestety nie na dlugo.

Bohaterke swojego tekstu, tytulowa wrozke (ale nie wrozke z bajki, tylko pania wrozaca np. z kart ;-)), kolezanka postanowila nazwac po prostu "Madame Rose". Na co francuzica (swietny nauczyciel, ale przy tym postrach wszystkich klas "francuskich"), odwracajac sie w strone biednej dziewczyny, zapytala, tym razem po polsku, z usmiechem godnym "czarnego charakteru" z brazylijskich seriali:

- To w koncu gdzie jestesmy: u wrozki czy w agencji towarzyskiej?

***
I w ten oto sposob po wiek wiekow zapadlo nam w pamiec, ze do kobiety we Francji nigdy, ale to przenigdy, nie nalezy zwracac sie per "Madame + imie". ;-)


pi±tek, 26 stycznia 2007
Lekturowy miszmasz - cz. 2

6. Kocha, lubi, zartuje...




La passion amoureuse surgit avec son hémorragie de sentiments dans la vie de chacun d'entre nous. C'est une délicieuse catastrophe, une volupté de l'enfer, une mort trop douce. On l'espère. On la redoute. Elle fascine. Aucune émotion n'a suscité à la fois une telle séduction et une telle aversion, car le domaine de la passion est celui des oxymores. On y souffre avec délectation. On aime au point de haïr. Loin d'en vivre, on voudrait en mourir. Elle a inspiré nos mythes et nos créateurs: Tristan et Iseult et l'amour courtois, Anna Karénine, Platon, Stendhal, Edith Piaf, Belle du Seigneur, Héloïse et Abélard, La Duchesse de Langeais, Carmen, Werther, Wagner, Proust, Cocteau, Denis de Rougemont, Roland Barthes, L'Ange bleu, l'Empire des sens, Les Hauts de Hurlevent, Histoire d'O, La Femme d'à côté... Cette passion amoureuse, Nicole Avril la fait à son tour scintiller de toutes ses redoutables facettes. De A jusqu'à Y. Entre l'amour et la passion, dit-elle, il n'y a pas seulement une différence d'intensité mais de nature. La passion serait à l'amour, ce que le cannibalisme est à la gourmandise.

7. Odrobina kultury, nie tylko dla idiotow



Vous avez la mémoire qui flanche; le peu que vous saviez, vous l'avez oublié. Tests et examens vous donnent des sueurs froides, tandis qu'en société, par crainte de dire une sottise, vous restez obstinément muet, honteux, buté - un cancre face à l'instituteur... Pourtant érudition ne rime pas forcément avec punition: avec de bons outils, apprendre devient même un véritable plaisir. Exemples, chiffres et anecdotes à l'appui, ce livre vous permettra, sans complexes ni ennui, d'assouvir votre appétit de connaissance sur les sujets les plus divers: histoire et géographie; arts et littérature; sciences, techniques et vie quotidienne; sport, loisirs et divertissements; ou religion, philosophie et société. Prenez place: le banquet du savoir est ouvert !

8. O ateistach slow kilka - ponoc calkiem madrych (slow, znaczy sie)



Peut-on se passer de religion? Dieu existe-t-il? Les athées sont-ils condamnés à vivre sans spiritualité?
Autant de questions décisives en plein « choc des civilisations » et « retour du religieux ». André Comte-Sponville y répond avec la clarté et l'allégresse d'un grand philosophe mais aussi d'un « honnête homme », loin des ressentiments et des haines cristallisés par certains. Pour lui, la spiritualité est trop fondamentale pour qu'on l'abandonne aux intégristes de tous bords. De même que la laïcité est trop précieuse pour être confisquée par les antireligieux les plus frénétiques. Aussi est-il urgent de retrouver une spiritualité sans Dieu, sans dogmes, sans Église, qui nous prémunisse autant du fanatisme que du nihilisme.
André Comte-Sponville pense que le XXIe siècle sera spirituel et laïque ou ne sera pas. Il nous explique comment. Passionnant.

9. Zmieniamy temat, ale autor wciaz ten sam...



La vie ne vaudrait d'être vécue, dit-on, que si elle apporte le bonheur. Mais que signifie être heureux? Y a-t-il des recettes au bien-être? Où se niche le bonheur? Dans l'argent? La réussite personnell? La santé? Les plaisirs? L'espérance d'un jour meilleur? Est-il dans ce que nous avons ou dans ce que nous sommes? De la pensée antique à nos frustrations modernes, en passant par l'invention du paradis, on verra avec les regards croisés du philosophe, du croyant et de l'historien, comment l'idée du bonheur a évolué au fil du temps, et combien son histoire mouvementée peut nous aider à mieux vivre aujourd'hui.

(Jedna z moich lektur na ostatni weekend stycznia.)

10. Z innej beczki, z innej czesci swiata



Depuis l'avènement de Mohamed VI en 1999, le Maroc est célébré dans les médias occidentaux comme un royaume enchanté où progresseraient dans un même élan le statut de la femme, le pluralisme démocratique et l'économie de marché. Les élites françaises ne sont pas en reste pour vanter ses vertus, au point d'y acquérir de somptueuses résidences secondaires à Marrakech ou Tanger. Mais pour d'autres, plus discrets, " la situation est dangereuse: le Maroc, c'est la Russie en 1916 ", selon les mots d'un des patrons de l'antiterrorisme en France. Où est l'erreur? Loin des fantasmes et des simplifications, les auteurs de cet ouvrage livrent de la réalité du Maroc et des relations franco-marocaines d'aujourd'hui une vision étonnante, nourrie de révélations explosives. Grâce à des enquêtes en profondeur, ils ont eu accès aussi bien aux ressorts cachés des différentes composantes de la mouvance islamiste qu'aux secrets bien gardés de dirigeants marocains, englués dans des réseaux de corruption aux racines souvent bien françaises. Au rebours des amalgames trop faciles entre notables pieux, fondamentalistes non violents et poseurs de bombe, ils révèlent la surprenante diversité des composantes de la déferlante islamiste, nourrie de la révolte d'une population dont la moitié vit en dessous du seuil de pauvreté. Et ils expliquent, exemples à l'appui, les origines des blocages économiques et sociaux que vit aujourd'hui le Maroc, gangrené par une corruption omniprésente. Quel avenir pour le royaume, maillon faible de l'arc euroméditerranéen ? Les " scénarios " que proposent ici les auteurs montrent l'ampleur des bouleversements à venir, en Europe comme au Maghreb, du " basculement " inévitable, pour le pire ou le meilleur, de la société marocaine.

11. Z innej czesci swiata, ale jednak "u nas"



Ce qui me fait peur ici, c'est qu'on me prenne pour un sauvage, comme on le montre sur TF1 et dans Le Figaro où ils n'ont aucune sensibilité. Qu'un Français me regarde sans sourire et pense de moi un paquet de trucs, par exemple que je suis un bourricot et un assassin. Simplement du seul fait que je sois maghrébin, comme ils disent ici. Alors que je connais la vie sur le bout des ongles. Comme chez nous, les encouragements à la violence existent. Figure-toi que les beurs continuent à se faire traiter de clowns et de racailles copieusement, par d'autres immigrés qui ont réussi ici. Il n'y a pas un seul journal où on ne parle pas de la racaille. Originaire de Skikda, en Algérie, Mohamed est un adolescent de seize ans rebelle et désoeuvré. Il passe clandestinement en France, pensant que le pays des droits de l'homme lui offrira les moyens d'améliorer sa condition et la situation de son pays. Mais là comme ailleurs, il est montré du doigt, stigmatisé, vilipendé. Dans un implacable réquisitoire contre les religions et les inégalités sociales, Mohamed met à mal toutes les croyances et s'affranchit de toutes les règles. Violent, drôle et cru, Racaille est un roman traversé par la rage de vivre.


Lekturowy miszmasz cz. 1

Co nowego w swiecie slowa pisanego, czyli kilka slow (a jakze) o tym, ze gdybym tylko mogla, to zamiast zaplacic rachunki, czynsz i zrobic zakupy, kupilabym tone ksiazek, ktorymi dotad nie mialam okazji sie delektowac w domowym zaciszu. Tym razem ich wybor jest nieco chaotyczny: czesc tytulow wpadla mi w rece podczas poszukiwan w bibliotecznym katalogu, inne zas wylowilam wprawnym okiem na polkach w ksiegarni, a pozostale podsunela mi lektura prasy (a w szczegolnosci rubryki "nowosci literackie").

Tradycyjnie juz ow przeglad kieruje do frankofonow i frankofilow (przepraszam, ale naprawde nie mam glowy, by tlumaczyc krotkie noty dotyczace poszczegolnych tytulow), chocby dlatego, ze ksiazek tych w Polsce nie ma i zapewne nie bedzie. A poza tym, do licha, francuski, ten najpiekniejszy i najszlachetniejszy z jezykow, trzeba po prostu znac!!! Nie przyjmuje w tej sprawie skarg i zazalen. ;-)

1. Tylko dla doroslych, czyli o "tych" sprawach w czasach Oswiecenia

A travers des exemples pris au siècle d'or de la littérature érotique, le XVIIIe siècle, on se propose de répondre ici à la question simple: pourquoi le livre pornographique fait-il naître dans le corps du lecteur un désir sexuel que ce même livre ne peut satisfaire? On obtient donc une machine à faire naître le désir de jouissance par un artifice d'écriture. Ainsi le livre érotique gagne un pari qui est celui de toute littérature romanesque: faire prendre le leurre pour la réalité, l'ombre pour la proie. Dans cet essai, on tentera d'expliciter ce mode de fonctionnement exemplaire et cet effet de lecture radical. Toujours approché dans le secret et la clandestinité, le livre érotique se doit plus et mieux que tout autre de se désigner vite et bien pour ce qu'il est de montrer clairement ses promesses. On a donc analysé ici ses techniques d'appel: page de titre, frontispice, illustration... Quant au texte érotique il est dans cet essai décrit comme mettant tout en oeuvre pour faire naître le désir donc comme un texte maniaque de captation et de fascination du lecteur qui entretient avec lui un rapport particulier. Il ne peut s'agir de se prendre pour le héros ou l'héroïne, mais d'être conduit à éprouver comme lui une jouissance érotique. Le récit pornographique va donc installer son lecteur, par le biais d'un récit à la première personne d'une suite de mise en tableau en position de voyeur, extérieur au texte, comme le spectacle l'est à la peinture. Il faut donc prendre la littérature pornographique au sérieux car elle représente le modèle caché de toute littérature narrative. Avec elle se révèle le rêve de tout écrivain qui est de mentir vrai, et l'intérêt qu'on lui porte n'est peut-être au fond que la nostalgie d'une lecture si profonde qu'elle conduisait à l'oubli du monde réel.

(Nawiasem mowiac, juz jakis ciekawski - albo ciekawska - upolowal te ksiazke w bibliotece, zanim jeszcze dowiedzialam sie o jej istnieniu. Zaciekawil mnie tytul, a zwlaszcza jego pierwsza czesc... ;-))

2. Dla doroslych po raz drugi: czyli sekretne archiwa policji obyczajowej



"M. Henri Ducasse, député, a dit qu’il allait cesser ses relations avec Sarah Bernhardt attendu qu’il l’avait surprise avec le comte de Rémusat, son collègue à l’assemblée (…). Il a ajouté qu’il ne comprenait pas comment cette actrice consentait à recevoir des hommes aussi âgés. Il est bon de remarquer queM. Ducasse est lui-même très âgé, et de plus infirme (…). »

Les archives de la préfecture de police recèlent un trésor inexploité: le registre BB/1 des femmes soupçonnées de prostitution clandestine, fichées par les agents des moeurs dans les années 1860-1870. Cette collection de rapports dévoile l’identité des clients et constitue de ce fait un redoutable instrument de surveillance du tout-Paris politique, financier et mondain. Plus de 400 « cocottes », ou prétendues telles, y figurent, parfois accompagnées de leur photographie. Se distinguent des étoiles du demi-monde à l’image de Félicie Marmier, élève de la Légion d’honneur, nièce de général et d’académicien, qui compte parmi ses amants marquis, comtes, ducs et princes du Gotha. D’autres connaissent une destinée moins brillante comme Louise Fasquelle, malheureuse syphilitique « qui n’est plus reçue nulle part». Cette source, bien plus qu’un répertoire pittoresque et grivois de la prostitution huppée, éclaire les coulisses du Second Empire et des premières années de la Troisième République. Gabrielle Houbre, spécialiste d’histoire sociale et culturelle du XIXe siècle, met au jour avec ce registre les mécanismes érotiques et mercantiles à l’oeuvre dans cette société. Qui sont ces courtisanes? Qui sont leurs clients? Comment vivent-elles Derrière l’éclat apparent et éphémère de vies soumises aux caprices de la fortune, on mesure la somme d’exploitations et de contraintes; pour autant, se lit aussi la capacité à subvertir les règles du jeu vénal au profit d’une possible liberté.

3. Zamknac babom dziob, czyli cos w sam raz dla filozofa



" Où sont les femmes philosophes ?", ose formuler haut et fort, à la fin des années 1920, un philosophe méconnu de tradition orale, Jean-Baptiste Botul. A balayer toute l'histoire de la philosophie, on les compte sur les doigts des deux mains... Philosopher serait-il une activité exclusivement masculine? Serait-ce l'art de clouer le bec aux femmes? Comme l'ont voulu Schopenhauer et Nietzsche? Frédéric Pagès revisite l'épineuse question.

4. A skoro juz o babach mowa... Dole i niedole kobiety ubezw... zaobraczkowanej



" Ce livre rend compte au sens strict, de la manière dont les hommes et les femmes gèrent leurs intérêts sociaux et culturels au sein de leur couple pendant les années soixante-dix. Cette façon d'appréhender la réalité de la vie conjugale demeure pertinente
pour les couples du début du XXIe siècle, même après l'entrée massive des femmes et des mères sur le marché du travail salarié et le mouvement social des femmes." (F. de Singly, Postface, Quadrige 2002). Publié en 1987, ce livre fut le premier d'une longue série consacrée au mariage et à la famille. Son originalité et sa pertinence étaient de s'appuyer sur des entretiens et des enquêtes assortis de résultats chiffrés : la conclusion impitoyable était et est toujours que la vie conjugale a un coût social et culturel pour les femmes, tant sur le partage des tâches domestiques, l'éducation des enfants, que sur l'évolution d'une carrière professionnelle et sa rémunération.

5. Malpa w... Wersalu (nie, tym razem nie w kapieli), czyli domowe zwierzatka Ludwisia XIV


Depuis que Louis XIV s'est fait construire une ménagerie non loin de son palais de Versailles, le marquis de Dunan ne dort plus. Et s'il fournissait au Roi une bête féroce, au côté des pélicans et des autruches qu'admirent déjà les courtisans? Sa gloire et sa fortune seraient faites... Mais Dunan court en vain les foires du Royaume: les spécimens intéressants sont rares. Il en faudrait plus pour décourager notre homme, qui se lance alors dans une folle aventure où les fauves ne sont pas toujours ceux qu'on croit...


¶roda, 24 stycznia 2007
O (nie)pomyslnych wiatrach

Ce n'est pas surprenant, dit un ancien, que le hasard puisse tant sur nous, puisque nous vivons par hasard. À qui n'a dressé en gros sa vie à une certaine fin, il est impossible de disposer les actions particulières. Il est impossible de ranger les pièces à qui n'a une forme du total en sa tête.

À quoi bon faire la provision des couleurs à qui ne sait ce qu'il a à peindre? Aucune ne fait dessein certain de sa vie et n'en délibérons qu'à parcelles. L'archer doit premièrement savoir où il vise, et puis y accommoder la main, l'arc, la corde, la flèche et les mouvements. Nos conseils fourvoyent parce qu'ils n'ont pas d'adresse et de but.


Il n'y a point de vent favorable pour celui qui ne sait pas en quel port se rendre. Nous sommes tous de lopins et d'une contexture si informe et diverse que chaque pièce, chaque moment fait son jeu. Et se trouve autant de différence de nous à nous-mêmes que de nous à autrui.
(Essais)


Dzisiejszy odcinek sponsorowany przez Michela Montaigne'a. ;-)
Dla frankofonow. Comme d'hab.
16:54, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
Niczym kret w podziemnych korytarzach




Nie, to nie swiatynia.
Tylko stacja metra R
épublique - Beaux Arts.
W poblizu muzeum sztuk pieknych. Jak sama nazwa wskazuje.

Na stacji metra - rzecz jasna, tylko kopia rzezby. Ba, nawet nie jednej, lecz kilku.

A to juz nie rzezba, tylko autorka zdjecia.
W pierwszej i jedynej odslonie.



A do rzeczonego muzeum wybieram sie juz po raz kolejny w sobote. ;-) Mam tylko nadzieje, ze nie natkne sie na rodzinki z hordami rozwrzeszczanych dzieci, ktorym i tak wszystko jedno, czy to galeria handlowa, czy korytarze z jakimis bohomazami na scianach; ze nie bede sie przeciskac przez grupy turystow albo wycieczki szkolne, tylko spedze kilka sympatycznych godzin w towarzystwie najwybitniejszych artystow minionych stuleci. Tylko ja i taki na przyklad Rembrandt... :-)



A to juz wnetrze "ryjka", jak nazywam wagonik tutejszego metra. Malutki, ciasniutki, prawie zawsze wypchany. Prawie - jak pokazuje zdjecie, w sobotnie poludnie metro w poblizu stacji koncowej "czerwonej linii" jest puste.







Do centrum jezdze wylacznie metrem, wiec jedynie w weekendy nadrabiam zaleglosci. W tym celu podrozuje po miescie autobusami (niezly sposob na poznawanie nowych okolic, nie mam bowiem roweru), zaopatrzona w plan miasta i rozklad jazdy komunikacji miejskiej. :-)

P.S. Dzis druga czesc stronniczego przegladu mody slubnej by Reine Marguerite.
"Na wysoki polysk":
http://margharita.blox.pl/html

wtorek, 23 stycznia 2007
Z gorzkim usmiechem na ustach
Cytat dnia:

Notre bonheur dépend de ce que nous sommes, de notre individualité, alors qu'en général on ne prend en compte que notre destin et ce que nous avons.
Le destin peut s'améliorer, et la frugalité ne lui réclame pas grand-chose: mais un sot reste un sot et un gros balourd reste un grand balourd pour l'éternité, seraient-ils entourés de houris en paradis. C'est pourquoi "le bonheur supreme est la personnalité", dit Goethe.

(Artur Schopenhauer, L'Art d'etre heureux)

Swieta prawda, niestety: "un sot reste un sot et un grand balourd reste un grand balourd pour l'étérnité".

Dzis bez optymistycznych akcentow.

Jutro byc moze "wrzuce" kilka zdjec z Lille.

A pojutrze - zgodnie z planem - przeglad ksiazek. Czyli co aktualnie czyta lub bedzie czytac Jej Krolewska Mosc. Poprzedni przeglad: grudniowy wpis W oparach czytelniczych absurdow ;-)

17:16, reine_marguerite , Cytatnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 stycznia 2007
Patataj

Swieta, swieta i po swietach. Z Grand' Place i okolic znikaja barwne karuzele i wielkie "diabelskie kolo". Zniknely tez gigantyczne slonie w okolicach dworca Lille Flandres, nie ma tez juz "indyjskich" neonow... Idac pewnego deszczowego przedpoludnia po ulicach starowki, natknelam sie na taki oto nostalgiczny obrazek. Dwa elementy karuzeli (nie wiem czy widac je wystarczajaco dobrze).



I nie wiedziec czemu przypomnial mi sie pewien obraz polskiego artysty...



Koniecznie chcialam odnalezc ten obraz. I tak sobie mowie: Malczewski? Nie, to nie kreska Malczewskiego. Wyspianski? Nie, tez nie. Falat? Nieee... Uparlam sie, zasiadlam do wirtualnych poszukiwan i w koncu znalazlam.

"Rozstanie" Witolda Wojtkiewicza. Obraz z 1908 roku.


10:50, reine_marguerite , Innusie
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
O autorze
Zak³adki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w ma³ym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ Pó³NOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGL¡DAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka