La France - mon pays, ma terre, ma préférence. Tak zawodził pewien pieśniarz, a ja mu wtóruję... Stało się. Pomyślne, jak mniemam, wiatry przywiały mnie na północ Francji - do Lille, potem do Valenciennes, w końcu zaś do Anglii.Po Strasburgu, Nancy, Dijon i Nicei to kolejny przystanek na trasie. Blog w zasadzie powinien zmienić nazwę na: Gdzieś na wschodzie Anglii, czyli La petite Polonaise au pays de fish n chips...
poniedziałek, 23 stycznia 2006
Francja jak druga Ameryka

Czekajac w bibliotece uniwersyteckiej na zamowione ksiazki, siegnelam po papierowa wersje dziennika "Le Monde" i przejrzawszy co wazniejsze wiesci z kraju i ze swiata, natrafilam na pewien arcyciekawy artykul. Ba, nawet kilka artykulow zamieszczonych na dwoch stronach piatkowego wydania, opatrzonych wykresami i innymi malunkami, aby ulatwic lekture (choc podobno ludziska i tak maja problem z czytaniem tabel i wykresow). I tak oto dowiedzialam sie (a raczej upewnilam - bo jest to juz tajemnica poliszynela), ze Francuzi coraz bardziej przypominaja Amerykanow. Z cala pewnoscia nie jest to zaden powod do dumy, wiadomo bowiem, ze przecietny "zabojad" - oprocz Murzynow i Arabow - najbardziej w swiecie nie lubi Amerykanow, a zaraz pozniej - Anglikow. Tak mi sie w kazdym razie wydaje... I choc Hameryka pozostaje dla wielu obiektem westchnien i cichych marzen o lepszym zyciu, to jednak oficjalnie kazdy szanujacy sie Français bedzie mial jak najgorsze zdanie o Amerykanach, a nawet jesli nie, to przynajmniej zacytuje jakis wredny zarcik albo z pogarda wspomni, jaki to okropny jezyk, ten angielski...

Autor artykulu wyraznie pisze jednak, ze Francja jest na najlepszej drodze, by stac sie drugimi Stanami Zjednoczonymi... Ha, ha! A to jakim niby cudem? Walnie przyczynia sie do tego, czy tego chcac czy nie, sam francuski ludek. Jak bowiem dowiadujemy sie z tekstu, 11,3% doroslych i 15% dzieci we Francji jest otylych. Jesli tendencja ta bedzie sie poglebiac, w 2020 roku Francuzi beda wygladali tak, jak dzis wygladaja Amerykanie.

Francja robi sie coraz grubsza. Nieodwolalnie. Do tego stopnia, ze walka z otyloscia stala sie, podobnie jak w przypadku alkoholu i papierosow, nowym credo politycznych decydentow spod znaku zdrowia publicznego. "Otylosc stanowi jedno z glownych wyzwan zdrowotnych w XXI wieku", oznajmil francuski minister zdrowia w rozmowie z prasa. Jednak jeszcze przed piecioma laty ten temat nie istnial w ministerialnych wypowiedziach.

Co wiecej, Francuzow wzywa sie dzisiaj nie do tego, by jedli mniej, ale by lepiej (tzn. zdrowiej) sie odzywiali. Szczyt wszystkiego w kraju gastronomii, ktory uwazal sie za nietkniety przez chorobe zwana fast-food!

(...) Od 6 % na poczatku lat 80 do 11,3 % w 2003 wzrosla liczba doroslych Francuzow dotknietych otyloscia. Gwaltownie wzrasta tez liczba otylych dzieci. Procent dzieci z nadwaga wzrosl od 5 % w 1980 roku do 12 % 1996 roku, szczyt swoj osiagajac w 2000 roku - 15 %. Podobnie bylo w Stanach.

Tak jak w innych krajach, tak i we Francji epidemia otylosci we Francji "okazala sie efektem ubocznym rozwoju ekonomicznego".

(...) Otylosc (wieloczynnikowa) bez trudu znalazla swe miejsce we wspolczesnym spoleczenstwie, ktore spozywa posilki o coraz wiekszej ilosci kalorii, prowadzac przy tym siedzacy tryb zycia.

(...) Jesli politycy spoznili sie z ocena wielkosci tego problemu, to byc moze dlatego, ze go wczesniej po prostu nie dostrzegali. Za owymi liczbami dotyczacymi otylosci kryja sie bowiem silne roznice i nierownosci spoleczne. Innymi slowy - liczba otylych doroslych siega 17 % w rodzinach o dochodach miesiecznych mniejszych niz 900 euro, zas w tych o dochodach przekraczajacych 5300 euro miesiecznie - zaledwie 8 procent. Podobnie jest z dziecmi w wieku od 5 do 12 lat: jedynie 6,5 % dzieci, ktorych rodzice wykonuja wolny zawod lub przynaleza do kadry kierowniczej, ma problem z nadwaga; natomiast nadwaga i otylosc dotyczy az 23 % dzieci robotnikow i bezrobotnych.

Nieco pozniej autor wylicza, jakie "cudowne" srodki przedsiewzieto, by walczyc z plaga otylosci u Francuzow: m.in. kampanie pod haslem "jedz co najmniej 5 owocow i warzyw dziennie", "spaceruj codziennie przez co najmniej pol godziny" czy tez "jedz mniej tluszczow i cukrow". Wspomina tez o bataliach, jakie toczono, zanim w szkolach publicznych zakazano automatow z napojami i slodyczami, i o tym, ze nawet w przedszkolach zalecano, by dzieciom nie dawac porannych posilkow (zapewne niezle "podcukrzonych").

Pomijajac juz katastrofalne efekty zdrowotne (cukrzyca II typu, nadcisnienie, choroby ukladu krazenia, osteoporoza etc.), autor wymienia jeszcze inne, uderzajace po kieszeniach wszystkich obywateli. Koszty leczenia otylych doroslych sa o 29 % wyzsze od kosztow leczenia ich szczuplych rowiesnikow, a wydatki na lekarstwa - az o 39 %.

"Cudow nie bedzie", mowia specjalisci. "Potrzeba co najmniej 10-20 lat, by odchudzic przecietnego Francuza."

Z artykulu dowiedziec sie mozna tez m.in., ze w latach 1997-2003 podwoila sie liczba osob z otyloscia olbrzymia. Dotyka ona okolo 300 tysiecy osob.

Jeszcze troche, a nie trzeba bedzie jezdzic za ocean, by zobaczyc na ulicach monstrualnych grubasow w ilosciach znacznie przekraczajacych norme. Nie pisze tego zlosliwie. Jesli jednak przyjrzec sie roznego rodzaju nawykom zywieniowym i trybowi zycia niejednego mieszkanca Francji, to nic, tylko rece zalamac. Cyfry chyba tez mowia same za siebie. W Strasburgu, ktory do wielkich metropolii nie nalezy (okolo 450 tysiecy mieszkancow, liczac cala aglomeracje), jest co najmniej 5-6 "macdo", kilka Quickow, trzy czy cztery Flunch'e i cala siec mniejszych lub wiekszych "fast-foodowych" knajpek z arabskimi na czele (kebaby i inne tego typu ociekajace tluszczem "swinstwa"). Ze juz nie wspomne o tlustej alzackiej kuchni (ziemniaki ze skwarkami, tluste wedliny, foi gras, choucroute, tarte flambee, smazone miesa, piwo, zawiesiste sosy, ciastka z kremem, kugelhopf etc.)... Nawet posilki w stolowkach studenckich serwuje sie w ilosciach jak dla gornikow wracajacych z szychty - zastanawiam sie, jak mozna zmiescic w siebie przystawke, glowne danie z dokladka lub bez (zajmujace caly wielki talerz), a potem jeszcze salatke, deser albo kawalki sera, sok albo gazowany napoj... Jesli do tego dolozyc jeszcze sniadanie, potem jakiegos sandwicha, a wieczorem kolacje w postaci cieplego posilku, to robi sie z tego naprawde pokazna ilosc kalorii. Jeszcze jestem w stanie zrozumiec mezczyzn, zwlaszcza mlodych, o dosc pojemnych zoladkach i zamilowaniu do sportu. Ale dziewczyny? Albo ci, co prowadza naprawde siedzacy tryb zycia? Domyslam sie, ze podobnie bywa szkolnych stolowkach, gdzie uczniowie jadaja codziennie posilki. Chwala im za to (owym stolowkom), ze nie zaluja mlodym jedzenia, ale chyba jakis umiar by sie przydal...

Tym bardziej, ze nieraz widzialam talerze oproznione do polowy, ledwo napoczete desery, niezjedzone bulki czy owoce, ktore pozniej i tak laduja w smietniku. Zawsze mnie zastanawialo, skad w ludziach bierze sie taka chec nabrania na talerz jak najwiekszej ilosci jedzenia, choc z gory wiedza, ze i tak nie beda w stanie tego spozyc? Chyba troche na zasadzie: zaplacilem, to moge wziac, ile mi sie podoba; a czy to zjem, to juz moja sprawa. Swoja droga, jak wielkie ilosci zywnosci sa marnowane w restauracjach i roznego typu knajpach. Gory, tony jedzenia. Jak chocby w "moim" kolchozie, gdzie pracowalam w grudniu: dawno nie widzialam takiego marnotrawstwa i takiego lekcewazacego podejscia do zywnosci jako takiej. I kiedy pomysli sie o tym, ze glod nadal jest glowna przyczyna smiertelnosci na swiecie, to wyrzucanie zywnosci (nieprzeterminowanej) w ilosciach hurtowych do smietnika wydaje sie czyms niestosownym, wrecz niemoralnym.

Bo gdy tak sie przyjrzec francuskim posilkom, to wyglada to dosc dziwnie (przynajmniej dla mnie, choc mieszkam tu juz pare lat). Sniadanie: kawa, rogalik z dzemem albo nutella, jakies platkis albo musli, jogurt etc. W sumie niewiele. Ale tez nie zapelnia to zoladka. Potem obiad w poludnie. I tu juz wedlug uznania. Pol biedy, jesli na talerzu bedzie duzo zielonego, a obok kieliszek wina. Potem cos slodkiego i kawa okolo czwartej, piatej. Potem znow cieply posilek wieczorem, kolo osmej. Dania jak na obiad, a to juz przeciez nie ta godzina, zeby sie objadac. Sery, wino i chleb do wszystkiego. Malo apetyczny zwyczaj "oczyszczania" talerza z sosu lub innych jedzeniowych resztek przy uzyciu kawalka bagietki.

Szkoda byloby, gdyby Francuzki raz na zawsze przestaly kojarzyc sie z pieknymi, szczuplymi i zadbanymi kobietami (dziewczynam) z klasa. Niestety, chyba wszystko ku temu zmierza... Nawiasem biorac, przypomnialo mi sie, jak pare lat temu wybralam sie z rodzicielka do jednego z naszych pyrlandzkich muzeow na wystawe dotyczaca mody 20-lecia wojennego. Wsrod eksponatow znajdowaly sie autentyczne (wypozyczone badz podarowane) sukienki (i nie tylko). Zwrocilysmy wowczas uwage, jak niewielkie rozmiarowo byly owczesne kreacje, szyte zapewne na bardzo szczuplutkie i drobne osoby. Coz, nie byly to stroje proletariatu, raczej ?wyzszych sfer?, ale i tak pewnie malo kto moglby sie dzis w nie wbic.

A tymczasem ici, en France, widok toczacych sie (bo trudno nawet mowic o chodzeniu, gdy nogi zderzaja sie jedna o druga) grubaskow, spoconych i zasapanych, nie nalezy do rzadkosci. Mysle, ze nam, Polakom, jeszcze do takich widokow daleko. Az przykro patrzec na dzieciaki i nastolatki o tuszy daleko wykraczajacej poza wszelkie normy - odnosze wrazenie, ze jednak otylosc dotyka tu czesciej dziewczeta niz chlopcow. Panny z oponkami na wierzchu (niczym ludzik Michelin), w portkach obciskajacych olbrzymie uda i lydki, o karkach "dresiarzy" i nalanych twarzach calkiem juz spowszechnialy w tutejszym klimacie. A Macdo przy uczelnianym kampusie zaproponowal ostatnio "macmenu dla studentow". Sadzac po tlumach w porze obiadowej i kolejkach do kasy, "zdrowa zywnosc" cieszy sie tu znacznym powodzeniem...

10:04, reine_marguerite , A la petite semaine
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 stycznia 2006
Jak sie tu milo zyje...

Coz, okazuje sie, ze wyszlam jak Zablocki na mydle. Mam na mysli moje L4 jeszcze z grudnia. Dwa ostatnie dni w kolchozie przechorowane, a wszystko dzieki ulubionej dyscyplinie sportu we Francji. Tzn. dzieki strajkom. Jako ze z "hub moraskich" droga do centrum daleka, pewnego zimnego i deszczowo-sniegowego weekendu wynajelam rower i "pogalopowalam" do pracy przy uzyciu owego malo praktycznego o tej porze roku wehikulu. A ze zimno bylo i wietrznie, a ja zmeczona, zdyszana i rozgrzana harowa przy garach i nie tylko, chorobsko mnie paskudne dopadlo, przetrzymalo przez cale swieta i Nowy Rok az do Trzech Kroli. W glowce kolatalo mi jednak, ze za to L4 cos mi sie jednak bedzie nalezalo, jesli nie od dyrekcji kolchozu, to przynajmniej od kasy chorych. Guzik z petelka. Choroba co prawda dwa tygodnie trwala, ale L4 tylko na dwa ostatnie dni pracy zostalo wystawione przez mojego doktorka "rodzinnego". I tym oto sposobem, jako ze choroba trwajaca ponizej trzech dni wedlug kasy chorych zadna powazna byc nie moze, nic mi sie nie nalezy i podziekowac moge - co niniejszym czynie - zwiazkowi zawodowemu pracownikow tutejszego MPK, mojemu pracodawcy (ktory nijak zgodzic sie nie chcial na zamiane owej feralnej soboty na jakis inny dzien) i paskudnej zimowej pogodzie, ktora mnie w czasie jazdy na rowerze dopadla. Brawo, brawo, brawo!

Malo mnie nie zatkalo, gdy zobaczylam mizernosc kolchozowej wyplaty, pomniejszonej jeszcze o koszty spozytego w pracy jedzenia, ktore sie jak psu miska nalezalo kazdemu, kto w owym kolchozie pracowal. Bylo, minelo. Nawet "do widzenia" nie uslyszalam na odchodne. Pies ich tracal...

Ot, i pracy jakowejs studenckiej i tymczasowej szukam. Korzystajac, poki co, ze swobody, by sie studiami i projektami zajac. A portfel coraz chudszy, konto w Société Générale powoli pustoszeje, lodowka juz dawno przestala sluzyc jako rezerwuar na czarna godzine... Z tego wszystkiego to nawet do "zasilkowni", CAF-em zwanej, sie udalam, by sie upomniec o zalegly, bo jeszcze sprzed dwoch lat (z czasow akademikowych) zasilek mieszkaniowy. I - jak sie okazalo - pieniadze wplynely rzekomo na konto dawno juz nieistniejace i o maly wlos bylabym sie obeszla ze smakiem. Mily pan urzednik obdzwonil jednak roznych swoich collegues (przynajmniej sprawial wrazenie, ze sie stara) - w efekcie: sumka na koncie zjawic sie powinna po 10 dniach oczekiwania. Pozyjemy, zobaczymy... Kochana administracja francuska: tutaj zadnej sprawy nie da sie zalatwic za jednym razem, zawsze a to czegos zabraknie, a to ktos cos zle sklasyfikuje, wlozy do niewlasciwej teczki, przekaze sprawe jakiemus ciolkowi, ktory akurat nie jest au courant etc. etc.

Wczoraj znow jakis strajk zablokowal pol miasta. Z regionu sciagnely policyjne posilki. Przerwy w komunikacji, ludzie wkurzeni "na maksa", dobrze chociaz, ze pogoda dopisala, dzieki temu troche lzej bylo czekac na przystankach. A znowuz w sobote wieczorem, chcac nie chcac zostalam swiadkiem malej bagarre miedzy policja a "kwiatem mlodziezy strasburskiej". Kiedy zapchany do granic mozliwosci tramwaj dojezdzal w okolice stade de la Meinau (gdzie akurat jakis mecz mial sie niebawem rozpoczac), oczom pasazerow ukazaly sie dosc osobliwe widoki. Niczym powtorka z rozrywki rodem z paryskich przedmiesc. Mlodz z kijami i innymi przedmiotami codziennego uzytku, a naprzeciw - kilkunastu zdesperowanych flikow, ktorzy wymachujac gumowymi palkami i wydajac z siebie cos w rodzaju okrzykow Bruce'a Lee, usilowali rozpedzic cale to towarzystwo i zaprowadzic porzadek. Na cale szczescie dla naszych dzielnych policiers nadjechaly posilki, ale reszty wydarzen nie udalo sie juz zarejestrowac, bowiem tramwaj ruszyl i zostawil za soba te dosc niecodzienna i malo przyjemna dla oczu scene. Jak tu sie milo zyje - jak nie strajk, to samochody plona (nawiasem mowiac, Strasburg pobil w tym roku rekord, plasujac sie na 1 miejscu posrod miast, w ktorych zdemolowano w Nowy Rok najwiecej pojazdow - Alzacja rules!); jak nie demolka samochodow, to bijatyki pod stadionem. Jak nie bijatyki, to okoliczni paysans zjezdzaja tlumnie do srodmiescia z ciagnikami i inna rolnicza maszyneria, rozrzucajac po drodze marchew, ziemniaki, kapuste i inne dobra jadalne. No, po prostu "miodzio". ;-)

niedziela, 01 stycznia 2006
Noworoczna odezwa dla wszystkich krewnych i znajomych krolika ;-)

Dobrze wiem, ze zainteresowane osoby albo na te stronke nigdy nie zajrza (ten blog to wciaz moja mala tajemnica), albo nawet jesli zajrza - to i tak,  nieobeznane (takie tez sie znajda) w tajnikach polszczyzny - nic nie zrozumieja. Stety niestety. Tak sobie jednak mysle, ze zyczenia wypowiedziane, to zyczenia podwojne (bez wzgledu na to, czy dotra one do adresatow). Tej nocy stojac na dworze z kubkiem szampana w dloni i przygladajac sie sztucznym ogniom na zimowym niebie, myslalam o wszystkich bliskich osobach; o tych, ktorzy stali w owej chwili obok mnie, jak rowniez o tych, ktorych los "zeslal" na inny kontynent.

Moi drodzy krewni i znajomi "krolika"! :-) Szczesliwego Nowego Roku!

Izo (niech Ci sie szczesci w tej dalekiej Hameryce),  

Aniu (powodzenia w Stuttgarcie, niech Ci sie wiedzie, droga pani magister inzynier, kariera uniwersytecka),  

Piotrusiu, drogi przyjacielu z dziecinstwa (jedzze do Anglii, uloz sobie na nowo zycie i przestan sie wreszcie meczyc en Pologne),

Jean (moj ty humorzasty filozofie o wielkiej duszy i chlopiecym usmiechu - nie jest nam niestety pisane byc razem i choc nieraz jeszcze gorzka lze uronie z Twego powodu, to jednak z calego serca zycze Ci szczescia, bo coz innego mozna pragnac dla bliskiej sercu osoby...),

Danielu, Ines (niech sie Wam spelni marzenie o „malym, bialym domku” na alzackiej wsi, a jesli Wam sie domek znudzi, to czeka przeciez na Was upragniona sloneczna Argentyna),

Razak (zeby Cie prefektura obdarzyla laskawie na nowy rok karta pobytu i zeby Ci sie interesy wiodly), 

Ninko (pilna studentko - samych 15-tek na egzaminach! I nie slecz tyle, dziewczyno, nad ksiazkami, bo na studiach swiat sie nie konczy. ;-))

Zosiu (zachowaj zawsze swoj optymizm i cieply usmiech, do zobaczenia wkrotce na ploteczkach przy kawie), 

Francesco, szczesciarzu z Sycylii (rychlego spotkania gdzies w Italii),

Edyto (marza Ci sie wloskie klimaty – oby sie spelnily w tym roku twoje plany), 

Asiu (moja wspoltowarzyszko niedoli z Tuluzy - jako zes w czepku urodzona i szczescie to zapewne Twoj przyszywany brat, powiedz mi, jak to sie robi, by tak sie w zyciu wszystko wiodlo... ;-)),

Jean-Rene (obys sie przyodzial jak najszybciej w adwokacka toge), 

Olenko (uznania w naukowym "swiatku" i belwederskiej profesury ;-),

Przemku (niech Cie woja ciekawosc i chec przygody prowadzi po swiecie razem z wybranka Twoja), 

Olivier (niejeden by stanal na glowie, zeby miec taka prace jak Twoja, ale skoro pragniesz zmian, to niech Ci one wyjda na dobre, bez wzgledu na to, gdzie bedziesz w tym roku),

Moi drodzy znajomi doktoranci! Doktoryzujmy sie w szczesciu i spokoju, niech sie nam badania udaja, kariera naukowa rozwija, a ciepla posadka na uczelni czeka jako nagroda za nasze trudy i wyrzeczenia. ;-)

Jako ze nie czas i miejsce na "koncert zyczen", nie wymienie tu wszystkich, o ktorych cieplo mysle. Nie miejcie mi tego za zle, moi kochani. :-)

O autorze
Zakładki:
2. Napisz do mnie: reine_marguerite@gazeta.pl
3. Codzienniki-przelotniki (i nie tylko), czyli Francja w małym paluszku
4. NANCY, MOJA MILOSC...
5. STRASBURG W PIGULCE
6. NA DALEKIEJ PółNOCY, CZYLI W LILLE
7. POCZTOWKI Z DALEKICH KRAIN
8. BLOGI WYBORCZEJ
9. CHEZ LES FRANCAIS...
FRANCJA
KOBIETY
PHOTOBLOGUES
PRASA CODZIENNA
PRASA LOKALNA
TU ZAGLĄDAM
TYGODNIKI

Manifeste pour l'abolition du foie gras statystyka